Święta na służbie

Fot. Archiwum

Choinka przystrojona, rozbrzmiewa kolęda, a za oknem rozbłysła pierwsza gwiazdka.  Pora na wigilię. Miliony zasiadają do stołu. Nie wszędzie. Przez granicę przejeżdża  właśnie kolejny z tysięcy samochodów z podróżnymi, których trzeba odprawić. W remizie słychać alarm oznaczający koniec skromnej kolacji strażaków, a na komendzie dyżurny odbiera zgłoszenie o wypadku. Nici z późnej wigilii z bliskimi. Mundurowi rzadko mają spokojne święta.

Dla funkcjonariuszy Bieszczadzkiego Oddziału SG to najbardziej pracowity czas w całym roku. Dowodem niech będzie ubiegłoroczny rekord. 21 oraz 22 grudnia 2019 r. w ciągu doby odprawiono ponad 58 tysięcy osób oraz około 9 tys. pojazdów. W dni powszednie granicę przekraczało średnio 36 tys. podróżnych. Urlop w święta nie wchodzi więc w grę. – Jest bardzo duże nasilenie podróżnych. Zwiększona obsada ma zapewnić sprawniejszą kontrolę graniczną, dlatego potrzebne są wszystkie ręce do pracy – nie ma wątpliwości sierż. sztab. Anna Binko. Od 8 lat służy w Placówce Straży Granicznej w Medyce. Jak często spędzała ten wyjątkowy czas poza domem? – Za każdym razem! To specyfika pracy na zmiany, ale zawsze staramy się, aby każdy mógł pobyć z bliskimi w jeden ze świątecznych dni – zauważa nasza rozmówczyni. Na wypadek gdyby funkcjonariusz nie stawił się na służbę z powodu losowej sytuacji, np. śmierci bliskiego są też dyżury domowe.
Anna nadal pamięta pierwsze święta na granicy.
– Było mi przykro. Nastąpiło brutalne zderzenie z rzeczywistością, bo do tej pory zawsze spędzałam te dni z rodziną – wyznaje. Po latach staje się to łatwiejsze – Siadam do wigilii o godz. 17, potem ubieram mundur i jadę na służbę – mówi. Jej rozwiązanie, to pozytywne nastawienie, a 12 godzin szybko mija. – Mój mąż oraz dzieci są do tego przyzwyczajeni. Wiedzą, że idę na noc lub dzień, ale wracam. Staram się, żeby normalnie do tego podchodziły. Nie robię wielkiego wydarzenia z mojego przyjścia. Zdejmuję mundur i jestem po prostu mamą, żoną, członkiem rodziny. Jak każdy z nas – podkreśla sierż. sztab. Anna Binko.

Mikołaj na granicy

W Boże Narodzenie przemytnicy i przestępcy nie próżnują. Straż Graniczna łapie ich na próbach wykorzystania fałszywych dokumentów, zaświadczeń do pracy, bezprawnego wywiezienia samochodów czy przemytu – broni, amunicji, albo narkotyków.
– Okres świąteczny jest szczególny jeśli chodzi o nielegalne przekroczenia oraz przestępstwa graniczne. Ludzie myślą, że stajemy się mniej czujni. Jest zupełnie odwrotnie. Staramy się jak najlepiej wypełnić swoje obowiązki, aby zapewnić bezpieczeństwo na granicy kraju
– przekonuje funkcjonariuszka. Zwracają uwagę na podejrzane osoby i handel ludźmi.
Stresujących sytuacji jest wiele. Podróżni spędzają wiele godzin w drodze, są zestresowani, a do tego mają różne choroby. Zdarzają się więc omdlenia, ataki epilepsji, ale też zawały. Tymczasem strażnicy graniczni muszą zachować spokój. – Jesteśmy ludźmi i dla ludzi – podkreśla funkcjonariuszka. Kiedyś w czasie świąt odprawiałam kobietę, która była w zaawansowanej ciąży. Termin porodu był bardzo blisk, że pani skarżyła się na skurcze przedporodowe. W związku z zaistniałą sytacją dokonaliśmy sprawnej kontroli granicznej, aby cudzoziemka mogła pojechać do szpitala. Kilka miesięcy później wróciła z malutkim dzieciątkiem na ręku, mówiąc: „Pamiętam panią!”. To było bardzo sympateczne – wyznaje nasza rozmówczyni.
A najbardziej zaskakujące zdarzenie? – Kilka lat temu z Polski jechał mężczyzna. Miał prawdziwą białą brodę i włosy w tym samym kolorze. Był nieco korpulentny. Wyglądał jak Mikołaj! Otworzyłam bagażnik jego samochodu, a tam.. worek z prezentami – opowiada sierż. sztab. Anna Binko. Gdy otworzyła paszport, oniemiała. Pan nosił imię świętego, którego przypominał. – Czułam się jak w ukrytej kamerze – przyznaje. W końcu po prostu spytała skąd prezenty i cała reszta. – Okazało się, że w czasie świąt pan pełnił rolę Mikołaja. U nas naprawdę dzieją się cuda!

Konie też nie odpoczywają

Jak jest w innych placówkach – zdradza sierż. Beata Łaba z Czarnej Górnej. Ma za sobą 4 lata służby. Wcześniej pracowała w Nadwiślańskim Oddziale Straży Granicznej w Ośrodku dla Cudzoziemców. – Mimo tego, że to szczególne miejsce, dało się odczuć niezwykłą atmosferę, a Boże Narodzenie było międzynarodowe. Spędzaliśmy wspólnie czas na ubieraniu choinki. I choć przebywało tam ok. 70 osób – chrześcijanie i muzułmanie – dwie zupełnie odmienne kultury – nie przeszkadzali sobie w przeżywaniu swoich świąt – wspomina.
Na zielonej granicy, zwłaszcza w Bieszczadach, praca wygląda zupełnie inaczej. – Dla nas to bez różnicy, czy mamy święta, czy normalne dni. Wykonujemy swoje zadania bez wzlęgu na porę roku, dnia czy warunki atmosferyczne. Zawsze musi być zachowana czujność, bo nigdy nie wiemy, kiedy ktoś będzie chciał nielegalnie przekroczyć granicę – mówi sierż. Łaba. – Nie ma taryfy ulgowej. Żeby odpoczywał ktoś, pracować musi ktoś – żartuje.
Korynt, Wasal, Feniks, Aramis, Pasat, Bachmat, Falcon i Kaprys też. To jedyne wierzchowce w polskiej Straży Granicznej, które patrolują granice państwa. – Wykorzystujemy nowoczesne sprzęty, pojazdy obserwacyjne, kamery termowizyjne, ale koń może być nieoceniony – przekonuje instruktorka jazdy konnej. – Jest cichy oraz bardziej spostrzegawczy niż człowiek. Poprzez obserwację zwierzęcia jesteśmy w stanie zorientować się, że ktoś lub coś może znajdować się w zaroślach. Swoim zachowaniem ostrzega nas przed zwierzętami lub innymi ludźmi. Jak? Poprzez ruch uszu, napięcie mięśni czy przyspieszony oddech – wylicza sierż Beata Łaba, z wykształcenia zootechnik. Znając dobrze „język” wierzchowca, można więc wiele przewidzieć.
Koń ma również przewagę nad technologią.
– Dla niego nie ma niedostępnych miejsc – tam, gdzie nie wjedzie quad, wejdzie koń – nie ma wątpliwości instruktorka. To przydatne, gdy teren jest zalesiony, lub leży na obszarze Parku Narodowego. No i można spatrolować większy obszar niż na piechotę.
Poza praktycznym podejściem jest też druga strona. – Między jeźdźcem a koniem nawiązuje się więź. To nasz partner w służbie, która dzięki niemu wiąże się również z przyjemnością
– przekonuje sierż. Beata Łaba.
Z kolegami po fachu stara się, aby choć symbolicznie uczcić święta. – Dzielimy się opłatkiem, składamy sobie życzenia. Staramy się, by mimo wszystko, spędzić ten czas miło – mówi. Nie zawsze może być z bliskimi, ale jeśli to tylko możliwe, jedzie do domu, by spędzić z nimi choć kilka godzin. – Myślę, że już się do tego przyzwyczaili i zdają sobie sprawę z tego, że mam taką, a nie inną służbę.
Do tej pory ta świąteczna była spokojna, obyło się bez interwencji pograniczników, co nie znaczy, że się nie zdarzają. Tuż przed ubiegłorocznym Bożym Narodzeniem w okolicach przejścia granicznego w Korczowej zatrzymano dwóch obywateli Turcji. Obaj granicę z Ukrainy do Polski przekroczyli pieszo. Podobne zdarzenie zanotowano 31 grudnia w okolicach Medyki. Tam granicę nielegalnie przekroczyło 5 obywateli tego samego państwa. Dwóch zatrzymano na granicy, pozostałych kilka godzin później na terenie woj. lubelskiego. W ręce służb trafił też Polak, który organizował przerzut imigrantów.

Najtrudniej powiadomić rodzinę

Przeciętnemu człowiekowi wydaje się, że koniec grudnia to wyjątkowo leniwy czas. – Pozornie jest spokojnie, ulice są puste, a ludzie zajęci przygotowaniami do świąt. Nic bardziej mylnego. My mamy ręce pełne roboty. Zdarzają się kolizje, wypadki, interwencje domowe – wylicza asp. sztab. Paweł Szeliga, dyżurny w Komendzie Miejskiej w Rzeszowie. Złodzieje też nie śpią. – Rośnie liczba włamań, bo okres ku temu sprzyja. Ludzie spotykają się w jednym mieszkaniu, drugie zostaje puste, a to okazja, z której przestępcy korzystają – tłumaczy st. sierż. Bartosz Ceberak, który od 4 lat pracuje w komórce patrolowej, wydziale interwencyjno-wywiadowczym komendy.
W statystykach widać szczególny moment – 24 grudnia między godz. 16 a 18, kiedy wszyscy siadają do stołu, następuje wyciszenie. Potem zaczyna się pasterka i jest różnie
– zaznacza nadkom. Adam Szeląg, oficer prasowy rzeszowkiej komendy.
– Gdy pracowałem w ruchu drogowym w Wigilię ok. godz. 16 pojechaliśmy do wypadku w jednej z podrzeszowskich miejscowości. Okazało się, że była ofiara śmiertelna. Wiedzieliśmy już, że nie usiądziemy z rodziną przy stole. Czynności trwały, bo zginął człowiek – opowiada asp. sztab Szeliga. Funkcjonariusz z 18-letnim stażem przyznaje, że takie sytuacje są wyjątkowo bolesne. – To było bardzo przykre. Ktoś czekał na tego mężczyznę z kolacją, a on nie dojechał. Policjanci muszą jednak skupiać się na swoich zadaniach, by wyjaśnić okoliczności zdarzenia.
Przyznają, że najtrudniejsze to powiadomienie rodziny. – Zdarzenie przestaje być wypadkiem, a staje się ludzką tragedią. Pamiętam, kiedy w Boguchwale dwa samochody zostały zmiażdżone między tirami. Trwały techniczne czynności, a wtedy przyjechała rodzina. I to było w tym wszystkim najgorsze – nie ukrywa Adam Szeląg. – Ludzie różnie reagują. Kiedy mamy przed sobą ich obraz, dociera do nas rozmiar nieszczęścia – dodaje Paweł Szeliga.
Policjanci ruchu drogowego praktycznie przez cały okres świąteczny muszą się mierzyć ze wzmożoną aktywnością kierowców. – Pierwszy dzień świąt zaczynał się od kolizji i wypadków drogowych. Niestety, za kierownicę nadal siadają nietrzeźwi kierowcy. Czy takich przypadków jest więcej? Chyba nie – ocenia asp. sztab. Szeliga – co nie oznacza, że ograniczamy liczbę funkcjonariuszy na drogach, wręcz przeciwnie. Jeśli ktoś będzie jechał po alkoholu, z dużym prawdopodobieństwem wychwycimy taką osobę – dodaje nadkom. Szeląg. Jak świąteczna aura wpływa na ludzi? – My – patrolowcy – spotykamy się z dużą życzliwością. Po interwencji słyszymy od uśmiechniętych mieszkańców „Wesołych świąt” albo „Wszystkiego dobrego!”. Niesamowicie miłe są takie sytuacje. To chyba magia świąt – uśmiecha się st. sierż. Bartosz Ceberak. Czasem ktoś zadzwoni na komendę, dziękując za służbę. Ale zdarzają się też dramatyczne chwile. – Pamiętam chłopaka, który pokłócił się z dziewczyną. Pogłębiająca się depresja i świąteczny czas sprawiły, że targnął się na życie. Nieszczęśliwa miłość.
Na szczęście dzięki szybkiej reakcji policjantów kolegów i ratowników udało się go odratować – wspomina dyżurny z rzeszowskiej komendy. – Kiedyś kolega przez telefon instruował kobietę, która zasłabła. Do czasu przyjazdu karetki tłumaczył, jak powinna się ułożyć, jak ma oddychać
– opowiada asp. sztab. Szeliga. Cała akcja zakończyła się pomyślnie.

Służba wymaga poświęceń

Nie ma policjanta, który nie miałby służby w święta. Ci, którzy pracują w wydziałach – kryminalnym czy dochodzeniowym, pełnią dyżury. A policjanci liniowi lub dyżurni są w tej samej liczbie. W nadzwyczajnej sytuacji – nagłej abencji czy ogłoszenia alarmu – ściągani są policjanci z podległego komisariatu. – Tak było na przykład kilka lat temu, gdy w Głogowie Małopolskim zaginał starszy pan, który po pasterce nie wrócił do domu. Był mróz. Istniało zagrożenie zdrowia i życia. Ogłoszono więc alarm dla jednostki na terenie, której zaginął – opowiada nadkom. Adam Szeląg. – Wszystko skończyło się szczęśliwie i po południu następnego dnia pan się odnalazł. Gdyby jednak było inaczej, liczba zaangażowanych policjantów zostałaby zwiększona, a poszukiwania rozszerzone – podkreśla.
– Każdy z nas, wstępując do formacji, godził się na to. Mamy jednak mądre kierownictwo i grafik jest tak układany, że jeśli ktoś w danym roku na służbie spędził np. wigilię, w kolejnym roku będzie wtedy z rodziną – mówi st. sierż. Bartosz Ceberak.
– Ci, którzy przychodzą na noc, starają się zjeść wcześniej kolację, żeby przyjść do pracy przed czasem. Dzięki temu koledzy, którzy są na dniu, mogą zdążyć na późniejszą wigilię – wyjaśnia asp. sztab. Paweł Szeliga. – Oczywiście, jeśli nie dojdzie do zdarzeń kryminalnych – dodaje.
W patrolu to niemożliwe. – Pracujemy od godz. 6 do 18 i musimy się tego trzymać. Dla mnie to i tak bez znaczenia, bo jestem z Lubelszczyzny, więc albo uda mi się przyjechać, albo nie
– śmieje się Bartosz Ceberak. – Moja żona doskonale wie, jaki wykonuję zawód i jej głównym niepokojem jest to, żebym wrócił ze służby. To, że na nią wychodzę, jest wkalkulowane w nasze życie – podkreśla. Sama jest lekarzem, więc jej też zdarzają się dyżury. Zgranie grafików osób wykonujących tak wymagające zawody bywa wyzwaniem. – To uczy bycia wymagającym oraz szukania rozwiązań.
– Wstępując do formacji wiedzieliśmy, że to oznacza nieprzespane noce, pracę w niedziele i święta, czy zależność służbową – mówi asp. sztab. Paweł Szeliga. – To szczytna służba. Wymaga poświęceń, bywa trudna i ogranicza kontakty z rodziną, ale zakładając mundur reprezentujemy coś bardzo wartościowego – wtóruje mu młodszy kolega.

Wigilia w remizie

Podejście strażaków jest podobne. – Mamy harmonogram roczny i dużo wcześniej wiemy, kto będzie miał służbę. W pierwszej kolejności wolne mają starsi pracownicy, którzy już wiele świąt spędzili w pracy. Należy im się, aby ten czas spędzili z rodziną – podkreśla st. kpt. Sławomir Kata, strażak od 17 lat.
Asp. Jakub Trojniar, jako jeden z najmłodszych, w ciągu 8 lat często pełnił wtedy służbę. – Praktycznie niczym się nie różni od tej codziennej. Może jest nieco luźniejsza jeżeli chodzi o porządek dnia codziennego. W ciągu dnia mamy określony plan. W święta odpuszczamy sobie szkolenia i każdy ma czas dla siebie, np. na siłowni – zaznacza dowódca zastępu w Jednostce Ratowniczo-Gaśniczej nr 1 Rzeszowie.
24-godzinne służby nie pozwalają ani na wcześniejszą, ani na późniejszą wieczerzę w domu. – Najgorzej radzi sobie z tym moja córka, która chciałaby, żebym przy niej był. Tradycyjnie spotykamy się u moich rodziców, jednak to nie zawsze możliwe. Wiedzieliśmy jednak, z czym wiąże się nasza służba – st. kpt. Sławomir Kata. – Myślę, że i my, i nasze rodziny już sie do tego przyzwyczailiśmy. Nie mamy innego wyjścia. Ktoś musi czuwać nad bezpieczeństwem mieszkańców – dodaje jego kolega.
– Najtrudniejszy jest 24 grudnia, bo to dzień, który wszyscy spędzają rodzinnie. Niestety, kiedy większość ludzi odpoczywa, my – strażacy – nie możemy – przyznaje st. kpt. Kata. Jak wygląda ta w wigilię? – Jak każda inna
– nigdy nie wiadomo, co się wydarzy – śmieje się dowódca zmiany w JRG nr 1 w Rzeszowie. O godz. 7.30 jedenastu strażaków przychodzi na zmianę, którą zakończy dopiero następnego dnia. Dwóch dodatkowych pełni tzw. dyżur domowy. Nie mogą w pełni świętować, bo w każdej chwili mogą zostać wezwani.
– Tradycyjnie zaczynamy od sprawdzenia sprzętu ratowniczego pod kątem sprawności. Potem jedynymi zajęciami, jakie się odbywają są te podtrzymujące sprawność fizyczną. Każdy przynosi z domu jakiś posiłek oraz opłatek, którym dzielimy się podczas kolacji wigilijnej, składając sobie życzenia – wylicza st. kpt. Kata. – Choć nie możemy być wtedy we własnych domach, atmosfera jest bardzo świąteczna, zwłaszcza że czujemy się jak rodzina – dopowiada asp. Trojniar. Jest czas na kolędy, wizyty przełożonych, którzy pamiętają o strażakach spędzających święta na służbie, a także telefony do bliskich.
– Czasem wyjeżdżamy na służbę długotrwałą i tak bardzo koncentrujemy sie na naszej pracy, że zapominamy o tym, że trwa wigilia czy Boże Narodzenie – zauważa st. kpt. Kata. – Czas mija, a następnego dnia wracamy do rodzin. Na pewno bardziej cieszymy się swoją obecnością, a przełamanie się opłatkiem odbywa się po prostu dzień później – uśmiecha się.

Wybuchowy sylwester

Trudno przewidzieć, ile razy będą wzywani. – Licho nie śpi. To, czy akurat są święta, czy zwyczajny dzień jest bez znaczenia. Możemy jeździć cały dzień i całą noc, albo może się obejść bez jakiejkolwiek interwencji – przyznaje asp. Jakub Trojniar. Strażacy nie przypominają sobie konkretnej akcji, która zapadłaby im w pamięć. – Święta i dni robocze się dla nas zlewają, więc trudno przytoczyć coś, co wydarzyło się danego dnia – przekonuje asp. Trojniar. A spektrum działań straży pożarnej jest bardzo szerokie. – Jeździmy do większości interwencji w Rzeszowie i powiecie. Pomagamy policji i pogotowiu w zniesieniu pacjenta czy otwarciu mieszkania – wymienia Jakub Trojniar.
Ci, którzy zamiast na sylwestrowej imprezie ostatni dzień roku spędzają przy ul. Mochnackiego w Rzeszowie, pewnych zdarzeń mogą się spodziewać. – Noc sylwestrowa to jedyny czas, kiedy można używać fajerwerków, więc ludzie chętnie je odpalają. Niestety, bywają wadliwe, mogą wpaść między drzewa czy tuje, rosnące blisko domu, a to to już bardzo niebezpieczne. Zabawa może się skończyć pożarem – nie ma wątpliwości asp. Trojniar. Kiedy jest już dobrze po północy, a na komendzie nie było alarmu, wszyscy oddychają z ulgą.
Rok temu nie wszyscy mieli to szczęście. W sylwestra 2019 r. oraz przez pierwsze sześć godzin Nowego Roku strażacy wyjeżdżali 2092 razy do różnego rodzaju zdarzeń, w tym 1246 pożarów, w których 2 osoby zginęły, a 12 zostało rannych. Do najtragiczniejszych doszło w Ostrowi Mazowieckiej oraz Łańcucie. Podkarpaccy strażacy zostali wezwani chwilę po godz. 21. Na miejsce wysłano trzy zastępy straży. Okazało się, ogień trawił mieszkanie w budynku wielorodzinnym. Niestety, nie obyło się bez ofiar. W trakcie akcji gaśniczej mundurowi znaleźli ciało 65-letniego mężczyzny.
Dla mundurowych ten rok był wyjątkowo trudny. Zawsze są narażeni na niebezpieczeństwa, lecz w ciągu ostatnich miesięcy zagrożenie było podwójne. Jakie będą święta w czasach pandemii? Zapewne pełne niepokoju. Bez tradycyjnych spotkań opłatkowych. Za to jak zwykle na służbie i z tymi samymi życzeniami: zdrowia oraz spokoju. A przede wszystkim tylu powrotów co wyjazdów funkcjonariuszy, dzięki którym możemy czuć się bezpiecznie. Na co dzień i od święta.

Wioletta Kruk

Leave a Reply

Your email address will not be published.