Studenci kochali go jak ojca

Fot. Archiwum
Prof. Kazimierz Obodyński wkrótce obchodziłby 74. urodziny. Fot. Wit Hadło

RZESZÓW. W wypadku zginął profesor Kazimierz Obodyński.

W środę na alei Sikorskiego w Rzeszowie doszło do zderzenia czołowego forda z betoniarką. Kierowcą forda okazał się profesor Kazimierz Obodyński, wielki propagator sportu i wieloletni dziekan Wydziału Wychowania Fizycznego Uniwersytetu Rzeszowskiego. Niestety, w szpitalu przegrał walkę o życie.

– To był mój prawdziwy przyjaciel. Przez te kilkadziesiąt lat naszej znajomości nigdy nie usłyszałem o nim choćby jednego złego słowa od studentów czy pracowników uczelni. Wspaniały człowiek – wspomina go Adam Maryniak, pracownik UR.

Do wypadku doszło w środę około godziny 14.20 na al. Sikorskiego. – Jak wstępnie ustalili policjanci, kierujący fordem zjechał na przeciwny pas ruchu, gdzie zderzył się czołowo z jadącym w kierunku Tyczyna samochodem ciężarowym, tzw. gruszką do przewożenia betonu – mówi komisarz Adam szeląg, oficer prasowy rzeszowskiej policji.

Walka o życie profesora
Gdy na miejsce przyjechali strażacy, profesor był przytomny. – Miał urazy twarzy i kończyn górnych, a jego nogi zostały uwięzione pod deską rozdzielczą samochodu. Strażacy za pomocą sprzętu hydraulicznego odcięli dach, wyłamali drzwi i tak wyciągnęli mężczyznę na zewnątrz – dodaje st. kpt. Grzegorz Wójcicki z rzeszowskiej straży pożarnej. To strażacy założyli profesorowi kołnierz ortopedyczny i przekazali w ręce ratowników medycznych, którzy zawieźli go do szpitala. W szpitalu, pomimo wysiłku lekarzy, zmarł wskutek odniesionych obrażeń.

Od lat związany z Rzeszowem
Prof. Obodyński choć od niedawna był rektorem jednej z prywatnych uczelni w Ostrowcu Świętokrzyskim, to od lat był kojarzony z Podkarpaciem. Adam Maryniak z Uniwersytetu Rzeszowskiego, a prywatnie przyjaciel profesora, nie może pogodzić się z jego śmiercią. – To on mnie ściągnął w 1977 roku z Mielca do pracy w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Rzeszowie. Byliśmy kumplami nie tylko w pracy, ale także w życiu prywatnym. Nawet na jednym z rzeszowskich osiedli wybudowaliśmy obok siebie domy – wspomina.

Profesor był absolwentem Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Był wielkim propagatorem wychowania fizycznego, sportu, a szczególnie siatkówki. Zdobył kilkukrotnie mistrzostwo szkół wyższych z drużyną WSP Rzeszów kobiet i mężczyzn.

Mało kto wie, ale jeszcze jako młody chłopak grał w rugby, zdobywając ze swoim zespołem AZS AWF Warszawa dwa razy mistrzostwo Polski.

Prawdziwy szef
– Dla studentów był jak ojciec, prawie 40 lat współpracowaliśmy i nie spotkałem się z żadnym studentem, który by o nim jakieś złe słowo powiedział. Miał wspaniały kontakt z młodzieżą, a ta traktowała go jak ojca – opowiada Adam Maryniak. – W pracy dla wszystkich życzliwy, taki prawdziwy szef. Choć czasami mieliśmy odmienne zdanie na jakiś temat, to i tak dochodziliśmy do konsensusu. Był tytanem pracy, nigdy nie zwalniał tempa, nie uznawał pojęcia wczasów, urlopu i wypoczynku. Pracował nawet wtedy, gdy zapadł na ciężką chorobę. Gdybym miał go określić w krótkich słowach, to powiedziałbym, że to wspaniały człowiek oddany dla sportu i młodzieży – dodaje.

Grzegorz Anton

7 Responses to "Studenci kochali go jak ojca"

Leave a Reply

Your email address will not be published.