Trudno powstrzymać łzy

„Biegałam po klatce schodowej i krzyczałam, że psy rozszarpują dziecko!” – zeznaje jeden ze świadków w procesie przeciwko Mariuszowi S., którego pies lub psy rok temu śmiertelnie pogryzły 12- letniego Kamila z Przemyśla. „Czekaliśmy kilka godzin w szpitalu w Katowicach. Potem wyszedł do nas lekarz i powiedział, żeby się pożegnać z Kamilkiem, bo kiedy jego serce przestanie bić, nie będą go już
reanimować” – wspomina matka dziecka. – „Poszłam do synka, twarzy niemal nie widziałam, cała była w bandażach. Wzięłam
go za rączkę, taka zimna była, lodowata. Zastanawiałam się, czy mu zimno, czy wie, że jestem obok”.

Przyszła do sądu około 10 minut przed rozpoczęciem rozprawy. Wysoka, postawna, zgrabna blondynka. Wydawała się taka spokojna, za spokojna nawet. – Biorę silne leki psychotropowe – powie nam potem pani Elżbieta, mama śp. Kamilka. – Muszę, inaczej bym nie funkcjonowała wcale – doda. Przy barierce dla świadków staje z pozoru pewnie. Prosi sąd, by oskarżony Mariusz S. na czas jej zeznań opuścił salę rozpraw. – Nie mogę patrzeć na tego człowieka – wyznaje 46-latka. Sąd przychyla się do wniosku pani Eli, 50-letni oskarżony wychodzi. A matka chłopca, który już od ponad roku nie żyje, wspomina tamten dzień. Najtragiczniejszy dzień jej życia. Słowa układają się w obrazy.
Zwyczajny dzień zwyczajnej rodziny. Dzieci, w tym 12-letni Kamilek, jedyny syn w rodzinie, poszły do szkoły. Kamil miał skończyć lekcje o godz. 12.15, potem miał zajęcia wyrównawcze z angielskiego. Matka cierpliwie czekała na jego powrót ze szkoły, ale chłopiec się nie pojawiał. Około godz. 14 zaczęła się już mocno niepokoić. – Kamilek nie spóźniał się ze szkoły, gdy chciał wyjść z kolegami, zawsze mnie pytał – opowiada przed sądem matka chłopca. Kobieta wykonuje do syna kolejne połączenia telefoniczne, ale 12-latek nie odbiera.
Wkrótce dzwoni do pani Elżbiety nieznany numer, rozmówca przedstawia się jako policjant i lakonicznie mówi, że muszą porozmawiać o Kamilu w komendzie. – Dostaliśmy z kolegą z patrolu pilne wezwanie. Dyżurny mówił, że chodzi o to, że jakieś psy pogryzły młodą osobę. Kiedy weszliśmy do mieszkania na czwartym piętrze, byli tam już ratownicy, którzy udzielali pomocy chłopcu leżącemu na podłoże. Było mnóstwo krwi – wysoki, potężny policjant pewnym głosem opowiada o tragedii sprzed roku. – Jeden z ratowników popatrzył na mnie i znacząco pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć „To już koniec, bez szans”. Oni chcieli wezwać karetkę specjalistyczną z lekarzem, ale stan chłopca był tak zły, że polecono im zabrać go do szpitala natychmiast. Razem ze strażakami umieścili dziecko na noszach i znieśli do karetki – wspomina policjant. Potem opowiada, jak przyszło mu skontaktował się z matką 12-latka. – Zadzwoniłem i powiedziałem, żebyśmy się spotkali w komendzie, przecież przez telefon nie mogłem tej kobiecie powiedzieć, co się stało – wzdycha.

„Niech się pani pożegna z synem i jedzie do domu”

– Kiedy usłyszałam, że Kamil coś z policją ma do czynienia, zamarłam, bo syn takich sytuacji nigdy nie miał – powraca w swoich zeznaniach do tych wydarzeń pani Elżbieta. – Czym prędzej pojechałam na policję ze starszą córką. Myślałam, że Kamilek może z kimś się pokłócił albo co. A tu policjanci mówią, że pogryzły go psy! – kobieta zaczyna płakać i nie może się uspokoić. Prowadzący rozprawę sędzia Tomasz Kuźma zarządza przerwę, by matka Kamilka mogła się nieco uspokoić i nadal zeznawać. Po krótkiej chwili pani Elżbieta wraca do sali. Nadal płyną jej łzy, ale może już mówić. Pamięta, jak przez mgłę, jak pojechała do przemyskiego szpitala, gdzie odwieziono Kamilka. Wspomina pełne szaleńczego niepokoju oczekiwanie na lekarza i jego słowa.: – Powiedział, że stan syna jest krytyczny i zostanie przetransportowany do szpitala w Katowicach – opowiada pani Elżbieta. Kobieta wraz ze stryjkiem chłopca jadą do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka z nadzieją, że może tam specjaliści zdołają uratować Kamilka. Niestety, lekarz nie ma dla nich dobrych wieści. – Doktor wyszedł do nas i powiedział wprost, żebym pożegnała się z synkiem i jechała do domu – pani Ela znów zaczyna szlochać. – Powiedział, że kiedy jego serce znów się zatrzyma, nie będą go już reanimować, bo to nie ma sensu – głos grzęźnie jej w gardle, gdy usiłuje stłumić płacz. – Weszłam do sali, gdzie Kamilek leżał. Nie widziałam jego buzi, bo cały był w bandażach. Wzięłam go za rączkę, była zimna, wręcz lodowata. Pomyślałam wtedy, czy mu nie zimno i czy wie, że to ja jestem przy nim – pani Ela stara się mówić spokojnie, ale głos nadal jej drży.
Matka wraz ze stryjem chłopca wracają do Przemyśla, nie ma już nadziei, jest straszne oczekiwanie na telefon z Katowic. Ktoś dzwoni z GCZD 1 października 2020 roku, serce Kamila przestało bić…
Matka chłopca opowiada o czasie przygotowań do pogrzebu Kamila. – Pomogła nam rodzina, ja byłam wprost nieprzytomna, wychodziłam z domu tylko do kościoła, na różaniec – wspomina.

Obrona pyta, czy pamięta sms-a

Obrońca oskarżonego Mariusza S. chce wiedzieć, czy pani Elżbieta otrzymała od konkubiny właściciela psów SMS-a, w którym ta w imieniu swoim i oskarżonego przeprasza za to co się stało. – Nie wiem, nie pamiętam – wyznaje 46- latka. – Ta pani kontaktowała się chyba z moimi córkami na Messengerze pytając, czy może przyjść na pogrzeb Kamilka – wspomina matka zmarłego chłopca. Obrońca pokazuje sądowi wydruk sms-a przypominając, że mowa w nim o przeprosinach tak ze strony konkubiny oskarżonego, jak i jego samego. Pyta panią Elżbietę, czy go odczytała. – Nie wiem, nie pamiętam – powtarza kobieta ze łzami w oczach. – Proszę Wysokiego Sądu, mnie dziecko umarło wtedy, gdzież ja miałam głowę do czytania SMS-ów – wyjaśnia sądowi 46-latka i po minie sędziego widać, że sąd rozumie, iż matka, która właśnie straciła dziecko nie zajmowała się odczytywaniem sms-ów.

Oskarżony nie przyznał się do winy i płakał

Na pierwszej rozprawie, która odbyła się równo rok po tej tragedii, czyli 28 września 2021 roku odtworzono zeznania małoletniego Szymona, syna konkubiny Mariusza S., kolegi Kamila. To on był naocznym świadkiem ataku psa lub psów na 12-latka. Na wniosek obrony motywowany dobrem dziecka zeznania te wyłączono z jawności, więc przedstawiciele mediów nie mogli ich wysłuchać. Jednak z zeznań innych osób, na przykład policjantów, złożonych w śledztwie i odczytanych na rozprawie wynika, iż 11-letni w chwili tragedii Szymonek zaraz po tych dramatycznych zdarzeniach mówił o tym, że Kamila zaatakował tylko jeden pies. Miał to być 13-miesięczny Jocker. 5-letnia suka, Katalaja, miała nie brać udziału w ataku na chłopca. Oba psy są rasowe i reprezentują groźną rasę american pitbull terrier. Na posiadanie żadnego z nich 50-letni dziś Mariusz S. nie posiadał pozwolenia, choć jest ono wymagane. Prokurator zarzucił mężczyźnie bezpośrednie narażenie na niebezpieczeństwo utraty życia dwóch chłopców, w tym swego pasierba, 11-letniego Szymona oraz o nieumyślne spowodowanie śmierci jego rok starszego kolegi Kamila. Grozi za to 5 lat pozbawienia wolności. Zarówno w śledztwie, jak i przed sądem S. konsekwentnie nie przyznaje się do winy. Twierdził, że nie miał świadomości, iż na posiadanie psów rasy niebezpiecznej powinien mieć pozwolenie. Do tego wspominał o tym, że psy nigdy nie były agresywne dla domowników ani gości, także podczas imprez typu zabawa sylwestrowa. Na pytanie, dlaczego niechętnie widział odwiedziny kolegów u pasierba, utrzymywał, że obawiał się, iż dzieci zniszczą wyposażenie mieszkania, a nie tego, że zaatakuje je któryś z psów. Oskarżony mówił też o karach dla psów. Otóż, jeśli te zrobiły coś zdaniem właściciela złego, były przypinane za szelki do haków umieszczonych w przedpokoju i musiały tak spędzić dwie godziny. Choć wydawałoby się, że Mariusz S. chętnie składa wyjaśnienia w sądzie, oskarżony odmówił odpowiedzi na pytania oskarżenia. Nie miał jednak kamiennej twarzy i nie okazywał spokoju. Nieustannie szlochał, w pewnej chwili płakał tak bardzo, że sąd musiał zarządzić przerwę w jego przesłuchaniu.

„Tam psy rozszarpują dziecko!”

Podczas kolejnej rozprawy sąd odebrał zeznania od świadka, który widział atak psów na Kamila. To mieszkająca na tym samym piętrze sąsiadka Mariusza S. Drobna kobieta z długimi czarnymi włosami rezolutnie odpowiada na pytania sądu. – W tym dniu wybierałam się z córką na zakupy – wspomina. – Nagle usłyszałyśmy jakiś huk z mieszkania obok, jakby coś ciężkiego spadło. I krzyki dziecka o pomoc – relacjonuje kobieta. – Wybiegłam na korytarz i zobaczyłam uchylone drzwi u sąsiada, Mariusza. Weszłam do mieszkania i zobaczyłam, jak Szymek siedzi na jakimś chłopcu okrakiem. Szymka znałam, jako syna sąsiadów, tego leżącego chłopczyka, takiego blondynka, widziałam pierwszy raz w życiu. Szymek usiłował zasłonić tego chłopca swoim ciałem. Te dwa psy szarpały i gryzły tamto dziecko po ramionach! A Szymek krzyczał „Pomocy!” i „Jocker, Katalaja, zostawcie go!” – w głosie sąsiadki Mariusza S. słychać przejęcie i widać, że trudno jej powracać do tamtej chwili. – Wiedziałam, że nie dam rady sama pomóc temu dziecku, wybiegłam z powrotem na korytarz i zaczęlam dobijać się do sąsiadów. Po drodze krzyknęłam do córki, by dzwoniła na policję i pogotowie. Mało kto z sąsiadów mi otworzył, bo większości nie było w domu, a jeśli ktoś był, to same kobiety, albo nastoletnie dziewczynki. Sąsiadka z tego samego piętra miała zadzwonić do Mariusza. Ja zbiegłam na dół do sklepu, prosiłam obecnego tam mężczyznę o pomoc, bo psy u sąsiada rozszarpują dziecko. Ale powiedział, że zna te psy i boi się ich, więc nie pójdzie – słowa zeznającej brzmią naprawdę dramatycznie. Przerażona kobieta nie wie co ma dalej robić, w końcu widzi nadjeżdżających strażaków. – Wysiedli z samochodu bez pośpiechu, rozmawiali z sobą. Najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy, co się dzieje w mieszkaniu na czwartym piętrze. Podbiegłam do nich i powiedziałam, że tam psy rozszarpują dziecko, wtedy ruszyli pędem na górę, wkrótce pojawili się też ratownicy medyczni, no i sąsiad, Mariusz – opowiada sąsiadka, wskazując na oskarżonego. Wspomnienie o tym, że kobieta widziała, jak Kamilka szarpią i gryzą dwa psy determinuje pytanie sędziego Kuźmy, czy jest tego absolutnie pewna. – Tak, wysoki sądzie, na pewno widziałam nad tym chłopcem dwa atakujące go psy – mówi pewnym głosem kobieta. Choć jej zeznanie zdaje się być oczywiste, przyjdzie jej jeszcze kilkukrotnie je powtórzyć. Zarówno ona, jak i jej córka zeznają, że nigdy nie były świadkami sytuacji, w której psy Mariusza S. byłyby agresywne wobec ludzi albo zwierząt. Nigdy też nie widziały ani nie słyszały niczego, co wskazywałoby na to, by zwierzęta były bite lub niewłaściwie traktowane. Inna sprawa, że nie bywały one w mieszkaniu S. poza jednym razem, gdy oskarżony zaprosił rodzinę mieszkającą obok w Nowy Rok, by złożyć sobie wzajemnie sąsiedzkie życzenia. Trwało to jednak chwilę, a psów w tym czasie nie było w pomieszczeniu, gdzie sąsiedzi się spotkali. Jednocześnie z zeznań zarówno sąsiadki, jak i jej córki wynika, że nierzadko psy (przypomnijmy, dorosłe american pitbull terriery) wyprowadzał na spacery 11-letni wówczas Szymek. – Zawsze były w kagańcach i na smyczach – podkreślały kobiety.

„Szymon bał się oskarżonego”

O tym, że sąsiadka S. od początku mówiła o ataku obu psów na Kamilka, mówią zeznania złożone w śledztwie przez policjantów interweniujących w mieszkaniu S. bezpośrednio po tragicznym zdarzeniu. Zostały one odczytane podczas rozprawy. Obaj funkcjonariusze podtrzymali je przed sądem. – W mieszkaniu był pokrzywdzony chłopiec oraz drugi, kompletnie przerażony, jąkający się ze strachu, ale komunikatywny – zeznaje jeden z policjantów. – Był też oskarżony, który był bardzo wzburzony. Krzyczał na chłopca, że ma szlaban za to co się stało i że miał nikogo nie przyprowadzać do domu. Ten chłopiec się wyraźnie oskarżonego bał – relacjonuje funkcjonariusz. – Potem oskarżony sam się uspokoił i wylegitymował. Kiedy weszliśmy do mieszkania, psy były zamknięte w łazience. Pod naszą obecność oskarżony przeprowadził je do innego pomieszczenia. Szły spokojnie, słuchały poleceń – dodaje. Jak wynika z zeznań ze śledztwa, które złożyli policjanci, mały Szymek opowiadał, że wyszedł wcześniej ze szkoły, bo zapomniał o dodatkowych zajęciach. Po drodze do domu spotkał Kamila. Kamilowi miało chcieć się pić, więc Szymek zaprosił go do swego domu, by poczęstować go wodą. Kiedy chłopcy weszli do kuchni, jeden z psów, samiec Jocker miał szczeknąć na Kamila bez powodu i zaraz potem rzucić się nań bez wyraźnej przyczyny. Chłopiec miał sięgnąć po leżące na stole, czy blacie kuchennym nożyczki, by się nimi bronić. Nożyczki te później policjanci znaleźli leżące na podłodze. Nic nie wiadomo o tym, by któryś z psów miał jakieś rany zadane tym narzędziem.

„Kamil kochał zwierzęta, szczególnie swoją suczkę”

Na wniosek obrony sąd wyłączył jawność zeznań konkubiny Mariusza S., matki Szymona. Miała ona, jak podnosił obrońca oskarżonego, mówić o relacjach łączących jej syna z Kamilem. Tymczasem, jak zeznaje matka Kamila, nie były to jakieś szczególne relacje. – Kiedyś mieszkaliśmy niedaleko siebie, dzieliły nas dwie ulice – wspomina pani Elżbieta. – Chłopcy, owszem, znali się jako maluchy. Potem się przeprowadziliśmy, znajomość się rozluźniła. Raz zadzwoniła do mnie matka Szymka z zapytaniem, czy Kamil może przyjść na urodziny jej syna. Zgodziłam się, bo dlaczego by nie. I raz jeszcze była sytuacja, że Szymek u nas nocował na prośbę jego mamy, która miała coś do załatwienia i nie miała chyba z kim go zostawić. Poza tym chłopcy obaj chodzili do jednej szkoły – wyjaśnia 46- latka. – Mój syn miał wielu kolegów, był towarzyskim i lubianym dzieckiem – podkreśla matka Kamila. Kobieta opowiada o stosunku jej zmarłego syna do zwierząt. – Zawsze lubił psy, ale oczywiście nie pozwalaliśmy mu głaskać obcych zwierząt – zastrzega. – Razem z młodszą siostrą uprosili nas z mężem, żeby wziąć psa. No i mamy małą suczkę. Kamil był do niej bardzo przywiązany, nawet sypiała z nim w jednym łóżku – w oczach kobiety znów błyszczą łzy.

„Chodzę codziennie do syna na cmentarz”

Obrona chce wiedzieć, czy pani Elżbieta widzi możliwość pojednania się z oskarżonym i wybaczenia mu. – Nie, nie widzę – mówi zdecydowanie kobieta. – Czegoś takiego nie da się zapomnieć ani wybaczyć. Przez oskarżonego nie żyje moje dziecko, mój jedyny syn – głos 46- latki znów przechodzi w szloch. – Chodzę codziennie do syna na cmentarz, choć psychiatra mi to stanowczo odradza. Ale to ja jestem matką, to w moim sercu dzieje się teraz to, co się dzieje. Nie mogę zasnąć bez tabletki, nie mogę normalnie myśleć, czuć – szlocha kobieta. – Nic już nie będzie takie jak kiedyś ani dla mnie, ani dla mego męża, ani dla naszych córek. A oskarżony cieszy się wolnością i życiem – dodaje.
W istocie Mariusz S. tuż po tragedii został tymczasowo aresztowany, ale wkrótce zwolniony z aresztu, jak się dowiedzieliśmy, ze względu na stan zdrowia. Podczas ostatniej rozprawy sąd musiał zarządzić przerwę, bo oskarżony zasygnalizował, iż źle się poczuł. – Spotkałam go w Wielki Piątek przed sklepem, gdzie robiłam zakupy. Był zadowolony i uśmiechnięty, więc powiedziałam mu, że widać, iż bardzo dobrze się bawi. Oskarżony na to ordynarnie mnie zwyzywał – twierdzi matka śp. Kamilka. – Zgłosiłam sprawę w prokuraturze, ale tam nie ma monitoringu i nie było też świadków poza moją najstarszą córką, więc uznano, że sprawy nie ma – opowiada pani Elżbieta.

„Lubił jeździć z tatą na ryby, uwielbiał piłkę nożną”

Podczas przerw w rozprawie mama Kamilka mówi nam, że nie wie, jak przeżyje proces. Kolejne rozprawy zostały wyznaczone na 8 i 22 października. – Psychiatra już trzeci raz zmieniał mi leki – wyznaje. – Od listopada mam trafić na oddział terapii dziennej, bo nie radzę sobie ze śmiercią synka. Ze stresu pogorszył mi się nawet wzrok – wzdycha. – Nie mam na nic siły, nie potrafię na niczym się skupić. Gdzie nie spojrzę, wszędzie widzę Kamila. Czasem mam wrażenie, że zaraz wróci ze szkoły i zawoła „Mamo, już jestem”. Siostry też za nim tęsknią, szczególnie najmłodsza córka. Mąż rzucił się w wir pracy, prawie nie ma go w domu. A kiedy żył Kamilek stale się razem bawili, grali w domu w planszówki, jeździli na ryby, chodzili na mecze. Bo synek bardzo interesował się piłką – pani Elżbieta patrzy gdzieś daleko. – Takie karty zbierał z piłkarzami. Cukierka sobie odmówił, czekolady, byle nową kartę mieć. Cały taki gruby album miał. – 46- latka znów nie może powstrzymać łez. – Ten album jest w domu…

Monika Kamińska

7 Responses to "Trudno powstrzymać łzy"

Leave a Reply

Your email address will not be published.