Tornistry pełne pieniędzy

piotr samolewiczW księgarniach i sklepach ze szkolnymi produktami wybuchła kampania sierpniowo-wrześniowa. Rodzice dostali białej gorączki i biegają po sklepach w poszukiwaniu tanich podręczników dla swoich pociech. Nic dziwnego.

Za nowy komplet trzeba wydać kilkaset złotych, a gdy doda się do tego inne uczniowskie akcesoria, to głowa puchnie od chudnącego portfela. Od czasu, gdy oświata w Polsce została urynkowiona, każdy chce zarobić na rodzicach i dzieciach. Stąd co roku inna moda na tornistry i piórniki, stąd co roku nowe podstawy programowe, które tak naprawdę nie są nowe, tylko sprawiają wrażenie takich (nowe są tylko okładki podręczników i różne parametry bez wpływu na całość).

Problem jest naprawdę poważny. Bo nie tylko chodzi o drenaż kieszeni. Od małego zmieniamy nasze pociechy w konsumentów, przyzwyczajamy je do tego, że wszystkie ich potrzeby i zachcianki muszą być zaspokajane, w efekcie dzieci stają się małymi naciągaczami oraz rywalizują między sobą w drogich ubraniach i gadżetach. Uczą się, że człowiek jest tyle wart, ile ma w tornistrze, a nie w głowie i sercu.

Problem nie jest wyłącznie polski. Dwa lata temu ukazała się u nas książka brytyjskiego dziennikarza Carl Honoré „Pod presją. Dajmy dzieciom święty spokój!”. Autor poświęcił ją współczesnemu zachodniemu modelowi wychowania. Polega on na zarządzaniu karierą dzieci. Mały Jaś już nie jest wyłącznie niepowtarzalnym urwisem, ale „projektem” o imieniu Jaś. Dzisiejsze dzieci zbyt szybko tracą dzieciństwo i wolność, gdyż ich rodzice i różni eksperci od wychowania (np. urzędnicy w ministerstwie edukacji) zajmują się zarządzaniem ich dzieciństwem, projektowaniem ich ścieżek rozwoju. Obliczają, ile dzieci mają mieć ukończonych kursów, przerobionych testów i zdanych egzaminów, ile mają mieć komputerów i tabletów, by były najlepsze, najcudowniejsze, najbardziej inteligentne, by ich życie było po prostu udane. Eksperci od edukacji zapominają tylko, że nie wszystko się da zaprogramować i kupić. Szczególnie szczęścia.

Ta sytuacja rodzie wiele paradoksów. Jak oblicza Carl Honoré, wychowanie jednego dziecka kosztuje teraz w Wielkiej Brytanii 300 tys. dolarów. Skoro aż tyle, to myślący ludzie dochodzą do wniosku, że rodzenie i wychowywanie dzieci jest samobójstwem finansowym i dla rachunku ekonomicznego nie podejmują się tego trudu. W tym tkwi jedna z tajemnic sytuacji, że zachodnie społeczeństwa, także polskie, usychają z braku dzieci.

Piotr Samolewicz

Leave a Reply

Your email address will not be published.