Dzisiaj w Super Nowościach zobaczycie nasz Świat dobry i zły, a także dobrą i złą Polskę. To będzie karkołomna podróż od tolerancji, uśmiechu i zaufania po wykluczenie, nienawiść i śmierć. Bo takie mamy trudne czasy, których wcale mieć nie chcemy. Chcemy spokoju, umiaru, pojednania. Chcemy dobrej i mądrej rzeczywistości. Chcemy wreszcie codziennego uśmiechu, życzliwości i wzajemnego wsparcia, bo bardzo nam one dzisiaj potrzebne. Warto o tym na co dzień pamiętać.
W styczniu tego roku podczas obchodów 75 rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz Marian Turski – jego były więzień, członek Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej i przewodniczący Rady Muzeum Historii Żydów Polskich Polin – powiedział między innymi:
„Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana. Istotą demokracji jest to, że większość rządzi, ale demokracja na tym polega, że prawa mniejszości muszą być chronione. Nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek władza narusza przyjęte umowy społeczne, już istniejące. Bądźcie wierni przykazaniu. Jedenaste przekazanie: nie bądź obojętny.
Bo jeżeli będziesz, to nawet się nie obejrzycie, jak na was, na waszych potomków jakiś Auschwitz nagle spadnie z nieba.”
Bo to nie spada z nieba.
Zwyczajne małe miasteczko. Wschodnia Galicja. Zalany słońcem Rynek. Wąskie uliczki. Przy jednej z nich taka zwykła kamienica. Biegniesz ze słońca do cienia. Skok w bramę i po schodach. Z wypalonych światłem, rozgrzanych, ulicznych kamieni w ciemną chłodną czeluść w brzuchu wielkiego domu.
Na parterze mieszkali Żydzi. Eidem był stolarzem i miał skład mebli pod miastem. A Leibowicz był szklarzem i miał małą śliczną córeczkę. Nomę. Na Purim dzielili się makagigi z wszystkimi sąsiadami, by mak z miodem i orzechami tańczył na uśmiechniętych wargach przyjaciół.
A ci odwzajemniali się kutią i karpiem na Boże Narodzenie czy Wielkanoc. Świąt zresztą w kamienicy było co niemiara i wszyscy się nimi dzielili, bo fajnie mieć dwie wielkie noce, czy boże narodzenia. I nieważne czyje one są.
Bo na pierwszym piętrze mieszkała cała reszta. Rodzina Rusinów Muzyczków oraz ksiądz Siekierżyński, który przeszedł z katolicyzmu na grekę i nikt mu tego za złe nie miał, bo się przecież zakochał. A żona jego ukochana dwóch synów mu później urodziła – Bogdana, który filozofem krakowskim został i Sławka – starostę niżańskiego.

A obok moja Babcia – wtedy nastolatka z całą swoją polską, katolicką rodziną i czwórką rodzeństwa.
I na końcu Wallner. Austriacki sędzia, który został polskim sędzią po CK. A potem, jak weszli Niemcy, zapisał się do NSDAP.
I wszystko się skończyło.
Tak łatwo wzbudzić nienawiść, pozornie nie wzbudzając jej nawet.
Kiedy Eidem i Leibowicz szli z rodzinami do transportu, nie wiedząc przecież gdzie idą. Zostawili ostatnim tchnieniem instynktu śliczną, małą Nomę w piwnicy.
A przyjaciele, sąsiedzi, rankiem znaleźli zapomniane dziecko i… odprowadzili na dworzec do rodziców, bo przecież nie mieli pojęcia, gdzie pojadą.
Że do Bełżca. I że koniec.
A potem świat potoczył się szybciej.
I przyszli inni.
I zostali.
Dzisiaj wszyscy mówimy na to Polska.
Jakub Karyś, redaktor naczelny



4 Responses to "To nie spada z nieba"