
MIELEC. Mielczanie modlą się za Bartka, który siedział za sterami maszyny.
Na mieleckim lotnisku znów doszło do nieszczęścia. W sobotnie (5 bm.) południe rozbił się tam szybowiec. 20-letni Bartek, który siedział za sterami maszyny, doznał poważnych obrażeń wielonarządowych oraz urazu kręgosłupa, ma też połamane obie nogi. Dwa tygodnie wcześniej (21 lipca) również na mieleckim lotnisku roztrzaskała się awionetka, w wyniku czego śmierć poniosło dwóch mężczyzn: ojciec z synem.
Jak ustaliliśmy, wypadek na mieleckim lotnisku miał miejsce w sobotę (5 bm.) ok. godz. 12.30. Szybowiec, w którym znajdował się 20-letni mężczyzna, tuż po starcie runął w dół. Z relacji świadków wynika, że maszyna spadła z co najmniej kilkudziesięciu metrów.
Dwa tygodnie temu spłonął tam ojciec z synem
Młody pilot miał szczęście. Przeżył, ale z licznymi obrażeniami ciała trafił do jednego z rzeszowskich szpitali. Jak udało nam się dowiedzieć, 20-latek ma połamane nogi, doznał też poważnych obrażeń wielonarządowych i urazu kręgosłupa. Na miejscu zdarzenia przez ok. godzinę pracowały trzy zastępy Państwowej Straży Pożarnej. Przyjechała też, co oczywiste, karetka Pogotowia Ratunkowego w Mielcu. Ustaleniem przyczyn i okoliczności wypadku zajmuje się Państwowa Komisja Do Spraw Badania Wypadków Lotniczych.
W niedzielę o godz. 12 w kościele pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Mielcu odprawiona została msza w intencji powrotu do zdrowia młodego pilota.
Mniej szczęścia od niego mieli dwaj mężczyźni – ojciec (43 l.) z synem (16 l.) – którzy ponad dwa tygodnie wcześniej (21.07.) zginęli na mieleckim lotnisku. Obaj byli mieszkańcami województwa śląskiego. Dzień wcześniej zawitali do Mielca, by potem wrócić awionetką do swego domu. Tuż po starcie ich samolot runął jednak w dół, spadając metr za ogrodzeniem lotniska. Z maszyny został tylko kawałek ogona. Reszta uległa spaleniu.
Paweł Galek



