Urodliwoje dietiszcze (Pokraczny bękart)

Czego nie wiedzieliśmy – tego się domyślaliśmy,
czego nie widzieliśmy – to jeszcze zobaczymy,
czego nie chcemy – to się pewnie stanie,
pytanie tylko, kiedy.
Tytułowy „pokraczny bękart” („traktatu wersalskiego, żyjący z ucisku niepolskich narodowości”) został zmieciony w miesiąc przez sprzymierzone armie hitlerowskich Niemiec i stalinowskich Sowietów. Praktycznie niczym od ówczesnego przemówienia tej treści, ówczesnego ministra spraw zagranicznych Wiaczesława Michajłowicza Mołotowa na forum Rady najwyższej ZSRR w październiku 1939 roku, nie różnił się speech obecnego szefa rosyjskiego MSZ, Siergieja Wiktorowicza Ławrowa. Przepraszam, różnił się: dotyczył Ukrainy, która wedle słów powtarzanych za Władimirem Władimirowiczem Putinem: nie ma prawa istnieć.
Czy tylko Ukraina?
W zasadzie nic się nie zmieniło i przypomnę tylko, że nawet odnowicielski Michaił – „eta piesnia dla tjebia” – Gorbaczow, „miast pastroit nowyj mir”, wysłał wojska na Litwę i czar pierestrojki prysł.
Bo to jest wpisane w krwiobieg rosyjskich władców, ta niechęć do rodzimych gumofilców i szaleńcze próby wkroczenia w nich na europejskie salony – nieważne czy hitlerowskie, czy podbite krwią „radzieckiego sałdata”. Ta odwieczna chęć wyrwania się z przeklętego kręgu „krasnolicych Azjatów” zawsze prowadzi na jakiś zachód. Droga bywa kręta, trudna i bolesna – ale może być tylko jedna – rządzić Europą. Niepodzielnie.
Troszkę ponad 4 wieki temu polskie wojsko – z wielu nieopisywalnych tutaj powodów – zajęło Kreml i siedziało tam dwa lata. Na szczęście tylko dwa, ale poprzedziła to bitwa, w której kilka tysięcy żołnierzy hetmana Żółkiewskiego pokonało pod Kłuszynem około 20 tys. wojsk moskiewsko-szwedzkich Szujskiego i de la Gardie. Nomen omen Polacy wyruszyli na bitwę spod obleganego Smoleńska, i stamtąd właśnie zasiedliśmy na „kremlowskim tronie”. „Konieczność obrony w tym położeniu, nadzieja w męstwie, ocalenie w zwycięstwie” – tak mówił hetman Żółkiewski w obliczu tamtej wojny. Mam takie wrażenie kierując te słowa do ukraińskich przyjaciół, że wiele się w tym względzie nie zmieniło: „Konieczność obrony w tym położeniu, nadzieja w męstwie, ocalenie w zwycięstwie”..
Rzeczywistość jednak skrzeczy, bo nie wiemy, gdzie Putin zatrzymać chce swą armię, a obłęd rosyjskiej polityki zaczyna być nieprzejrzysty, gdyż na końcu tej drogi jest dla Putina wymarzony Zachód i rytualne wyrzucenie gumofilców. A przecież dobrze wie, że jedynym sposobem, żeby się ich pozbyć, jest zgodna europejska współpraca. Przecież nie jest idiotą, więc doskonale wie, a jednak idzie inną, szaleńczą drogą.
Drogą bez powrotu.
Obawiam się, niestety, że Europa za bardzo piecze Putina w usta, a wielka Rassija kusi, niczym niezdobyty przez nikogo wcześniej fantastyczny mit przyszłej potęgi.
Putin widzi Graala na wyciągnięcie mocnej narodoworosyjskiej ręki.
I musi go mieć.
Obym się mylił.
Czego nie wiedzieliśmy – tego się domyślaliśmy,
czego nie widzieliśmy – to jeszcze zobaczymy,
czego nie chcemy – to się pewnie stanie,
pytanie tylko, kiedy.

Redaktor naczelny Super Nowości, Jakub Karyś

10 Responses to "Urodliwoje dietiszcze (Pokraczny bękart)"

Leave a Reply

Your email address will not be published.