Ulice jak gazetka z hipermarketu

Miejsce z reklamami. Fot. Archiwum
Miejsce „wyczyszczone” z reklam. Fot. Archiwum

– O ile w telewizji lub radiu możemy przełączyć kana lub zmienić stację, o tyle w przestrzeni miasta trudno uciec od reklamy – mówią twórcy „Rzeszowskiego Adblocka”. To fanpage, na którym możemy sprawdzić, jak wyglądałaby stolica Podkarpacia bez szpecących ją bannerów i billboardów. Tworzy go dwóch rzeszowian.Marcin Knutel jest architektem. Mirosław Markowicz pracuje w branży e-commerce.

– Co was łączy?
Mirosław: – Obaj mamy „problem” z reklamozą. O ile w telewizji lub radiu możemy przełączyć kanał lub zmienić stację, o tyle w przestrzeni miasta trudno uciec od reklamy. A spotkaliśmy się na forum o rzeszowskich inwestycjach, gdzie poruszano m.in. temat chaosu reklamowego w mieście. Jako, że forum jest dość niszowym miejscem, postanowiliśmy skierować swoje działania do mediów społecznościowych.
– Skąd pomysł na to, by przynajmniej na zdjęciach pozbyć się bannerów?
Mirosław: – Przechadzając się ulicami miasta niekiedy odczuwaliśmy złość, że pewne miejsca wyglądają jak gazetka z hipermarketu. Doświadczaliśmy przebodźcowania nadmiarem komunikatów i zastanawialiśmy się, czy inni mają podobne odczucia. Intrygowało nas czy billboardy, bannery itp. są dla mieszkańców źródłem informacji, czy może traktują je jako zanieczyszczenie przestrzeni. Zastanawialiśmy się również, czy istnieje równowaga między potrzebami rzeszowian a potrzebami przedsiębiorców zabiegających o swoich klientów. Inspiracją była dla nas m.in. warszawska inicjatywa „Pogromcy reklamozy”.
– Jakie miejsce wskazaliby Panowie jako najbardziej oszpecone w Rzeszowie?
Marcin: – Ul. Kilara – przedpole widokowe zamku Lubomirskich. Liczne billboardy skutecznie konkurują z bryłą jednego z największych rzeszowskich zabytków, co powinno być niedopuszczalne. Reklamy te znajdują się w strefie układu urbanistycznego starego miasta, wpisanego do rejestru zabytków.
Mirosław: – Szacunek do dziedzictwa świadczy o naszej kulturze, dlatego uważam, że obecna sytuacja warta jest zmiany w kontekście wizerunku miasta i jego mieszkańców.
– Ale te wszystkie szyldy nie pojawiły się tam z dnia na dzień. Z czego wynika problem?
Mirosław: – Myślę, że składa się na to kilka czynników. Po pierwsze każdy podmiot próbuje zawalczyć o swój „kawałek tortu”. Kiedy firma X wystawia banner lub bilboard, firma Y, aby pozostać konkurencyjną zmuszona jest zrobić to samo. Zdarza się, że w celu uzyskania przewagi, inwestuje w większy nośnik, bardziej intensywne kolory czy większą liczbę bilboardów. Drugim aspektem jest sprawność instytucji i egzekwowanie przepisów. Na przykład reklamy trwale związane z gruntem wymagają pozwolenia na budowę. W przypadku jego braku, jako mieszkańcy możemy złożyć skargę do Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego. Czas na sprawdzenie legalności billboardu przez instytucję wynosi około pół roku! A z doświadczenia wiemy, że nawet rok może nie wystarczyć, aby tego dokonać. Dodam, że niemal każdy z nas jest w stanie z dużym prawdopodobieństwem zweryfikować legalność reklam. Wystarczy zapoznanie się z ogólnodostępnymi mapami geodezyjnymi. Zakładając optymistycznie, że po roku od złożenia skargi, inspektorat wyda nakaz rozbiórki, na tym skończą się konsekwencje dla wystawiającego billboard. Krótko mówiąc, nielegalne nośniki reklamowe to szereg korzyści dla przedsiębiorców przy minimalnym ryzyku.
Kolejna sprawa to aspekt czysto kulturowy. W naszym kraju dużą wagę przywiązuje się do własności prywatnej. Panuje przekonanie, że na własnej działce lub na własnym budynku możemy robić co nam się podoba, często zapominając o tym, że nasze postępowanie oddziałuje również na otoczenie. Wolność gospodarcza jest także istotną wartością, a próby jej ograniczania wzbudzają niekiedy spore emocje. Warto zaznaczyć, że rewersem wolności jest odpowiedzialność i w momencie, kiedy nie wszyscy reklamodawcy wykazują się dbaniem o miejską przestrzeń, wprowadzenie regulacji uważamy za przykrą konieczność.
– Rzeszowianie w ogóle dostrzegają ten problem? Czy dzieje się to dopiero, gdy zajrzą na profil „Rzeszowski Adblock” i zobaczą, jak może wyglądać określone miejsce bez reklam?
Marcin: -Człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do wszystkiego. Zajęci codziennymi sprawami możemy nie zwrócić uwagi na billboardy, które jak mogłoby się zdawać, były od zawsze. Sami przyłapujemy się czasem na tym, że nie zauważamy reklam, które mieliśmy pod samym nosem od dłuższego czasu. Z jednej strony, może to świadczyć o tym, że jednak problem nie jest taki poważny, lecz z drugiej strony – skoro nie dostrzegamy reklam, to jaką mają skuteczność? Czy są w ogóle potrzebne?
– Uchwała krajobrazowa wszystko zmieni? A może potrzeba czegoś więcej?
Marcin: – Mądrze skonstruowana uchwała krajobrazowa może być skutecznym narzędziem do walki z reklamozą, jednak to nie wszystko. Oprócz prawa potrzebujemy także jego skutecznej egzekucji – kogoś, kto będzie sprawdzał, czy zapisy są respektowane, egzekwował ich przestrzeganie i nakładał kary za niedostosowanie się do uchwały. Ponadto istotna jest świadomość społeczeństwa – niestety nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że krajobraz to dobro wspólne. Wieszamy reklamy na ścianach, budynkach, które należą do nas, ale jednocześnie są one częścią krajobrazu, który należy do nas wszystkich.
– Jak Panowie sądzą, publikowane przez Państwa zdjęcia to tylko wizualizacje czy możliwa przyszłość?
Mirosław: – Nasze miasto pracuje nad uchwałą krajobrazową od 2015 roku. Wierzymy, że w końcu uda się sfinalizować projekt i przestrzeń Rzeszowa zyska na jakości.
– Czy jest miasto albo kraj, z którego powinniśmy brać przykład?
Marcin: – Oczywiście, choćby Gdańsk. Daje nam przykład, jak uchwała powinna być skonstruowana, a jednocześnie jak nie powinna być przygotowywana. W Gdańsku opracowano dwa projekty uchwały krajobrazowej. Pierwszy został opracowany pod przewodnictwem osoby odpowiadającej za zbieranie przychodów z reklam usytuowanych w pasie drogowym oraz powiązanej z branżą reklamową. Był skonstruowany w sposób niezapewniający dostatecznej ochrony krajobrazu. Na szczęście radni go nie uchwalili. Drugi projekt był znacznie lepszy. Przede wszystkim dlatego, że nie określa, jakie reklamy są zakazane, ale jakie są dopuszczalne. Zamknięty katalog legalnych reklam znacznie zawęża możliwość ich lokalizowania oraz chroni krajobraz przed różnego rodzaju formami, które można by przeoczyć podczas tworzenia zakazów. Uczy nas to, że istotne jest nie tylko samo przygotowanie uchwały, ale również to, jakie znajdą się w niej zapisy.

Rozmawiała Wioletta Kruk

13 Responses to "Ulice jak gazetka z hipermarketu"

Leave a Reply

Your email address will not be published.