Tak hartują się twardziele (WIDEO)

Żołnierze, którzy wskoczyli do wody, opowiadali, że w pierwszej chwili czuli się jakby ich klatki piersiowe były dosłownie miażdżone. Fot. Paweł Bialic
Żołnierze, którzy wskoczyli do wody, opowiadali, że w pierwszej chwili czuli się jakby ich klatki piersiowe były dosłownie miażdżone. Fot. Paweł Bialic

Mają kilka minut, by pokonać swoje słabości i koszmarną pogodą. Gdy przegrają, pożegnają się z życiem.

Na zewnątrz panuje temperatura -10 stopni Celsjusza, dodatkowo zimno potęguję wiatr. Do wody w mundurach wskakują jeden po drugim strzelcy wyborowi. Sami wychodzą na brzeg, przebierają się na przejmującym mrozie. Niektórzy są oszołomieni. Instruktor krzyczy do jednego z nich: – Jaki masz karabin? Jaki?! Żołnierz jest w szoku. Po chwili mówi, jaką ma broń. – Nic mu nie jest – kwituje instruktor. To nie koniec, bo zarówno zszokowany żołnierz, jak i jego koledzy biorą swoje plecaki, karabiny i od razu wyruszają w 15-kilometrowy marsz w góry. Po drodze mają do wykonania dużo zadań taktycznych, czai się na nich wróg, a w nocy śpią w lesie pod gołym niebem bez choćby namiotu. Tak działają tylko prawdziwi twardziele i najlepsi z najlepszych.

Kąpiel w lodowatej wodzie i pozostałe ćwiczenia odbywały się w Ośrodku Szkolenia Górskiego w Trzciańcu, gdzie zjawili się strzelcy wyborowi Wojsk Lądowych z całej Polski. Szkolenie prowadzone było przez instruktorów 21. Brygady Strzelców Podhalańskich.

– To szkolenie jest po to, żebyście wiedzieli, jak to jest wylądować w wodzie przy tak niskiej temperaturze. Żeby nie było tak, że wpadniecie do jakiegoś potoku i już wzywacie GOPR i wszystkie inne służby, bo się zamoczyliście. Jesteście żołnierzami i macie sobie sami poradzić nawet w tak trudnych warunkach – mówi na początku kursu jeden z instruktorów.

Strzelcy wyborowi choć z niejednego żołnierskiego pieca jedli chleb, a wielu z nich brało już udział w misjach np. w Afganistanie czy Iraku, słuchają w skupieniu instruktorów, bo od tego czy poprawnie wykonają to ćwiczenie zależy ich zdrowie, a nawet życie. Nigdy wcześniej nie mieli do czynienia z tak trudnym zadaniem. Pierwszy do wody wskakuje instruktor, młodszy chorąży Karol Możdżeń z 1. Batalionu Strzelców Podhalańskich, który ma duże doświadczenie w radzeniu sobie w tak skrajnych warunkach.

– Byłem w Szwecji na kursach, które przygotowywały do sytuacji, kiedy żołnierz wpada do lodowatej wody i musi sobie sam poradzić – mówi. – U nich jest mnóstwo akwenów wodnych, które często zamarzają i gdyby ich żołnierze mieli je obchodzić dookoła, to straciliby mnóstwo czasu w działaniach taktycznych, dlatego są specjalistami od lodu i wszystkich zagadnień z nim związanych – dodaje.

Zimno miażdży klatkę piersiową
Mł. chor. Możdżeń wskakuje do wody w mundurze i z plecakiem ważącym około 20 kg. Po 40 sekundach jak foka rusza nogami i wydostaje się na lód. Przemoknięty, z trudem pokonuje kilkadziesiąt metrów. – Panowie, on tak dziwnie idzie, bo czuje się jakby był w ołowianych bucikach – mówi jeden z instruktorów. Następnie rozpala małe ognisko. Szybko przebiera się i tłumaczy jednocześnie, że trzeba zacząć od góry, najważniejsza jest głowa, na którą momentalnie trzeba nałożyć suchą czapkę. W Trzciańcu wskoczył do lodowatej wody już czwarty raz. – Za każdym następnym razem jeszcze bardziej tego nienawidzę, no ale ktoś musi być instruktorem i pokazywać innym żołnierzom, jak to się prawidłowo robi. To jednak mało przyjemne ćwiczenie – mówi.

Co czuje człowiek po kąpieli w takich warunkach? – Pierwsze odczucie to tak, jakby moja klatka piersiowa była miażdżona. Ciężko złapać oddech i uspokoić się. Nawet mówienie sprawia kłopoty. Szok jest ogromny. Dlatego najważniejsze w sytuacji, gdy wpadniemy do lodowatej wody, to uspokoić się, bo inaczej nie mamy żadnych szans na ratunek. Panikując, szybko tracimy energię i stoimy od razu na przegranej pozycji. Oczywiście, łatwo się mówi jak stoi się na brzegu, a gorzej, gdy człowiek ląduję w takiej wodzie, no ale trzeba sobie jakoś z tym poradzić – mówi mł. chor. Możdżeń. – Rozmawiamy pół godziny po moim wyjściu z wody, a trzęsie mi się nadal głos i piecze mnie klatka piersiowa. Nawet powietrze mogę ledwo do połowy normalnej objętości płuc nabrać. Powoli za to wracają do normy moje palce u rąk. Gdybym poszedł do ciepłego budynku sprawa byłaby prostsza, ale skoro szkolimy się tu wszyscy, to stoję na zewnątrz razem z innymi chłopakami, którzy także wskoczyli do tej wody.

Opowiada, że w Szwecji podczas lodowatej kąpieli na zewnątrz panowała temperatura -27,5 stopnia Celsjusza. Po zmianie munduru jeszcze 2,5 godziny musiał dreptać i rozgrzewać się, żeby wrócić do takiego stanu ciała, jak przed wskoczeniem do wody.

Jak ma na imię twoja dziewczyna?
Obok inny instruktor kolejny raz tłumaczy strzelcom wyborowym: – Macie około czterech do pięciu minut na wydostanie się z wody. Później to najwyżej możecie złożyć ręce i modlić się, żeby was na górze dobrze przyjęli – mówi.

Mł. chor. Możdżeń dodaje: – Panowie, jak nie dajecie rady wyjść z wody, to przykładacie dłonie do lodu, żeby wam przymarzły. Jeśli opadniecie całkiem z sił i stracicie przytomność, to te dłonie będą was trzymać i nie ześlizgniecie się całkiem do wody, a tym samym nie utopicie się.

W pewnym momencie instruktorzy zauważają, że jeden z żołnierzy wskakuje do wody, zaczyna nabierać ją do ust i panikować. Jakoś udaje mu się jednak wyjść na brzeg. Ale z żołnierzem jest coś nie tak. Instruktorzy to zauważają, a w pogotowiu czekają już nosze i wojskowy ambulans. Żołnierz jest oszołomiony. Instruktor zadaje mu pytanie, żeby sprawdzić, czy kontaktuje z rzeczywistością: – Jak ma na imię twoja dziewczyna? Żołnierz patrzy przez 2 sekundy jakby zobaczył ducha. Wreszcie ledwo mamrota: – Mam żonę. Nazywa się Elżbieta.

Instruktor z uśmiechem mówi: – Jak wie, że ma żonę, to dobrze z nim będzie i nic mu się nie stało.

Młodszy chorąży Karol Możdżeń po wyjściu z wody przebiera się w suchy mundur.
Młodszy chorąży Karol Możdżeń po wyjściu z wody przebiera się w suchy mundur.

Muszą się ruszać
Po chwili kolejny żołnierz oszołomiony wbiega na brzeg. Stoi bez ruchu. Instruktorzy po raz kolejny upominają: – Ruszajcie nogami i rękami. Cały czas się ruszać.
Żołnierz zaczyna się rozgrzewać, na co instruktor żartobliwie: – Nawet rzęsami ruszaj, żeby ci oczy nie zamarzły.

Jeden z ostatnich wojaków wybiega na brzeg. Woda prawie zamarza mu na twarzy. Gwałtownie oddycha, wygląda jak ciężko chory. – Uspokój oddech. Spokojnie – pomaga mu mł. chor. Możdżeń. Żołnierz go słucha i po chwili mija pierwszy szok.

Kilka minut później każdy z żołnierzy, już wysuszony, udaje się w długą górską podróż, bo aż 15 km. W nocy będą spać pod gołym niebem, na ziemi przy temperaturze dochodzącej do około -15 stopni Celsjusza. Przed ciężką nocą wykonają wiele ćwiczeń. A przecież od kilku dni chodzą po górach w skrajnych warunkach. Ćwiczyli między innymi maskowanie, wykrywanie celów, umiejętności taktyczne, techniki poruszania się na nartach, a także pierwszą pomoc i ewakuację w dwójkach w warunkach zimowych. Dodatkowo żołnierze zdobyli najwyższy szczyt Bieszczadów, Tarnice (1346 m n.p.m.). W końcu to jednak strzelcy wyborowi, a więc ludzie, którzy potrafią odwrócić losy bitwy kilkoma celnym strzałami i są prawdziwymi zawodowcami. – Zostały wam dwa ostatnie dni kursu. Jeśli przetrwacie, to naprawdę jest to duży wyczyn i możecie być z siebie dumni – mówi do skrajnie wychłodzonych kąpielą żołnierzy jeden z instruktorów.

Niestety. Trudne zimowe warunki, przenikliwy mróz działający od początku szkolenia oraz fizyczne urazy spowodowały, że kilku uczestników musiało się wycofać z zaawansowanej grupy.

Grzegorz Anton

One Response to "Tak hartują się twardziele (WIDEO)"

Leave a Reply

Your email address will not be published.