Stare polskie powiedzenie mówi „lepiej późno niż wcale”. Ale wiadomo wszystkim też, że jednak lepiej wcześniej niż później. Wszystkim, oprócz ministrów rolnictwa, którzy przez ostatnie pół roku udawali, że problemu polskich wędliniarzy, związanego z nowym, idiotycznym rozporządzeniem unijnym, nie ma.
A problem jest i to poważny, bo nadgorliwe przepisy spowodują, że ze sklepów znikną smaczne, tradycyjne wędzonki, a wraz z nimi dziesiątki tysięcy miejsc pracy w całej Polsce. Apelowali w tej sprawie posłowie, interweniowali w Brukseli europosłowie, pisali dziennikarze, a PSL-owskie ministerstwo rolnictwa, zamiast walczyć o odstępstwo od rozporządzenia, starało się przekonać, że to wędliniarze produkują nie za bardzo zdrowe kiełbasy i powinni zmienić metody wędzenia. Podobno urzędnicy mieli nawet prowadzić kursy wędzenia, na zasadzie „dziecko uczy ojca dzieci robić”.
W końcu jednak minister Sawicki się ugiął i na początku maja pojechał z tą sprawą do Brukseli. Na stronie ministerstwa można przeczytać, że „Komisarz Borg przychylnie odniósł się do derogacji dotyczącej tych produktów sprzedawanych na rynkach lokalnych. Zaproponował jednocześnie misję ekspertów unijnych w Polsce (na koszt Unii) w celu pomocy zakładom mięsnym w dostosowaniu się do nowych norm wędzenia”. Chciałoby się ministra pochwalić, ale ponownie trzeba skrytykować, bo w myśl jego pomysłu odstępstwo dotyczyć miałoby tylko i wyłącznie produktów znajdujących się na ministerialnej Liście Produktów Tradycyjnych. Dlaczego tylko tych? Nie wiadomo – ministerstwo tego nie tłumaczy. Wiadomo jednak, że jeśli rzeczywiście tak się sprawa zakończy, to wtedy nie my, jako konsumenci, ale urzędas zza biurka będzie decydował, co można wędzić, a co nie.
Nie dziwi więc, że polscy wędliniarze coraz ostrzej protestują, o czym więcej na stronie 6.
Arkadiusz Rogowski


