Upokorzony, bo… pomagał rodzinie na kwarantannie

– Z pewnością nie zostawię tak tej sytuacji, bo zostałem zwyczajnie poniżony przez kasjerki. Na pewno życzyłbym sobie przeprosin, i to publicznych – mówi Piotr Mulawka ze Studziana.

STUDZIAN, POW. PRZEWORSKI. Boją się, co będzie, gdy po 14 dniach wyjdą z domu. W okolicznych miejscowościach pojawiają się bowiem plotki, że mają koronawirusa.

Zachowanie rodziny Mulawków ze Studziana powinno być wzorem dla innych. Tuż przed przyjazdem z zagranicy córki poinformowali o wszystkimi sanepid, dowiadywali się, jakie środki ostrożności powinni zachować. Na czas kwarantanny najstarszy syn wyprowadził się z domu. Gdy jednak chciał zrobić zakupy krewnym, kasjerka nie chciała go obsłużyć. – Kiedy krzyczała, że powinienem być na kwarantannie, inni klienci uciekli. To było bardzo upokarzające. Poczułem się jak trędowaty – wyznaje Piotr Mulawka.

– Mieszkamy w Studzianie z całą rodziną. Nasza córka wróciła z Holandii, jej narzeczony z Belgii. Jeszcze przed ich przyjazdem dzwoniłam do sanepidu, żeby dowiedzieć się, jak powinna wyglądać procedura w takim wypadku. Nie byłoby takiej potrzeby, gdyby zdążyli do 15 marca do północy, ale przyjechali później, więc sama zgłosiłam, że są z nami w domu – opowiada Agata Mulawka. Musieli odbyć kwarantannę. – Najstarszy syn na ten okres wyprowadził się do kolegi, aby mógł nam pomóc w razie potrzeby i zrobić zakupy – tłumaczy pani Agata.

Rodzina przez całą kwarantannę przebywała w swoim domu.

Wybrał się do sklepu przy ul. Studziańskiej w Przeworsku. Razem z towarzyszącym mu kolegą tłumaczył znajomym kasjerkom, że nie ma żadnego kontaktu z krewnymi. Te jednak nie uwierzyły. Mężczyzna nie spodziewał się nawet, jak może zostać potraktowany, gdy wróci. – Wziąłem kilka produktów na dziale warzywnym, po czym chciałem podejść do mięsnego, ale nagle zza pleców wyskoczyła pani, która krzyczała, że mnie nie obsłuży. Ustaliła z koleżankami, że kiedy przyjdę znowu, zadzwonią na policję – opowiada Piotr Mulawka.

– Przekonywałem, że nie mieszkam w domu, ale ona powtarzała, że to nieprawda. W sklepie byli inni klienci. Kiedy sprzedawczyni krzyczała, że powinienem być na kwarantannie, uciekli. To było bardzo upokarzające. – podkreśla. Rodzina przez cały ten czas w ogóle nie miała ze sobą kontaktu. – Nie uśmiecha mi się wydawać 30 tys. zł na karę – przyznaje mężczyzna. Z krewnymi kontaktuje się wyłącznie przez telefon. Kupione rzeczy zostawia przed drzwiami i dzwoni dzwonkiem. Dopiero kiedy odjeżdża, mieszkańcy wychodzą z domu.

– Dla nas to też jest trudny czas. Ja nawet nie mam kontaktu z chorym tatą. Chciałabym się z nim spotkać, ale przestrzegamy zasad. I robię to nie tylko ze względu na nas, ale i na inne osoby – wyznaje pani Agata. – Dlatego o sprawie ze sklepu poinformowaliśmy policję. Nie można tak traktować osób przebywających na kwarantannie.

Rodzina Mulawków nie kryje złości. – Najbardziej  żal nam syna. To młody chłopak i teraz każdy będzie się na niego krzywo patrzył, tylko dlatego, że chciał pomóc rodzinie? Boję się też, co będzie, jak sami wyjdziemy na zakupy. Już słyszę od znajomych z innych miejscowości o plotkach, że mamy pozytywne wyniki – zauważa pani Agata.

Jak mówi, wszyscy czują się dobrze i nie mają żadnych objawów koronawirusa. – Dzwoniłam jednak do sanepidu, żeby zapytać, czy potrzebne jest zaświadczenie o zakończeniu kwarantanny – relacjonuje nasza rozmówczyni. – Usłyszałam, że nie ma takiej potrzeby. Jeśli nie mamy objawów, jesteśmy zdrowi i możemy normalnie funkcjonować.

wk

31 Responses to "Upokorzony, bo… pomagał rodzinie na kwarantannie"

Leave a Reply

Your email address will not be published.