Tykająca bomba ekologiczna

Za tym płotem jest ekologiczna bomba. Rozbroić ją można tylko z pomocą rządu, ale jemu się nie spieszy. Pozostaje wątpliwa wiara w szczelność betonowej posadzki w stawach. Fot. Jerzy Mielniczuk
Za tym płotem jest ekologiczna bomba. Rozbroić ją można tylko z pomocą rządu, ale jemu się nie spieszy. Pozostaje wątpliwa wiara w szczelność betonowej posadzki w stawach. Fot. Jerzy Mielniczuk

STALOWA WOLA. Pić czy nie pić wodę z wielkiego zbiornika wód podziemnych w pobliżu niebezpiecznych stawów osadowych?

Niecałe 5 lat temu miasto przejęło od Huty Stalowa Wola 6 stawów osadowych. Przemysłowy moloch przez dziesiątki lat wlewał w te doły wszystko, co konsystencją przypominało ciecz. Oleje, czyściwa i wszelkie poprzemysłowe pozostałości z dużą porcją metali ciężkich pod gołym niebem czekają teraz na likwidację. Pochłonie ona co najmniej 20 mln zł. Miasto czeka na pieniądze z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, a ekologiczna bomba tyka. Jest bardzo niebezpieczna, bo osadowiona została tuż nad sklepieniem wielkiego zbiornika wód podziemnych, z którego wodę pitną czerpie kilka miast.

Miasto wzięło sobie kłopot, bo Huta nigdy nie dostałaby zewnętrznych pieniędzy na likwidację osadników. Miasto może na takie liczyć i pod dotację z NFOŚ zostało zrobionych kilka raportów. Niepokoją one mieszkańców, ale prezydent Stalowej Woli nie panikuje.

Minister postraszył… i tyle
– Osadniki są stale monitorowane i póki co, są bezpieczne dla wód podziemnych – mówi Andrzej Szlęzak. – Wydaliśmy już sporo pieniędzy na różne opracowania zagrożeń i teraz czekamy na pieniądze z Warszawy. Nasze stawy zostały uznane za bombę ekologiczną i znalazły się wysoko na krajowej liście zagrożeń dla środowiska. Ze swej strony zrobiliśmy wszystko. Miasto samo na pewno nie porwie się na utylizację zawartości osadników.

Bez przesady można stwierdzić, że w zagłębieniach obok zakładu zbrojeniowego HSW jest cała tablica Mendelejewa. Co prawda osadniki są ogrodzone, ale złomiarze od czasu do czasu zajmują się płotem. Dziury w płocie niebezpieczne są tylko dla małorozsądnych, bo nikt o zdrowych zmysłach do brunatnej mazi nie wejdzie. Bardzo niebezpieczne mogą za to okazać się dziury w podłożu. Zbiorniki zostały co prawda wyłożone betonem i asfaltem, ale czas i korozja swoje robią. Dwa lata temu Główny Inspektor Ochrony Środowiska wspomniał o przedostawaniu się niebezpiecznych związków ze stalowowolskich stawów do wód gruntowych. Później nie mógł znaleźć na to dowodów, ale niepokój zasiał. – Nie mam pojęcia skąd GIOŚ miał takie niepokojące dane, bo to miasto monitoruje zbiorniki osadowe i nic nie wiemy o przedostawaniu się metali ciężkich poza osadniki – stwierdził prezydent Szlęzak.

Opozycja też straszy… i tyle
Gdy HSW oddawała stawy miastu, powstał projekt zabezpieczenia ich betonowym sarkofagiem, na wzór tego w Czarnobylu. Im wyższe instancje zajmowały się osadnikami, tym bardziej metody utylizacji się zmieniały. Ostateczna na pewno przyjdzie razem z rządowymi pieniędzmi. Rząd się nie spieszy, a z osadników oręż wyborczy zrobiła sobie samorządowa opozycja. Ma do tego prawo, ale wyborcy mają prawo oczekiwać konkretnych kroków, a nie samego gadania. Już raz w sprawie osadników zwołano nadzwyczajną sesję Rady Miejskiej, która kompletnie nic nie wniosła. Pozostał tylko strach mieszkańców, którzy piją wodę z wielkiego podziemnego zbiornika, rozciągającego się od Stalowej Woli do Dębicy.

Jerzy Mielniczuk

Leave a Reply

Your email address will not be published.