Ten konflikt jest jak „bańka” – rośnie, potem pęka

Fot. Kuba Atys / AG;

Teraz w Jerozolimie panuje już spokój, ludzie nie boją się, że za chwilę w okna ich domów trafi granat, albo na dom spadnie bomba. A tak było jeszcze dwa tygodnie temu. Jest się zatem z czego cieszyć. Ano nie do końca, bo konflikt palestyńsko-izraelski datuje się od powstania państwa Izrael i nic nie wskazuje na to, by miał się w najbliższym czasie ostatecznie zakończyć. Kto jest tu „bardziej winny”? Dlaczego jest jak jest i nie chce być inaczej? Dlaczego Jerozolima znów zapłonęła?

Wydaje się nam, że znamy genezę palestyńsko – izraelskiego konfliktu, ale większość z nas ma o nim dość płytką wiedzę i niewielkie pojęcie. Ekspertka w tym temacie, dr Agnieszka Bryc, specjalistka od stosunków międzynarodowych, pracująca na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i redaktor naczelna Global TC próbuje go nam przybliżyć: – To nie jest tak, że w konflikcie jest strona dobra i strona zła, ofiara i agresor – zaczyna dr A. Bryc. – A w Izraelu mamy do czynienia z sytuacją szczególnie skomplikowaną. Są tu bowiem jakby dwa konflikty. Jeden to konflikt zbrojny na linii armia izraelska – Hamas. Tu niewątpliwie inicjatorem walk był Hamas, bo to on pierwszy wystrzelił rakietę, a Izrael miał prawo do samoobrony – wyjaśnia. – To jest jedna część tej skomplikowanej sytuacji. A druga to wewnętrzny spór w Izraelu pomiędzy tamtejszymi Arabami, nazywanymi gdzieniegdzie potocznie Palestyńczykami, a ludnością żydowską. Ale tu znów nie jest to takie proste, bo nie chodzi o wszystkich Żydów, ale o przedstawicieli skrajnie prawicowych i nacjonalistycznych środowisk skupionych w partiach, szczególnie tej, która ostatnio weszła do Knesetu, czyli „Religijny Syjonizm”. Nawiązuje ona do organizacji terrorystycznej zdelegalizowanej w latach 90. zeszłego wieku. Premier Benjamin Netanjahu od początku swoich rządów, czyli od 2009 roku, aby otrzymać się przy władzy musi pozostawiać w układzie politycznym z bardzo radykalnymi partiami. To on pomaga im okrzepnąć w mainstreamie politycznym. Efekt tego jest taki, że konflikt między ludnością arabską, a żydowską datujący się od powstania państwa izraelskiego, czyli od 1948 roku, nie tylko nie zmniejsza się, ale wręcz przybiera na sile. Do tego władze bardzo dbają o podkreślanie tego, że Izrael to państwo żydowskie jednocześnie ograniczając i tak już ograniczone prawa ludności arabskiej. Z ich punktu widzenia to ważne, bo Izrael to przecież jedyne państwo żydowskie na świecie, ale taka postawa także nie zmniejsza napięcia. I tak konflikt nabrzmiewa coraz bardziej, a trwa przecież już nie lata, ale dekady. Do tego wszystkiego w Izraelu nie brak miast i mniejszych miejscowości, w których mieszkają zarówno Żydzi, jak i Arabowie. Obecny premier, podobnie jak jego poprzednicy, niespecjalnie stara się integrować tę mieszkającą obok siebie ludność. Do czego to prowadzi, mieliśmy okazję widzieć niedawno. Prowadzi do zamieszek na tle etnicznym między de facto sąsiadami. Problem jest tym większy, że nie ma między nimi równości. Jest na przykład inny dostęp do usług komunalnych dla ludności żydowskiej, a inny dla izraelskich Arabów. Tym razem iskrą zapalną do walk było wysiedlenie kilkunastu arabskich rodzin w Jerozolimie. Ich domy zajęły żydowskie instytucje i przedstawiciele społeczności żydowskich. Arabowie później gorzko ironizowali, że jest tego plus, bo wreszcie ktoś zaczął śmieci wywozić. To pokazuje, do jakiego poziomu doszło w Izraelu nierówne traktowanie ludności żydowskiej i arabskiej. To taka „bańka”, która pęka, bo musi pękać. Jak powiedziała jedna z polityczek, premier nie robi z tym nic od 12 lat. Ale trudno winić go bezpośrednio za to, co stało się niedawno. Pamiętamy, że był on w szczególnie kłopotliwej sytuacji: tydzień przed rozpoczęciem się konfliktu utracił możliwości tworzenia swego rządu i oddał tę możliwość prezydentowi, który jest jego konkurentem politycznym. Było realne zagrożenie, że utraci władzę, a tymczasem rozpoczęły się protesty arabskie i odbywał się Dzień Jerozolimy z marszami radykałów, którzy prowokowali Arabów, wybierając trasę swego przemarszu przez dzielnice muzułmańskie. I w to wszystko wszedł Hamas, stawiając władzom izraelskim ultimatum, że do godz. 18 mają wycofać służby bezpieczeństwa ze wzgórza świątynnego. Wiadomo było, że Netanjahu nie może ulec temu naciskowi, bo byłaby to dlań śmierć polityczna. A o godz. 18.02 wyleciała pierwsza rakieta Hamasu – przypomina dr A. Bryc. Konflikt zbrojny się zakończył, ale nie zakończył się konflikt etniczny i trudno oczekiwać, że się zakończy, jeśli państwo izraelskie nie zmieni swego nastawienia do obywateli arabskich. Jednocześnie Arabowie też są silnie podzieleni – Dla izraelskich Arabów Izrael to jest dom i dążą do integracji. Chcieliby tylko mieć normalne prawa, jak Żydzi. Ale dla mieszkańcy zachodniego brzegu Jordanu i strefy Gazy chcą separacji z Izraelem – podkreśla.

Mieszkanka Izraela: – Społeczeństwo jest coraz bardziej podzielone

Konflikt zbrojny Izraela z Hamasem był nieco inny niż sobie wyobrażamy. Kolokwialnie rzecz biorąc był „zorganizowany”. Polegało to na tym, że Hamas dość dokładnie informował, gdzie i o której godzinie będzie atak. Na tyle dokładnie, że Karolina Mints, mieszkanka Izraela od 7 lat, mogła w czasie konfliktu wyjść na spacer. – Bywało tak, że Hamas informował, że atak będzie, a go nie było. A czasem bywało tak, że atak odbywał się niemal znienacka – opowiada. Karolina Mints ma zupełnie inną niż zewnętrzni obserwatorzy konfliktu perspektywę spojrzenia nań. – Jest to perspektywa mieszkanki Izraela, w dodatku zupełnie świecka perspektywa – uśmiecha się. – Mój mąż jest Żydem niezwiązanym w żaden sposób religijnie – podkreśla. – Gdy mówimy o napięciu między Żydami i Arabami izraelskimi musimy pamiętać, że jeszcze przed wojną sześciodniową w 1967 roku relacje między odmiennymi etnicznie mieszkańcami Izraela były o niebo lepsze. Ba przykład Żydzi jeździli do Jerycha do kasyna, które jest w Izraelu zabronione, a Arabowie z Gazy codziennie przekraczali granicę, by dotrzeć do pracy w Izraelu. Teraz wydaje się to nie do pomyślenia – zauważa Karolina Mints. – W tej chwili polityka się radykalizuje, a społeczeństwo jest coraz bardziej podzielone. Każde wybory, które odbywały się w ostatnich latach, pokazywały bardzo silną polaryzację: jedna połowa wyborców była absolutnie za państwem żydowskim, druga zaś absolutnie przeciw. Ja jestem w tej grupie opozycyjnej. Trudno mi słuchać, że Arabowie nie powinni mieć w Izraelu żadnych praw, tym bardziej że ja z nimi pracuję w branży turystycznej – zdradza. – Prawdą jest to, co powiedziała pani dr Bryc: izraelscy Arabowie bardzo chcą się utożsamiać z państwem Izrael, czuć jego częścią. Wielu z nich mówi „chcę być lojalny”. Jednocześnie nie czują się traktowani jak prawowici obywatele i boli ich to – przyznaje Karolina Mints. Kobieta nie kryje niepokoju tym, że do głosu w Izraelu dochodzą coraz bardziej radykalne partie żydowskie. – Ze strachem patrzę na to, że do władzy prą partie być może nawet rasistowskie – wyznaje. – Zbijają one kapitał na takich konfliktach jak ostatni, bo negatywnie zainspirować młodych ludzi, którzy nie mają nic do stracenia po obu stronach jest bardzo łatwo. Tymczasem zdecydowana większość społeczeństwa była po prostu w szoku – wspomina Karolina Mints. Mieszkanka Izraela zwraca też uwagę na inny problem, który pojawi się najprawdopodobniej w przyszłości. – Demografia zarówno wśród Żydów, jak i wśród izraelskich Arabów jest taka, że za jakiś czas w Izraelu będzie 50 proc. Arabów i 50 proc. radykalnych Żydów. Będzie społeczeństwo jak woda i olej, całkowicie nieskore do żadnej integracji. Nie wiem, jak sobie z tym wówczas poradzą izraelskie władze, żeby nie było rozlewu krwi i by państwo i społeczeństwo szły do przodu, a nie żyły w konflikcie – przyznaje kobieta. Karolina Mints, która z zawodu jest psychologiem, porównuje obie strony konfliktu do starego skłóconego małżeństwa. – Takiego, które tyle już ma za sobą kłótni, cichych dni i złośliwości, że już ani żonie, ani mężowi nie chce się tej sytuacji poprawić – zauważa kobieta. Jak zmieniło się życie Karoliny Mints podczas konfliktu? Otóż akurat niespecjalnie…- Mieszkam na południe od Tel Awiwu i w moim mieście nie ma żadnych zamieszek. Jedyna myśl w tyle głowy na spacerze, to jak ja się gdzieś schronię z dzieckiem w wózku. Nie można naszej sytuacji porównać do tej w Gazie czy na północy Izraela. Natomiast odczuwam bardzo duże skutki psychologiczne tego konfliktu. Nie można było stąd wyjechać, nie mogłam skupić się na niczym. Takie poczucie zawieszenia, a gdy były rakiety także stresu. On był inny u mnie, a i inny u mego męża. Mąż się tu urodził, dla niego to nie pierwsza konfliktowa sytuacja. Ja w ciągu tych moich 7 lat tutaj żyłam spokojnie – podkreśla.
Jak widać, jeśli nam się zdaje, że w sumie wszystko wiemy o konflikcie palestyńsko – izraelskim, a „wiemy” na ogół tyle, że „nienawidzą się i wiecznie jest tam mała wojna”, to naprawdę nam się zdaje. Trudna i skomplikowana sytuacja tak naprawdę obchodzi świat tylko wtedy, gdy konflikt się eskaluje i staje zbrojny. Poza tym niespecjalnie interesujemy się prawdziwą sytuacją w kraju, gdzie nierzadko zdarza się nam wyjeżdżać na wycieczki o charakterze religijnym. Przywozimy stamtąd fajne zdjęcia, parę pamiątek i przeświadczenie, że jesteśmy bardziej uduchowieni, a tymczasem na naszych oczach „bańka” konfliktu rośnie, by potem znów pęknąć.

Monika Kamińska

2 Responses to "Ten konflikt jest jak „bańka” – rośnie, potem pęka"

Leave a Reply

Your email address will not be published.