Głośno jest na temat dobrej roboty, lecz niestety, nie wszystkich jednakowo temat ten pasjonuje. Taki na przykład Zdzisław G. nie tylko, że dobrze, ale wcale nie chce pracować, choć ma zawód (ślusarz-mechanik) i sam mógłby zarobić, i dla innych być pożyteczny. On zaś wódeczkę by wypił, pobawił trochę w knajpie, dzieweczkę uszczypnął i poszedł podrzemać. Sześć razy zmieniał już robotę, choć ma dopiero 27 lat i późno zaczął pracować. Co zacznie w jakimś zakładzie, to zaraz zwalnia się na własne żądanie, albo od niego żądają, żeby poszedł sobie do diabła. Idzie wtedy zwykle do takich sobie podobnych i razem przepijają resztki zarobionych pieniędzy, a gdy grosiwa zabraknie, znów rozglądają się za zarobkiem lekkim i nie forsującym przepitego organizmu.
Zdarzyło się wreszcie, że znalazł pracę przyjemną i intratną, w związku z czym zasiedział się w jednym zakładzie prawie trzy miesiące. Wypłacali mu dobrze, wieczorem mógł urządzać wesołe bankiety i wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby rano czuł się skory do podjęcia obowiązków. On zaś wstawał wprawdzie wcześniej, ale dlatego, że go suszyło, był ogólnie sflaczały i ochotę miał tylko na piwo. Walczył z sobą każdego dnia o świcie i zwyciężał, bo nie chciał jednak stracić dobrej posady, zwanej przez niego fuchą.
Alfred D., pasożyt od gradobicia, przyszedł któregoś dnia odwiedzić kolegę Zdziska w jego kieracie, czyli w firmie. Rozglądał się bacznie i aż się spocił, patrząc, jak ludzie pracują wśród hałasujących maszyn.
– Ja bym w takim huku ani kwadransa nie wytrzymał – powiedział.
– Można się przyzwyczaić – odparł Zdzisław G.
– Trzeba mieć chyba chamską odporność – skomentował Alfred D. – I jeszcze smarem śmierdzi. Ja jestem na to za delikatny…
– Nie bądź taki minister – skarcił go Zdzisław. – Bo pić chcesz dużo i codziennie.
– Oczywiście, ale trzeba mieć łeb na karku, to wtedy rączki zostają aksamitne.
Po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł z niesmakiem. Zdzisław G. dotrwał jednak do trzeciej i dopiero potem spotkał się z kompanem. Wypili na obiad pół litra oraz zakąsili śledziem, a następnie zaczęli gwarzyć.
– Chce ci się tam pracować? – dziwił się Alfred.
– Nie bądź głupi – tłumaczył Zdzisław – to jest naprawdę dobra firma. Nie uharuję się, a mam trochę grosza i dziób można zmoczyć.
– Więc bardzo dobrze – pochwalił go kolega – ale jeszcze lepiej w ogóle nie harować i ciągnąć z tej firmy pieniądze…
– Jakim cudem mianowicie?
– Druczek L-4, kochany… niestety…
– Ileż to fatygi, żebyś dostał czyraka na prawicy…
Zdzisław G. zainteresował się tą propozycją i powiedział, że wie co nieco na ten temat, ale nie zna zagadnienia praktycznie. Usłyszał w odpowiedzi, że sprawa jest dziecinnie prosta. Alfred D. ściszył głos, jakby zdradzał tajemnicę państwową, a na dowód prawdziwości swych słów wyjął z kieszeni strzykawkę.
– To jest właściwy przyrząd do tej operacji – stwierdził z zadowoleniem.
Z przyczyn natury profilaktyczno-wychowawczej nie będę opisywał, czym ta strzykawka została napełniona. Dodam tylko, że lepiej jest przepracować rok w kamieniołomach, niż dać sobie zaszczepić takie świństwo. Ponieważ jednak Zdzisław G. był już po ćwiartce, a pić chciał nadal, robić zaś absolutnie nie, więc zgodził się na ten barbarzyński zabieg.
Opili to potem solidnie…
Po pewnym czasie dłoń Zdzisława G. spuchła jak bania i sączyła się z niej cuchnąca ciecz. Lekarz od razu zorientował się w czym rzecz, ale choroba – niezależnie od jej przyczyn – była poważna i rzeczywiście eliminowała z pracy delikwenta. Okazało się, że nie to było jednak najgorsze.
Zdzisław G., mimo przykrych konsekwencji „zabiegu”, pił nadal w dużych ilościach, co nie sprzyjało zdrowieniu, on zaś do pracy nie wracał, do lekarza nie szedł i tylko dziwił się w krótkich chwilach trzeźwości, że rączkę ma nie swoją raczej i coraz bardziej kolorową. Gdy zdecydował się wreszcie ponownie odwiedzić lekarza – diagnoza brzmiała tragicznie: rączka nadaje się na kloc wyłącznie, czyli – jak powiedział pan doktor – do amputacji. Obcięcia dokonano.
Ofiara własnej głupoty skreśliła wtedy (lewą ręką, niestety) pismo do sądu, w którym oskarżyła Alfreda D. o umyślne spowodowanie kalectwa. W uzasadnieniu Zdzisław G. tłumaczył, że nie zdawał sobie sprawy ze skutków zastrzyku, a ponadto był nietrzeźwy i Alfred D. wykorzystał ten stan, traktując go zapewne jako doświadczalnego królika.
Można by spointować historię tej odciętej dłoni, ale byłby to tak „zembaty” i czarny humor, że aż z odcieniem granatu prawie. Bo cóż napisać? Że teraz Zdzisław G. nie może pracować uczciwie i pewnie z tego powodu więcej koledze Alfredowi ręki nie poda…?
JAN M.


