
II LIGA. Rozmowa z Rafałem Wójcikiem, trenerem Stali Stalowa Wola.
– „Kierunek jest dobry, ale jednak zbyt rewolucyjny” – prezes Stali Mariusz Szymański nie ukrywał obaw przed sezonem, po tsunami jakie nawiedziło szatnię Stali. Pan się nie bał wyzwania?
– Absolutnie nie! Czułem bowiem zaufanie władz spółki, która zaakceptowała mój pomysł budowy nowego zespołu. Złożonego z młodych piłkarzy, głodnych sukcesu. Sprowadzaliśmy ich do klubu na lata, do tego wszystkiego doszedł handicap w postaci Pro Junior System. Okazało się, że mając najmłodszą drużynę w lidze, możemy powalczyć o niemałe pieniądze z PZPN-u. W pracy trenera ryzyko zwolnienia jest zawsze. Po krótkiej przygodzie wylatywałem np. ze Stali Mielec. Dlatego tak bardzo zależało mi na tym, żeby w Stalowej Woli pozwolono mi popracować dłużej.
– Trafił pan do Stali z Nadwiślana Góra, którego nie zdołał uchronić przed spadkiem z II ligi. Gdyby się panu nie udało ze „Stalówką”, mogłaby do pana przylgnąć łatka nieudacznika.
– Masakra jakaś (śmiech). Ale tak poważnie, choć szefowie Stali zapewniali mnie, iż cierpliwości im nie zabraknie, to jednak podejmowałem ryzyko.
– Zaczął pan od trzech porażek, wcześniej poróżnił się z bramkarzem Tomaszem Wietechą, wieloletnim kapitanem i symbolem Stali. Nie wyglądało to najlepiej.
– Zaraz, zaraz, jedna ważna rzecz! Nie poróżniłem się z Tomkiem, nie mam z nim problemu. Koniec tematu.
– Oglądałem pana konferencje prasowe po tych pierwszych, nieudanych meczach. Zapamiętałem pokerową twarz i powtarzane w kółko frazy, że idziecie w dobrym kierunku i wkrótce „odpalicie”. Zastanawiałem się, czy w środku się pan jednak nie gotował.
– Emocje były, to w końcu sól sportu. Jednak byłem całkowicie spokojny o naszą przyszłość. Widziałem na treningach jak ten mój zespół rośnie, dosłownie z dnia na dzień. Jak na filmach przyrodniczych, gdy pokazują rozwój rośliny w przyspieszonym tempie. Jedyne czego potrzebowaliśmy, to punktów. W czwartej kolejce pokonaliśmy Puszczę Niepołomice i ruszyliśmy do przodu.
– To był przełomowy moment?
– Pierwszy, ale nie ostatni. Ogromnego kopa dało nam zwycięstwo w Wejherowie. Wracaliśmy do domu w doskonałych nastrojach, a podczas długiej podróży zespół się scalał. Trzecim ważnym momentem okazało się doprowadzenie do remisu w Rybniku, gdy graliśmy w dziesiątkę.
– Co było najtrudniejsze w procesie budowy nowego zespołu?
– Stworzenie wspólnoty. Przekonanie zawodników, że warto się poświęcić dla sprawy. Nie zważając na niedostatki organizacyjne albo finansowe, bo przecież w Stali nie ma eldorado. Na szczęście tej grupy młodzieńców nie trzeba było zapędzać siłą do pracy. Oni są świadomi, czego chcą, sami w profesjonalny sposób dbają np. o dietę i właściwy odpoczynek.
– Praca w Stali to najtrudniejsze zadanie w pana karierze?
– Czy ja wiem? Zarządzanie dwudziestoma paroma ludźmi to zawsze wyzwanie. Są oczekiwania, pracuje się pod presją. Ale mnie to odpowiada. Mam charakter sportowca i wolę widzieć szklankę do połowy pełną, a nie pustą.
– Jak to jest – pracować z tak młodym zespołem?
– Bardzo dobrze. Nie trzeba wykorzeniać złych nawyków.
– Są widoki, by zimą pozyskał pan bardziej doświadczonych piłkarzy? Od strefy spadkowej dzieli was 6 punktów, niebezpieczeństwo wciąż się czai.
– Zapewne sięgniemy po dwóch nowych, wartościowych graczy. Muszą to być jednak ludzie przed trzydziestką. Innych nie wezmę! Jestem zakochany w walczącym o mistrza Niemiec RB Lipsk. Tam nie przyjmują zawodników po 23. roku życia, dlatego mogą sobie pozwolić na tak agresywną grę. Mówiąc wprost: młodych można gonić! Chciałbym, żeby w kierowanej przeze mnie Stali pressing był dwunastym zawodnikiem. Kibice niech będą trzynastym (śmiech).
– Mohamed Essam – słyszałem, że chce mu pan dać drugą szansę.
– Wkurzył mnie, że wyjechał tak nagle, bez słowa wyjaśnienia. Ale decyzję o rozstaniu z nim podjąłem w nerwach i niewykluczone, iż Egipcjanin wciąż będzie w naszej drużynie. To od niego zależy jednak najwięcej.
– Mateusz Argasiński. Mam wrażenie, iż nie rozwija się tak, jakbyśmy tego oczekiwali.
– „Mati” stracił miejsce w składzie, bo wariant, na który się zdecydowałem, wypalił. Ten chłopak ciężko pracuje, lecz może po prostu nie jest zdolny do liderowania? A może zmiana otoczenia mu pomoże? Arjen Robben w Realu i Chelsea nie mógł się odnaleźć. Pełnię możliwości pokazał dopiero po przenosinach do Bayernu.
– Właśnie straciliście Michała Mistrzyka, który z powodów osobistych przeniósł się do Krakowa. Niełatwo go będzie zastąpić.
– Tak, to nieodżałowana strata. Michał bardzo się rozwinął, przy czym powiem od razu: ja nie nauczyłem go grać w piłkę. Tajemnica polega na tym, że zaczął on wierzyć we własne umiejętności.
– Jak się pan zapatruje na stworzenie w Stalowej Woli Podkarpackiego Centrum Piłki Nożnej?
– Jestem tym pomysłem zachwycony. Przed Stalą otwierają się niesamowite możliwości. Wiadomo – powstaną nowe obiekty, zapełnią się dziećmi i trenerami. Trzeba będzie wyjątkowej niekompetencji, żeby to wszystko rozwalić.
– Centrum ma być gotowe za 2 lata, kiedy miasto, klub i Huta Stalowa Wola będą obchodzić 80. urodziny. Domyśla się pan, o jakim prezencie marzą kibice?
– Oczywiście, że się domyślam. Już choćby z tego względu perspektywa dłuższej pracy w Stali wydaje się niezwykle kusząca.
– Gdyby wprowadził pan drużynę na zaplecze ekstraklasy, nosiliby pana na rękach…
– Ci co noszą na rękach, potem pierwsi te ręce zabierają. A ja nie chcę się potłuc. Lecz tak całkiem na poważnie: owszem, zależy mi na tym, by przygotować grunt pod spektakularny sukces. Walka o awans to zresztą obowiązek klubu o tak bogatej spuściźnie.
Rozmawiał Tomasz Szeliga


