
PIŁKA NOŻNA. Rozmowa z Przemysławem Pyrdkiem, pomocnikiem Cracovii, byłym zawodnikiem Resovii.
Urodzony w 1996 roku Przemysław Pyrdek pod koniec stycznia podpisał 4,5-letni kontrakt z „Pasami”. Resovia otrzymała za swojego pomocnika ok. 50 tysięcy zł.
– Jak było na zgrupowaniu w Hiszpanii?
– Bardzo przyjemnie, słoneczko przygrzewało (śmiech). Pierwszy raz wyjechałem na zagraniczny obóz, więc chłonąłem wszystko to, co się działo wokół mnie. Podobało mi się też to, że pracowaliśmy głównie z piłkami. To jest to, co zawodnicy lubią najbardziej.
– Ale po cichu nie wyjechaliście. Podczas sparingu z miejscowym trzecioligowcem wybuchła awantura. Ponoć sędzia tak się wystraszył, że uciekł gdzie pieprz rośnie. Głośno było o tym w polskich mediach…
– Ech, każdy mówi co innego. Ja tylko potwierdzę, że sędzia przerwał mecz.
– W ekstraklasie trenuje się dużo ciężej, niż w trzeciej lidze?
– Zdecydowanie tak. Różnica polega głównie na samej organizacji zajęć. Trening rozplanowany jest w najdrobniejszych szczegółach, krótsze są też przerwy, dlatego ćwiczenia wykonuje się na większej intensywności. No i trenujemy dwa razy dziennie. Pierwszy raz przechodzę przez coś takiego, miałem kilka ciężkich momentów, ale zdrowie dopisuje, więc to nie jest obciążenie, któremu nie mógłbym sprostać.
– Transfer do Cracovii, zaraz potem wyjazd na obóz do Wałbrzycha i gol w sparingu, następne zgrupowanie u wybrzeży Costa Blanca – wszystko potoczyło się błyskawicznie. Szczypał się pan, upewniając, że to nie sen?
– Każdego dnia to robię (śmiech). Przez pierwszy okres długo o tym wszystkim myślałem, ale już się oswoiłem z myślą, że stałem się częścią klubu ekstraklasy. I dobrze się z tym czuję! Wspierają mnie rodzice, którzy są zadowoleni, że zamieszkałem w Krakowie, półtorej godziny jazdy od domu.
– Nie miał pan oporów przed podpisaniem tak długiego kontraktu?
– To faktycznie dość długi okres. Jednak odebrałem to pozytywnie, jako wyraz zaufania, jakim Cracovia mnie obdarzyła. Zyskałem bardzo cenną rzecz: stabilizację.
– O trenerze Jacku Zielińskim mówi się, że ma oko do żółtodziobów i nie boi się stawiać na młodych. Z drugiej strony, Cracovia walczy o pierwszy od 1952 roku medal mistrzostw Polski i obawiam się, że nie stać ją będzie na eksperymenty. Na co zatem pan liczy w rundzie wiosennej?
– Celem jest wskoczenie do „18” i zadomowienie się w niej na stałe. Wtedy miałbym okazję na debiut w ekstraklasie. Wychodzę z założenia, że wszystko zależy ode mnie. Od tego, jak będę pracował i wyglądał na treningach. Przeskok jest ogromny, dopiero co grałem w trzeciej lidze. Dlatego spokojnie czekam na swoją szansę. Przyda się trochę szczęścia, ale też wiem, iż muszę być cierpliwy. A co do samej drużyny – Cracovia ma doświadczenie i młodość, to jej wielka siła. Ten zespół stać na włączenie się do walki o mistrzostwo kraju.
– Za pana transferem do drużyny „Pasów” stała agencja ProSport Manager, w której działa Maciej Zieliński, syn Jacka Zielińskiego. To dla pana sytuacja komfortowa czy wprost przeciwnie?
– Nie rozumiem, dlaczego miałbym się czuć niekomfortowo. Transfer odbył się na normalnych zasadach, wszyscy grali w otwarte karty, a moje przejście zatwierdzało w Cracovii kilka osób, nie tylko trener Zieliński. Pojechałem na obóz, tam wykorzystałem szansę i krakowski klub zdecydował się wykupić mnie z Resovii. Oto cała tajemnica.
– Dzięki panu powiększyła się w Cracovii podkarpacka kolonia. Trener jest z Tarnobrzega, a lider zespołu Mateusz Cetnarski z Kolbuszowej. To ma dla pana jakieś znaczenie?
– I to niemałe, bo – przynajmniej na początku – nie czułem się samotny. Gdy przyjeżdżałem na testy, to Mateusz się mną zaopiekował, wprowadził do szatni, poznał z innymi zawodnikami. Dzięki niemu szybciej się odnalazłem w nowym otoczeniu. „Cetnar” to świetny gość, cieszę się, że zostaliśmy kumplami.
– Z kim jeszcze pan trzyma?
– Głównie z rówieśnikami. Zaprzyjaźniłem się z Hubertem Adamczykiem, który trafił do Cracovii w tym samym czasie, co i ja (Adamczyk to reprezentant polskiej młodzieżówki i były zawodnik młodzieżowej drużyny Chelsea – red.). Bartosz Kapustka? Kolejny świetny chłopak. To prawda, że jest wokół niego sporo szumu, ale Bartek zachowuje się normalnie. Zero gwiazdorzenia.
– Koledzy z Resovii pytają, co u pana?
– Przez cały czas pozostajemy w kontakcie. W poniedziałek mam zamiar spotkać się z chłopakami, bo jeszcze nie było okazji, żeby się pożegnać. Spędziłem w Resovii dwa i pół roku i zawsze będę darzył ten klub uczuciem.
Rozmawiał: Tomasz Szeliga


