
MIELEC. Blisko 200 osób opuściło swe stanowiska pracy i przez dwie godziny protestowało, maszerując wokół szpitala.
Kilkuset pracowników Szpitala Powiatowego w Mielcu – pielęgniarek, położnych i kadry technicznej – wzięło udział w piątkowym (16 bm.) strajku ostrzegawczym. – Walczymy o stanowiska pracy i godne pieniądze! W żadnym wypadku nie zgadzamy się na podwyżki kosztem zwolnień naszych koleżanek i kolegów! – postulowali, maszerując wokół budynku lecznicy. Jeśli nic się nie zmieni, zapowiadają strajk generalny.
Jeszcze tydzień temu wydawało się, że trwający od października ub.r. spór zbiorowy w mieleckim szpitalu dobiegnie końca. W porozumieniu ustalono, że 711 pracowników, których zasadnicze wynagrodzenie wynosi poniżej 2450 zł brutto, otrzyma po 130 zł podwyżki. Porozumienie w tej sprawie miało być podpisane w poniedziałek (12 bm.).
O podwyżki upomnieli się także lekarze?
Do zawarcia ugody jednak nie doszło. Jak przekonują związkowcy, stało się tak z winy dyrektora szpitala, Leszka Kołacza. – Na pół godziny przed spotkaniem pan dyrektor poinformował naszego prawnika, że spotkanie się nie odbędzie – mówiła Iwona Burdzy, jedna z liderek protestu. – Argumentował to w ten sposób, że potrzebuje dwóch – trzech dni na rozmowy z lekarzami, czyli grupą pracowników nieobjętą podwyżkami. Możemy tylko domniemywać, że chodzi o lekarzy, którzy w tym momencie poczuli się pominięci – dodała.
Medycy dementują informacje, jakoby mieliby jakikolwiek związek z niepodpisaniem porozumienia. W podobnym tonie wypowiadał się starosta Zbigniew Tymuła: – Z tymi lekarzami to są plotki i bujdy. Pewnie ktoś je puszcza po to, żeby nas poróżnić – oświadczył.
„Nie!” dla podwyżek kosztem zwolnień pracowników
Na tym nie koniec kontrowersji. Okazuje się, że ewentualne podwyżki dla kadry nielekarskiej mają być efektem restrukturyzacji szpitala, w tym – jak twierdzą związkowcy – zwolnień pracowników. Nieoficjalnie mówi się, że na bruk miałoby trafić 40 osób. I to było główną przyczyną piątkowego (16 bm.) strajku ostrzegawczego. O godz. 7.30 ok. 200 osób opuściło swe stanowiska pracy i przez dwie godziny pikietowało, maszerując wokół szpitala.
– Nigdy nie było naszej zgody na podwyżki kosztem zwolnień pracowników – tłumaczyła Iwona Burdzy. – Mówiliśmy o tym wielokrotnie na spotkaniach z panem starostą i dyrekcją szpitala. Niestety, rzeczywistość okazała się inna. Bez naszej zgody podjęto decyzję o szukaniu środków na podwyżki kosztem zwolnień naszych koleżanek i kolegów – zaznacza.
Dyrektor Kołacz: – Nie rozumiem, w co my brniemy
Dyrektor Kołacz twierdzi, że nie rozumie eskalacji konfliktu: – Plan naprawczy jest to normalna działalność w zakresie zarządzania szpitalem. Nie ma mowy o zwolnieniach pracowników – tłumaczył dziennikarzom. – Jest mi bardzo przykro, że związkowcy eskalują to wszystko. Bo jeśli mają podpisane przeze mnie porozumienie, które gwarantuje ok. 711 pracownikom wzrost uposażeń i protestują, to nie za bardzo rozumiem, w co my brniemy.
Związkowcy jednak wiedzą swoje i zapowiadają zaostrzenie protestu: – Możliwe, że następnym etapem naszego protestu będzie strajk generalny – zapowiada jedna z pielęgniarek. – Nie będziemy jednak szukać takich działań, na których ucierpią nasi pacjenci – zastrzega.
Paweł Galek


