Tragiczna śmierć na oddziale. Opinia biegłych pogrąża lekarza

Fot. Archiwum
Lekarz nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że cały czas przebywał na terenie szpitala, a powrót na oddział zajął mu zdecydowanie mniej czasu, niż wynika z ustaleń śledczych. Fot. Archiwum

SANOK. Gdy pacjent się dusił, lekarz miał opuścić oddział, aby pojeździć na rowerze.

Końcowa opinia biegłych, badających kontrowersyjną sprawę śmierci pacjenta sanockiej laryngologii pogrąża lekarza. Według ustaleń specjalistów, gdyby medyk od razu wykonał zabieg tracheotomii, mężczyzna mógł przeżyć. Gdy pacjent się dusił, lekarz miał opuścić oddział, aby pojeździć na rowerze.

To już druga opinia biegłych ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach w tej sprawie. Powstała w wyniku powtórnej weryfikacji dokumentacji medycznej i ustaleń śledczych oraz w oparciu o opinię lekarza dotyczącą oceny biegłych.

Pierwsza na zachowaniu Marka D., ordynatora sanockiej laryngologii, nie zostawia suchej nitki. Zdaniem specjalistów, którzy badali sprawę i dokumentację medyczną, lekarz swoją nieobecnością na oddziale i brakiem podjęcia natychmiastowych czynności ratujących naraził pacjenta na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. – Chodzi o zabieg tracheotomii, który powinien zostać wykonany natychmiast. Może wykonać go tylko lekarz. Fakt, że w pierwszych kilkunastu minutach reanimacji nie było go na oddziale, biegli uznali za mający wpływ na śmierć pacjenta – wyjaśnia Alicja Bąk z brzozowskiej prokuratury, która prowadzi sprawę.

Lekarza, według ustaleń śledczych i zeznań świadków, w krytycznym momencie nie było na oddziale. Gdy pacjent zaczął się dusić, pielęgniarka zadzwoniła po niego, ale na oddziale miał się stawić dopiero po kilkunastu minutach. Podobnie twierdzi rodzina zmarłego mężczyzny oraz anonimowy informator, który w liście, do którego dotarli nasi reporterzy napisał, że lekarz w trakcie dyżuru miał opuścić szpital i jeździć na rowerze. W tym czasie pacjenta ratował zespół reanimacyjny. Gdy udało się przywrócić krążenie, został przewieziony na oddział intensywnej terapii, gdzie zmarł kilka godzin później.

Lekarz usłyszał już zarzuty z artykułu 160. par. 2 kodeksu karnego, czyli narażenie pacjenta na niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia. – Jeżeli na sprawcy ciąży obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo, a tak było w tym przypadku, oskarżony podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5 – dodaje prokurator Bąk.

Lekarz nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że cały czas przebywał na terenie szpitala, a powrót na oddział zajął mu zdecydowanie mniej czasu, niż wynika z ustaleń śledczych. – Twierdzi, że gdyby nie było go tak długo na oddziale, pacjentowi nie udałoby się przywrócić czynności oddechowych. Jednak jak wynika z naszych ustaleń, wersja lekarza jest mało prawdopodobna, a wręcz niemożliwa – mówi nam prokurator.

Wersję lekarza podważają też billingi z telefonu lekarza i logowań do stacji BTS. – W wykazie billingów w godzinach pracy, większość połączeń z numerów przychodzących na telefon podejrzanego łapały BTS-y na ulicy Osiemsetlecia i Kościuszki 25. Tylko jedno, z godziny, kiedy pielęgniarka miała dzwonić po lekarza, aby wrócił na oddział, wyłapała stacja na Górze Parkowej, co oznacza, że w chwili zdarzenia nie było go w obrębie szpitala – wyjaśnia prokurator.

Tragedia wydarzyła się 9 maja 2014 roku. 73-letni pacjent zakrztusił się mięsem podanym na szpitalny obiad. Mimo reanimacji zmarł.

Dyrektor sanockiego szpitala Adam Siembab krótko po zdarzeniu bronił swojego pracownika. Zapewnia, że jeśli zarzuty się potwierdzą, lekarz zostanie odsunięty od wykonywania obowiązków.

Martyna Sokołowska

3 Responses to "Tragiczna śmierć na oddziale. Opinia biegłych pogrąża lekarza"

Leave a Reply

Your email address will not be published.