Strategia testowania do d…y, czyli do niczego

Od początku pandemii w Polsce wykonywano zbyt mało testów i mimo, że mamy już czwartą falę koronawirusa, nic się w tym temacie nie zmieniło. Nadal wykonujemy niespełna 2,5 testu dziennie, w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców, czyli tyle „co kot napłakał”. Pod względem liczby testów na 1 mln mieszkańców w Europie wyprzedzamy tylko Albanię, Bośnię i Hercegowinę oraz Ukrainę. Wśród państw członkowskich Unii Europejskiej jesteśmy pod tym względem na ostatnim, 27. miejscu. Dlaczego na przekór ekspertom, którzy powtarzają jak mantrę: testować, testować, testować, testujemy tak mało? Ano, powód jest prosty, jak przysłowiowa „budowa cepa”. Nasza strategia testowania jest delikatnie mówiąc niedoskonała, żeby nie powiedzieć, że jest do d…y, że jest do niczego. Po pierwsze, testujemy tylko osoby objawowe. Masz gorączkę, kaszel, ból głowy czy brak węchu dostajesz skierowanie na test, masz się izolować, a gdy okaże się pozytywny, trafiasz na 10-dniową kwarantannę. A nawet laik wie, że najgroźniejsi są ci bezobjawowi, bo roznoszą infekcję nawet o tym nie wiedząc. Testy oczywiście nie leczą, ba, nawet jak szczepionki, nie zabezpieczają przed ciężkim przebiegiem zakażenia, dokładnie natomiast informują o przebiegu epidemii, pozwalają ją śledzić i przerwać ścieżkę czy szlak zakażeń. Według specjalistów powinny być testowane nawet osoby zaszczepione, tymczasem one w ramach „nagrody” nie muszą ani się testować ani być na kwarantannie. I tak osoby zaszczepione, mimo bezpośredniego, bliskiego kontaktu z chorym w domu, nie idą na kwarantannę. Czy to możliwe? Ależ oczywiście, że tak. Mój znajomy opowiadał mi niedawno o przypadkach ze swojego środowiska. Nieszczepiona głowa rodziny zachorowała na COVID-
-19. Zrobiła test i została skierowana na izolację. Czuła się bardzo źle, ale przy wsparciu pewnych medykamentów i monitorowaniu pulsyksometrem, najgorsze przetrwała w domu. Mieszka jednak z córką i żoną. Dzień wcześniej miała kontakt z drugą córką, która mieszka po sąsiedzku, z mężem i dziećmi. Czy oprócz chorego na COVID-19, ktoś po wywiadzie epidemiologicznym, został skierowany na kwarantannę? Nie, bo wszyscy, oprócz dzieci, byli zaszczepieni. Córki chodziły więc spokojnie do pracy, a żona do sklepu, mimo, że obie po kilku dniach zaczęły pokasływać i nawet gorączkować, a jedna straciła węch i smak, ale przecież jest sezon na przeziębienia – mówiły. Gdyby razem z głową rodziny dostały nakaz kwarantanny, to wszystkie siedziałyby w domu, to jasne. Czy udało im się roznieść odrobinę wirusa? Myślę, że nawet sporo. Inny przykład absurdów w testowaniu? Nauczycielka w przedszkolu jest pozytywna, cała grupa dzieciaków idzie więc na kwarantannę, oczywiście bez testowania kogokolwiek z nich. W domu jest jednak straszy brat i rodzice. Żadne z nich nie dostaje skierowania na test ani nie musi przebywać na kwarantannie, więc chłopak idzie do szkoły, a ojciec jedzie do pracy. Mama też by mogła iść do pracy i pewnie chętnie by z tego skorzystała, gdyby tylko miała z kim zostawić sześciolatka. Izoluje się więc z konieczności, a nie nakazu sanepidu. Ile wirusów mogą, oczywiście potencjalnie, roznieść? W tym konkretnym przypadku żadne bowiem nie jest szczepione. Aż dziw, że w naszym regionie, który jest województwem o najniższym wyszczepieniu, zachorowania utrzymują się na jednym z niższych poziomów. To kolejny paradoks.

Redaktor Anna Moraniec

5 Responses to "Strategia testowania do d…y, czyli do niczego"

Leave a Reply

Your email address will not be published.