
STALOWA WOLA. Sądowy finał bulwersującej sprawy wypadku w szpitalu 74-letniej Zyty Pawelec.
74-letnia Zyta Pawelec poszła odwiedzić leżącą w stalowowolskim szpitalu siostrę. Gdy wychodziła z lecznicy, upadła na nieoświetlonej klatce schodowej. Złamała nogę i rękę i jeszcze tego samego dnia trafiła na blok operacyjny tej samej placówki. Był to początek koszmaru, który kilka miesięcy później zakończył się śmiercią zakażonej sepsą kobiety. Przed Sądem Okręgowym w Tarnobrzegu zapadł wyrok w sprawie cywilnej przeciwko stalowowolskiemu szpitalowi. Powodami w sprawie byli dwaj synowie 74-letniej Zyty Pawelec. Zdaniem 38-letniego Rafała i 53-letniego Marka Pawelców, lecznica ponosi winę za wypadek ich matki i wnioskowali o zadośćuczynienie w wysokości 180 tys. zł.
– To był 3 luty 2016 r. Mama poszła do szpitala odwiedzić siostrę. Był z nią mój brat cioteczny. Gdy wychodzili, udali się na klatkę schodową. Było ok. godz. 16 i nie świeciło się na niej światło. Mama upadła i złamała nogę i rękę. Jeszcze tego samego dnia była operowana. Operacja trwała około 5-6 godzin. W biodro wstawiono mamie endoprotezę, a w rękę druty – mówił przed sądem Rafał Pawelec, syn zmarłej kobiety. – Operacja nogi udała się. Ręka natomiast zupełnie się nie goiła. Z miejsca, z którego wystawały druty, sączyła się ropa. Przed wypadkiem mama była wesołą, towarzyską i dbającą o siebie kobietą. Lubiła ludzi, była otwarta na świat, raz na miesiąc chodziła do fryzjera i co niedzielę do kościoła. Po wypadku załamała się, była wrakiem człowieka. Stała się zupełnie niesamodzielna. Trzeba było ją karmić, pomagać jej we wszystkim. Nie miała siły wychodzić z domu, bardzo cierpiała i dużo płakała.
Synowie walczyli o zdrowie matki przez kolejne tygodnie. Po pobycie w stalowowolskim szpitalu, kobietę przeniesiono na oddział rehabilitacji. Synowie odwiedzali ją, dbali, pomagali w opiece. Po powrocie kobiety do domu, większość obowiązków opieki nad nią przejął syn Marek Pawelec. Mył mamę i karmił, i pomagał we wszystkich innych czynnościach. 28 maja ze względu na wysoką gorączkę i wymiotowanie krwią wezwał do matki pogotowie.
Gorączka, infekcja i posocznica
Jak czytamy w szpitalnych dokumentach „Pacjentka trafiła ponownie do szpitala z gorączką, podejrzeniem infekcji układu moczowego pierwotnie na oddział nefrologii, skąd z powodu objawów sepsy została przeniesiona na OIOM – potwierdzono posocznicę gronkowcową prawdopodobnie wywodzącą się z rany łokcia prawego i po włączeniu celowanej antybiotykoterapii uzyskano zadowalającą poprawę stanu ogólnego chorej i chorą przekazano na oddział ortopedii celem usunięcia pozostałej części popręgu Webera z łokcia prawego”.
Zdaniem syna 74-latka była w tak ciężkim stanie, że nie nadawała się do zabiegu.
– Nie było tam jeszcze nic zrośnięte, żeby te druty wyciągać, jednak dokonali tego moim zdaniem żeby pozbyć się dowodów, czyli drutów, przez które doszło do zakażenia. Dzień po operacji lekarz, który wyjmował druta poinformował mnie, żeby się przygotować na najgorsze – opisuje pan Rafał.
Wnuka widziała tylko raz
Rodzina nie miała możliwości zapewnienia całodobowej opieki kobiecie. 74-latka została więc 11 lipca przewieziona do Domu Ulgi w Cierpieniu im. Jana Pawła II w Ostrowcu Świętokrzyskim. Po 6-dniowym pobycie w hospicjum zmarła.
– Od tego czasu minęły już dwa lata i mogę o tym wszystkim mówić w miarę spokojnie, ale gdy to wszystko się działo, byłem załamany psychicznie. Rok wcześniej zmarł mój tata, potem, w ciągu zaledwie kilku miesięcy odeszła mama. 24 maja urodził się mój syn. Mama zobaczyła go tylko raz. Dałem jej go na ręce, a z jej oczu popłynęły łzy, nigdy tego nie zapomnę – mówił przed sądem Rafał Pawelec.
Sąd Okręgowy w Tarnobrzegu uznał, że żądanie 180 tysięcy złotych zadośćuczynienia jest wygórowane i obniżył tę kwotę do 60 tysięcy złotych. Uznał także, że kobieta w połowie przyczyniła się do wypadku przez swoją nieuwagę. Światło na klatce mogła ona lub towarzyszący jej siostrzeniec zapalić, mogła też zejść innymi schodami, jeśli na tych nie czuła się bezpiecznie. Drugą połową odpowiedzialności za wypadek sąd obarczył stalowowolski szpital. Sędzia uznał, że faktycznie niedostatecznie szpital zadbał o oświetlenie klatki schodowej i tym samym nie zapewnił pełnego bezpieczeństwa osobom z niej korzystających. Dziś na klatce tej są fotokomórki i światło zapala się samo.
W efekcie takich ustaleń, sąd uznał, że synom zmarłej należy się połowa kwoty, którą w tej sytuacji sąd może uznać za zasadną, czyli podzielone na nich dwóch 30 tysięcy złotych. Każdy z nich otrzyma także decyzją sądu po 1,5 tys. zł świadczenia rentowego za okres opieki nad chorą matką.
W sprawie leczenia kobiety toczy się osobne postępowanie w procesie karnym. Jest ono obecnie w fazie przygotowawczej.
Małgorzata Rokoszewska



One Response to "Tragiczny finał szpitalnych odwiedzin"