Straszny strach

Na podwórku przy starej kamienicy, w bliskim sąsiedztwie swego miejsca zamieszkania, siedział 43-letni Filip G. i popijał piwo w towarzystwie dwóch kolegów.
Miejsce spożycia wynikało z powodu koronawirusa i zamkniętych piwiarni oraz z chęci zachowania bezpiecznej odległości od… żon, które nie były entuzjastkami piwa wchłanianego przez swych mężów. Najbardziej zdesperowany był Filip.
– Moja kobita zagroziła mi, że jeśli nie kupię samochodu – żalił się kolegom – to nie będę miał życia. A sami wiecie, że haruję, jak wół, ale nie stać mnie jeszcze na auto.
Ponoć w tym momencie koledzy podsunęli mu pewien pomysł. Oto na tym właśnie podwórku od ponad dwóch miesięcy stał samochód dość mocno zużyty i jakby przez kogoś porzucony. – A nawet jeśli ma właściciela, to i tak takie auto się marnuje, ty zaś marnujesz sobie życie – podpowiedzieli troskliwi kumple i wskazali mu ten pojazd, choć niemal wszyscy okoliczni mieszkańcy wiedzieli, że należy on do 67-letniego Franciszka D., który musiał wyjechać z domu na dłuższy czas. Zaparkował zatem swój wehikuł na podwórzu i na wszelki wypadek wyjął zeń akumulator.
Tymczasem Filip od razu skorzystał z rady kolegów i próbował uruchomić rzekomo porzucone auto, a kiedy zorientował się, że nie ma ono akumulatora, to pobiegł do sklepu, szarpnął się na baterię, zainstalował, odpalił silnik i pojechał do żony, by pokazać jej „ich nowo zakupiony samochód”.
Po kilku tygodniach do domu wrócił Franciszek D. i kiedy stwierdził, że nie ma auta, to wezwał policję. Dzięki miejskiemu monitoringowi udało się ustalić, że skradziony pojazd często pomyka ulicami tej miejscowości i zawsze parkuje w tym samym miejscu. Więc policjanci tam właśnie stanęli i wkrótce ujrzeli skradzione auto. Przyjechał nim Filip G., który od razu zaczął bić się w piersi i tłumaczyć, że wprawdzie ukradł, ale uczynił to tylko z powodu… „strasznego strachu przed straszną żoną”! – Gdyby groźnego bandytę posadzić z moją połowicą w jednej celi, to on po kilku dniach marzyłby o przywróceniu kary śmierci – przekonywał.
Ale nikogo tym nie przekonał.

JAN M.

Leave a Reply

Your email address will not be published.