Trzeba się głęboko zastanowić nad decyzją, która może komuś przekreślić życie

Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta

Rozmowa z prof. Zbigniewem Ćwiąkalskim, pełnomocnikiem Tomasza Komendy.

– Jakie były pierwsze słowa, które usłyszał Pan od Tomasza Komendy po wyroku w sprawie odszkodowania?
– Już w trakcie rozprawy dostrzegłem jego minę, która świadczyła o tym, że był bardzo zadowolony. Pierwsze słowa po wyjściu z sali skierował do dziennikarzy. Powiedział, że jest nie tylko usatysfakcjonowany, ale też odzyskał wiarę w prawników i bardzo im dziękuje. To było dla mnie najsympatyczniejsze.
– Wydawałoby się, że po uniewinnieniu sprawa o zadośćuczynienie i odszkodowanie będzie już tylko formalnością.
– Absolutnie nie, dlatego że bardzo trudne jest obliczenie kwoty, o którą będzie się występować. Mamy odszkodowanie i zadośćuczynienie. Odszkodowanie trzeba wyliczyć według jakiejś metody, uwzględniając, ile by zarobił, nie będąc w zakładzie karnym i pracując. Kwota zadośćuczynienia też musi mieć uzasadnienie. Tutaj nie ma wzorów matematycznych. Należy wziąć pod uwagę okres pobytu, warunki, sposób traktowania, związki z rodziną bądź ich brak, udzielane przepustki, widzenia, itd. To wszystko w przypadku Tomasza Komendy było ekstremalnie trudne. On nie uzyskiwał przywilejów, które mieli inni, a sposób traktowania w zakładzie karnym można określić wręcz jako tortury.
– Sąd Okręgowy w Opolu przyznał mu za nie 12 mln zł. On sam wyznał, że żadne pieniądze nie wynagrodzą tego, co stracił: „12 czy 18 milionów, to tylko moneta. Moich lat nikt już nie wróci”…
– Tak dokładnie jest. On wielokrotnie powtarzał, że wolałby spędzić tych 18 lat na wolności, niż otrzymać pieniądze, niezależnie od tego, jak duże by one były.
– Opowiadał Pan, że gdy poznał Tomasza, był on przerażony, wycofany. W jakiej kondycji jest dziś – po 3 latach od wyjścia na wolność?
– Na pewno w znacznie lepszej. Nie jest jednak tak, że pobyt w więzieniu nie pozostawił trwałego śladu w jego psychice i osobowości, o czym mówili biegli lekarze. Ich opinie były zgodne co do tego, że tak długi pobyt w takich warunkach musi się odcisnąć na jego zdrowiu. Dziś niewątpliwie jest w lepszej sytuacji, choćby z tego względu, że są przy nim bliskie osoby. Ma partnerkę, urodził mu się syn, a zawsze marzył o rodzinie. Dostosował się do funkcjonowania w rzeczywistości. Wcześniej nie potrafił nawet kupić biletu autobusowego ani obsłużyć komórki, nie mówiąc o komputerze. Od razu, kiedy wyszedł z zakładu karnego, o wszystko pytał, czy może odstawić szklankę, poprosić o wodę. Widać było, że przez tych 18 lat był „wychowany” w więziennym rygorze.
– W mediach pojawiały się doniesienia, że gdy samodzielnie próbował stanąć na nogi, inni go wykorzystywali, traktując jako „maskotkę”, która ma przyciągnąć klientów. Ta niechciana sława Komendy będzie dla niego przekleństwem?
– On się chce od tego odciąć. Oczywiście pojawiło się wiele różnych propozycji, zarówno od tych, którzy byli gotowi ulokować mu już te pieniądze w podobno najkorzystniejszych przedsięwzięciach, jak też kobiet, które się do niego zgłaszały jako przyszłe życiowe partnerki. Niewątpliwie nadal jest narażony na to, że pojawią się ludzie, którzy będą próbowali go wykorzystywać. Ja mu to oczywiście przekazałem, więc jest tego świadomy.
– Sprawa zbrodni z Miłoszyc nadal nie jest zamknięta. Prokuratura Okręgowa w Łodzi cały czas prowadzi śledztwo, które ma wyjaśnić, przez kogo Tomasz spędził w zakładzie karnym 18 lat. Jak Pan profesor ocenia jej działania?
– Zdecydowanie sądy są znacznie ostrożniejsze niż kiedyś w sprawie Tomasza Komendy. To samo dotyczy aparatu ścigania. Jestem przekonany, że ten skandaliczny błąd, do którego doszło w przypadku Tomasza Komendy, nie zostanie popełniony ponownie. Natomiast niezależnie od tego toczy się postępowanie karne w sprawie odpowiedzialności tych, którzy doprowadzili do skazania Komendy. Chodzi zarówno o całe postępowanie przygotowawcze, jak i sądowe.
– Czy te osoby w końcu usiądą na ławie oskarżonych?
– O to trzeba byłoby pytać Prokuraturę Okręgową w Łodzi, ale moim zdaniem przynajmniej niektórzy ostatecznie odpowiedzą za to, co zrobili.
– Komenda będzie chciał brać udział w ich rozliczaniu?
– On nie chce uczestniczyć w żadnych przesłuchaniach, występować przed sądem ani być badany przez biegłych lekarzy. Po prostu chciałby o wszystkim zapomnieć, prowadzić normalne życie. To jego marzenie.
– Nie jest tajemnicą, że został Pan profesor pełnomocnikiem Tomasza Komendy pro bono. Niektórzy mówią, że dla popularności, ale tego akurat chyba Panu nie brakuje. Dlaczego zdecydował się Pan go reprezentować?
– Z bardzo prostej przyczyny. Rodzina obawiała się, że pojawią się ludzie, którzy będą próbowali w jakiś sposób go oszukać lub zachowają się nierzetelnie, czego zresztą wcześniej doświadczył. Zależało im na kimś, kto poprowadzi to merytorycznie dobrze. Ja z kolei uważałem, że temu człowiekowi należy się od życia coś normalnego oraz dobra obsługa prawna. I taką mu zapewniliśmy, rzeczywiście nie pobierając za to ani złotówki w żadnej formie.
– Ile wiadomości otrzymał Pan od innych osób, które twierdzą, że są niewinne?
– Co najmniej kilkadziesiąt, jeżeli nie więcej. Piszą do mnie zarówno osoby z zakładów karnych, jak i ludzie z zewnątrz. Oczywiście wszyscy chcą, żeby ich sprawy prowadzić pro bono, a jak już wygramy jakieś pieniądze, wtedy się podzielimy. Nie mówiąc o tym, że każdy jest niewinny. To ludzie, którzy często przegrali we wszystkich możliwych instancjach, ale uważają, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ich sytuacja się odmieni, gdy tylko tę sprawę wezmę.
– Jak Pan podchodzi do takich próśb?
– Zawsze odpowiadam, chyba że ktoś po raz kolejny natarczywie zabiega, abym mimo wszystko zajął się jego sprawą. Odpisuję, że przede wszystkim powinni to zrobić prawnicy w okolicy jego miejsca zamieszkania, bo często są to pisma czy maile z drugiego krańca Polski, albo że sprawa jest prawomocnie zakończona i moim zdaniem nic się już w niej nie da zrobić.
– Ostatnio znowu mówi się o zabójstwie w butiku Ultimo. Beata Pasik od 17 lat odsiaduje 25-letni wyrok za morderstwo, którego, jak twierdzi, nie popełniła. Czy tę i jej podobne zbrodnie po latach w ogóle da się jeszcze wyjaśnić?
– W tym wypadku nie znam szczegółowych materiałów, ale jak widać, udaje się wyjaśnić zarówno sprawy, w których skazano kogoś niewinnego, jak i takie, gdzie sprawca przez 20 – 30 lat był niewykryty. Dziś, posługując się zupełnie nowymi metodami badawczymi, można ujawnić zabójcę, który dopuścił się zbrodni. Przy czym każda sprawa jest indywidualna. Nie ma jednego modelu, który przekładałby się na wszystkie jednocześnie.
– A czy jest wola, żeby w takich sprawach dochodzić do prawdy?
– Jeżeli chodzi o niewykrytych sprawców, w Policji jest tzw. Archiwum X, które z sukcesami działa w takich przypadkach. Choć z drugiej strony nadal mamy szereg niewykrytych zbrodni. To choćby sprawa Iwony Wieczorek z Sopotu. Wydawałoby się, że nadaje się do wykrycia, a jak widać, do tej pory to się nie udało.
– Pana zdaniem, gdy pojawia się wiele wątpliwości, a mało dowodów, lepiej wypuścić winnego czy zamknąć niewinnego?
– Zawsze sugeruję, żeby być w takich sprawach ostrożnym. Jeżeli nie ma dowodów, zdecydowanie nie można nikogo skazać, nawet w przypadku pewnego wewnętrznego przeczucia, że to może być on. W przypadku Tomasza Komendy dokładnie tak było, że wypowiadali się nie tylko dziennikarze, ale także prawnicy czy politycy, jednoznacznie uważając go wręcz za zbira, który dopuścił się wyjątkowo brutalnej zbrodni. Zbudowała mnie wypowiedź sędziego Dariusza Kity, który orzekał w tej sprawie. W zakończeniu powiedział, że ona także jemu daje wiele do myślenia, bo trzeba się głęboko zastanowić nad decyzją, która później może komuś przekreślić całe życie.
– Jakie znaczenie dla polskiego sądownictwa ma sprawa Komendy?
– Niewątpliwie jest przełomowa. Jeżeli chodzi o kwotę pokazuje, że wolność ludzką należy cenić znacznie wyżej, niż to do tej pory sądy często czyniły, przyznając po 30, 50 czy 100 tys. zł. Najwyższa kwota, o ile mi wiadomo, to 2,7 mln zł za 12 lat pozbawienia wolności w przypadku pana Czesława Kowalczyka. Ale sprawa Tomasza Komendy daje do myślenia i aparatowi ścigania, i wymiarowi sprawiedliwości. Pokazuje, że trzeba być bardzo ostrożnym, jeżeli chodzi o tzw. dowody naukowe. Tutaj było badanie DNA, odcisk szczęki, a wreszcie badanie osmologiczne. Chciałbym, żeby ta sprawa otrzeźwiła niektórych i kazała im pomyśleć, zanim o czymś zadecydują, także o aresztach tymczasowych, które ostatnio dość lekko się orzeka.
– Pana zdaniem, polski wymiar sprawiedliwości wyciągnie, a może już wyciągał lekcję, z tego, co spotkało Tomasza Komendę?
– Niestety, polski wymiar sprawiedliwości jest dziś dość rozbity i poturbowany. Myślę, że nie o takie reformy chodzi. One z całą pewnością są potrzebne, tyle tylko, że muszą mieć ręce i nogi, a często niekoniecznie tak jest.
– Zmiany szykują się też w Rzeszowie. Co były minister sprawiedliwości sądzi o kandydaturze obecnego wiceministra na prezydenta miasta?
– To czysty polityk. Jestem przeciwny, żeby czysty polityk został prezydentem Rzeszowa. Znam pana Tadeusza Ferenca i muszę powiedzieć, że sposób namaszczenia ministra Warchoła był dość dziwny. Wolałbym, żeby to był ktoś z takim osiągnięciami, jakie miał prezydent Ferenc. A nie słyszałem, żeby pan minister Warchoł, który o ile wiem, jest z Niska, miał doświadczenia w zakresie działalności samorządowej.
– Podobno pan minister ma za to duże sukcesy, jeśli chodzi o zmiany w polskim sądownictwie.
– Nie przesadzałbym z tymi sukcesami…
Rozmawiała Wioletta Kruk

12 Responses to "Trzeba się głęboko zastanowić nad decyzją, która może komuś przekreślić życie"

Leave a Reply

Your email address will not be published.