Tajemnice Jupiterów ze Stali

Każdy z 4 słupów miał
52 metry wysokości. Fot. Archiwum

Przez niemal pół wieku górowały nad stadionem przy dawnej ul. Obrońców Stalingradu, a obecnie ul. Hetmańskiej.  Służyły do oświetlania wydarzeń sportowych i kulturalnych, na dobre wkomponowując się w krajobraz dzisiejszej stolicy Podkarpacia. 52-metrowe słupy jupiterów, które swego czasu były najwyższym punktem Rzeszowa, właśnie przechodzą do historii.

Wprawdzie stadion Stali Rzeszów powstał 1955 r. ale na budowę jupiterów trzeba było poczekać blisko dwie dekady. – Na początku lat 70. ubiegłego wieku trwała gorąca dyskusja na temat modernizacji i rozbudowy rzeszowskiego obiektu – wspomina Roman Stachowicz, wieloletni działacz i prezes biało-niebieskich. Dopiero w połowie 1973 r. Główny Komitet Kultury Fizycznej i Turystyki zatwierdził projekt założeń rozbudowy stadionu w Rzeszowie, co dało zielone światło dla całej inwestycji. – Zakładała ona budowę oświetlenia, hali sportowej oraz obiektów towarzyszących wraz z trybuną. Wartość całego przedsięwzięcia oszacowano na 160 ówczesnych mln zł – dodaje Stachowicz.

Najjaśniejszy stadion w Polsce

W tamtych czasach niewiele stadionów w kraju mogło się pochwalić sztucznym oświetleniem. W całej południowo-wschodniej Polsce miał to być zatem pierwszy tego typu obiekt, jednak planowana inwestycja przyjęta została przez społeczeństwo z mieszanymi uczuciami. Część mieszkańców była zachwycona tym pomysłem, inni krytykowali go ze względu na zbyt wysokie koszty. Koniec końców był jednak taki, że przystąpiono do prac, które realizowane były w czynie społecznym. Fakt ten mocno wydłużył proces powstawania, a następnie montażu słupów. Zanim cztery jupitery ostatecznie rozświetliły stadion, trzeba było czekać blisko rok na finalizację całej inwestycji. A ta, jak na tamte czasy była nie lada wyzwaniem. – Do dziś tak na dobrą sprawę nie wiadomo, dlaczego zdecydowano się na tak wysokie słupy i umieszczenie lamp na wysokości ponad 50 metrów – zastanawia się Rafał Pomianek, były bramkarz Stali, z wykształcenia inżynier-elektryk, którego firma na początku XXI w. zajmowała się ponownym uruchomieniem sztucznego oświetlenia na rzeszowskim stadionie.

Więcej niż normy UEFA

Każdy z czterech postawionych w 1974 r. słupów miał aż 52 m wysokości. Na koronie jupitera znajdowały się 52 lampy o mocy 2000 W. Dawało to na tamte czasy oświetlenie na poziomie 450 luksów czyli niemal dwukrotnie więcej, niż wymagały wtedy przepisy UEFA dla tego typu obiektów. – Wówczas był to ponoć najjaśniej oświetlony stadion w Polsce – dopowiada Roman Stachowicz. Dziś trudno stwierdzić, czy rzeczywiście tak było. Prawdą jest jednak, że był to na tamte czasy najlepiej oświetlony – bo jedyny – taki obiekt w tej części kraju. Warto w tym momencie nadmienić, że na stadionie w Mielcu sztuczne oświetlenie zamontowano dopiero w 1980 r.
Zastanawiająca była nie tylko wysokość rzeszowskich jupiterów, ale również ich rurowaty kształt. Dlaczego zdecydowano się na takie rozwiązanie? Powód był prozaiczny – o takim, a nie innym wyglądzie masztów zadecydował brak w tamtych czasach stali profilowanej. Konstrukcja rurowa była zatem o wiele łatwiejsza do wykonania, a później także tańsza w utrzymaniu i właśnie dlatego postawiono na nią.

Trzeba było zamawiać prąd

Pierwszym oficjalnym meczem przy sztucznym oświetleniu był pojedynek z lipca 1974 r. w którym Stal Rzeszów pokonała Siarkę Tarnobrzeg 3-2. Jednak jak informuje Roman Stachowicz, nie był to inauguracyjny pojedynek, rozegrany w blasku jupiterów. – Takim było towarzyskie spotkanie Stali z Resovią. To właśnie wówczas odbyła się próba generalna oświetlenia. Od samego początku było jednak sporo problemów z prądem, bowiem zapotrzebowanie na niego było bardzo duże – wyjaśnia były prezes Stali. Ta później regularnie grała w blasku sztucznego oświetlenia, zarówno w meczach ligowych, jak i spotkaniach Pucharu Zdobywców Pucharów. – Uruchomienie jupiterów wiązało się z koniecznością wcześniejszego zgłoszenia tego faktu do zakładu energetycznego. To nie było tak, że się komuś zabierało ten prąd i gdy świeciły jupitery, to ktoś go nie miał. Zakład energetyczny musiał po prostu być przygotowanym na nieco większe zapotrzebowanie na prąd, a trzeba przyznać, że te jupitery były naprawdę mocno „prądożerne”. Nie można było zatem ot tak ich „odpalić” – dodaje Rafał Pomianek, który miał okazję grać przy sztucznym oświetleniu już po jego reaktywacji na początku XXI w. Przez kilkanaście wcześniejszych lat w Rzeszowie tylko sporadycznie korzystano ze sztucznego oświetlenia. Tak było m.in. w 1994 r., kiedy to na torze żużlowym odbył się finał Młodzieżowych Drużynowych Mistrzostw Polski. Już jednak wtedy dało się zauważyć, że jupitery najlepsze lata mają za sobą o czym najdobitniej świadczyły niedoświetlone łuki toru żużlowego.

Żarówki na szafie

Drugie życie rzeszowskie jupitery otrzymały w 2002 r. kiedy to sekcja piłkarska Stali Rzeszów zdecydowała się rozgrywać mecze po zapadnięciu zmroku. Zanim jednak do tego doszło, trzeba było „reanimować’ sztuczne oświetlenie stadionu przy Hetmańskiej. – Gdy niespełna 19 lat temu „odpalaliśmy” oświetlenie, zastaliśmy niemal wszystko w oryginalnym stanie. Tak jak ktoś je zaprojektował, a później postawił, tak też przetrwało to wszystko do początku XXI w. Oczywiście było mnóstwo problemów przy ich ponownym uruchamianiu, bowiem przez dobrych kilka lat jupitery stały nieużywane, a co gorsza nikt się nimi nie zajmował. Gdy weszliśmy na górę, to ogólny stan techniczny był stosunkowo dobry. Praktycznie tylko każda jedna oprawa lamp wymagała jedynie wyczyszczenia, konserwacji no i oczywiście wymiany źródła światła. Dzięki Bogu, bo tak na dobrą sprawę nie wiem jak, ale znaleźliśmy w budynku klubowym w magazynach na szafie kilkadziesiąt sztuk zapasowych żarówek. Mieliśmy więc możliwość ich zamontowania, a wątpię by wówczas były one gdziekolwiek dostępne – wspomina Pomianek.

50 metrów w ciemnościach

Jak się okazuje, sam proces wejścia na szczyt ponad 50-metrowych słupów był nie lada wyzwaniem, z którym nie każdy był w stanie sobie poradzić. – Do każdego jupitera wchodziło się przez specjalny właz, przypominający studzienkę kanalizacyjną, który znajdował się w odległości kilku metrów od podstawy słupów. Właz podnosiło się do góry i schodziło w dół, gdzie mieścił się korytarz i małe pomieszczenie z rozdzielnią elektryczną. Dopiero z niej można było wejść do samego wnętrza jupitera – opisuje Rafał Pomianek. Pokonanie 50-metrowego słupa zajmowało dobrych kilka minut. – Miał on maksymalnie 2 metry średnicy. Na górę prowadziły drabinki, a co 4 – 5 metrów znajdowały się takie specjalne półki, po których przechodziło się na kolejne szczeble. Drabinki zostały zamontowane naprzemiennie, po dwóch stronach jupiterów, więc na górę wdrapywało się takim zygzakiem. W przeszłości było to na pewno zdecydowanie łatwiejsze zadanie, bo wnętrze jupiterów było oświetlone. Gdy ja wchodziłem do nich, to już panowały wewnątrz zupełne ciemności i musieliśmy korzystać z latarek. Na pewno było to fajne przeżycie, jednak jeśli ktoś ma np. klaustrofobię, to mógłby mieć problem z wejście na samą górę – opisuje cały proces wspinaczki na „koronę” jupiterów były bramkarz Stali.

Miejscówka dla snajperów

Wszelkie niedogodności i wysiłek, związane z pokonywaniem kolejnych szczebli drabinek, wynagradzał finał całej eskapady. – W momencie otwarcia klapy i wyjścia na zewnątrz było wielkie WOW! Wspinając się, chyba nikt nie zdawał sobie sprawy, że stojąc na górze, będzie widać… dachy wieżowców na Skarpie. A tak właśnie było! Korona słupów była bowiem kilkanaście metrów wyższa, niż sąsiadujące ze stadionem wieżowce, a widok z niej na 4 strony Rzeszowa naprawdę zapierał dech w piersi – mówi z przejęciem Pomianek. Nie dziwi zatem fakt, że tak znakomity punkt obserwacyjny został w 1991 r. wykorzystany przez snajperów, którzy właśnie ze szczytu jupiterów strzegli bezpieczeństwa przejeżdżającego obok stadionu papieża Jana Pawła II podczas jego wizyty w Rzeszowie.

Bujające się jupitery

Wrażenia wizualne nie były jednak jedynymi, jakie dało się odczuć, będąc na szczycie masztów. – Z dołu tego nie widać, w środku tego nie czuć, ale jeśli się stało tam, na górze, to nawet przy niewielkim wietrze, te jupitery po prostu się bujały. Na górze dało się – i to dość mocno – odczuć właśnie taki efekt. Myślę, że przy porządnym wietrze, mogły się one odchylać od pionu nawet o ponad metr w jedną i drugą stronę – przekonuje były golkiper biało-niebieskich, który mimo pewnych niedogodności, bardzo dobrze wspomina grę przy sztucznym oświetleniu sprzed blisko dwóch dekad. – Boisko było zdecydowanie lepiej oświetlone, niż dzisiejsze orliki. Wówczas z perspektywy zawodnika granie przy jupiterach było dużym przeżyciem, a zarazem wyróżnieniem i czymś, o czym się marzyło. W tamtych czasach nie było bowiem wielu miejsc, gdzie można było grać po zapadnięciu zmroku. Ale faktycznie, istniały też i mankamenty. Dużo problemów było zwłaszcza wtedy, gdy nawet przez przypadek popatrzyło się na światło jupitera. Potem przez dłuższą chwilę miało się ciemne plamy przed oczami, co stwarzało dość duży dyskomfort i utrudniało pracę na bramce. Te mankamenty były jednak wynagradzane możliwością gry przy sztucznym oświetleniu – przekonuje Pomianek.

Prowizorka na kilka lat

Po reaktywacji jupiterów w 2002 r., ich żywotność miała mieć krótki termin, który ostatecznie przeciągnął się na… blisko 3 lata. – Specjaliści, którzy je uruchamiali i z którymi miałem okazję współpracować, dawali gwarancję ich działania maksymalnie na jeden, góra dwa mecze. Tymczasem przetrwały o wiele dłużej, a trzeba przyznać, że o ile góra wyglądała nieźle, o tyle na dole było naprawdę sporo pracy. Stan kabli w tunelach, gdzie się wchodziło do jupiterów był fatalny. Były one poprzepalane, poprzecinane do tego stopnia, że nie było nawet jak tego wszystkiego posztukować. Niektóre kable były łatane podkładkami, nakrętkami, żeby tylko to wszystko działało. Wydawało nam się, że jest to robione tylko na chwilę – jeden góra dwa mecze. Życie jednak pokazało, że jak to w Polsce bywa, prowizorka przetrwała znacznie dłużej i co ważne, nie przypominam sobie, aby w czasie meczu te światła zgasły. A przecież takie przypadki w naszym kraju miały miejsce – kontynuuje Pomianek.

Jeden po drugim i „H”

Co ciekawe, włącznie jupiterów nie mogło się odbywać równocześnie. Zapalano je zatem jeden po drugim, a wszystko – co mogą pamiętać nieco starsi kibice – zaczynało się od rozświetlenia kształtu, przypominającego literę „H”. – Rzeczywiście tak było. Jupitery miały trzy sekcje oświetlenia. Wspomniana litera „H” służyła do oświetlania trybun np. w przerwach meczu. Do niej następnie była dodawana górna i dolna sekcja i w ten sposób cały jupiter świecił pełnym blaskiem – opisuje nasz rozmówca. A z tym światłem bywało różnie. – Po ostatniej reaktywacji jupiterów, maksymalne oświetlenie tak naprawdę nie spełniało żadnych norm. Wyniki badań natężenia światła na murawie – powiedzmy delikatnie – były mocno naciągane, by tylko obiekt został dopuszczony do grania po zmierzchu. Jeżeli ktoś miał możliwość wejścia na boisko przy włączonych światłach, to od razu zauważył, że dało się odczuć tę różnicę np. między środkiem płyty, a narożnikami. Podobnie było z torem żużlowym, a szczególnie łukami. W momencie powstawania jupiterów, ich moc była pewnie na tyle duża, że prawdopodobnie dało się oświetlić boisko i tor. My robiąc modernizację, staraliśmy się praktycznie całą możliwą moc skierować na boisko – precyzuje były golkiper.

Nie było innego wyjścia

Po raz ostatni jupitery na stadionie Stali były używane jesienią 2005 r. Rezygnacja z gry w ich blasku związana była z coraz to niższą frekwencję na piłkarskich meczach Stali. Późniejsza budowa oświetlenia toru oraz krytej trybuny, która wymusiła zdjęcie wszystkich lamp i odcięcie słupów od źródła zasilania, praktycznie przesądziła o ich losie. Część kibiców nie może jednak odżałować, że zdecydowano się na wycinkę charakterystycznych dla tego stadionu słupów. Jak jednak przekonują władze miasta, nie było innego wyjścia, bowiem nie nadawały się one do montażu nowego oświetlenia, które już niebawem rozbłyśnie na obiekcie przy ul. Hetmańskiej.

Marcin Jeżowski

3 Responses to "Tajemnice Jupiterów ze Stali"

Leave a Reply

Your email address will not be published.