Usłyszy o nas cała Polska

37-letni SZYMON GRABOWSKI jest 17. trenerem Resovii w XXI wieku. Pracuje od 19 czerwca 2017 roku, ale wcześniej był asystentem Macieja Huzarskiego oraz piłkarzem „pasiaków”, wychowankiem tego klubu. Debiutował w zwycięskim meczu z Dynovią Dynów latem 1998 roku, dziesięć lat później awansował z Resovią do II ligi. Fot. Paweł Dubiel
37-letni SZYMON GRABOWSKI jest 17. trenerem Resovii w XXI wieku. Pracuje od 19 czerwca 2017 roku, ale wcześniej był asystentem Macieja Huzarskiego oraz piłkarzem „pasiaków”, wychowankiem tego klubu. Debiutował w zwycięskim meczu z Dynovią Dynów latem 1998 roku, dziesięć lat później awansował z Resovią do II ligi. Fot. Paweł Dubiel

II LIGA. Rozmowa z SZYMONEM GRABOWSKIM, trenerem Resovii.

– Kto ścinał włosy?
– Profesjonalista z ekipy Barberhood, gdzie strzygę się na co dzień.

– Myślałem, że chłopaki z Resovii.
– Ufam im, ale nie do tego stopnia.

– Żałował Pan choć trochę? Fryzura była pięknie ułożona, wypielęgnowana…
– Nie żałowałem ani przez chwilę, zresztą już kiedyś, po derbach ze Stalą, też ogoliłem się na zero. Żegnałem się wtedy z biało-czerwonym irokezem. Z racji tego jednak, że córki nie rozpoznają ojca, obecne wydarzenie traktuję w kategoriach jednorazowego wybryku (śmiech).

– A może warto się przyzwyczaić? Groźnie Pan wygląda, rywale będą się bać.
– Nie ma takiej potrzeby. Resovia będzie przemawiać na boisku.

– Zatem wizerunek trenera bez zmian, a co ze strojami? Ostatnio zaprezentowaliście się w ciekawych koszulkach z szerokim czerwonym krzyżem.
– To były stroje rezerwowe, te podstawowe trafiły do kibiców po zwycięskim spotkaniu z KSZO Ostrowiec. W drugiej lidze pierwszym wyborem znów będą nasze tradycyjne „pasiaki”, lecz w przygotowaniu są też białe koszulki w stylu retro, z dużą literą R. Prezentują się okazale, nawiązują do historii klubu, a kiedyś mogą być gratką dla kolekcjonerów.

– Świętowaliście hucznie, przez dwa dni? W końcu ustrzeliliście dublet.
– Impreza była jak należy, ale teraz myślimy wyłącznie o nowym sezonie. Czeka nas bowiem poważne wyzwanie.

– Zdobycie Pucharu Polski na szczeblu województwa to też świetna sprawa. Jest szansa, by gościć najlepsze drużyny, co Resovii nieczęsto w tych rozgrywkach się zdarzało. Po raz ostatni chyba jesienią 1994 roku. Najpierw wygrana w karnych z Zawiszą Bydgoszcz, potem porażka w 1/8 finału z Olimpią Poznań.
– Pamiętam, mecz z Zawiszą to moje pierwsze wagary (śmiech). Karne strzelaliśmy na bramkę od ulicy Wyspiańskiego, wygraliśmy 3-2. Z kolei Olimpię prowadził Grzegorz Lato. Występ w PP to niemała gratka dla nas i kibiców. Po zmianie regulaminu już w pierwszym spotkaniu możemy trafić na topowy zespół. Chciałbym, żeby tak się stało.

– Za wami niesamowity sezon. W rundzie rewanżowej nie przegraliście, drugi w tabeli Motor Lublin wyprzedziliście o 6 punktów! Tego raczej nikt się nie spodziewał.
– Fakt. Wiedzieliśmy, że jesteśmy mocni, ale tak imponująca seria meczów bez porażki zaskoczyła wszystkich w klubie. Sztuką było awansować w takim stylu.

– Co było kluczowe?
– To, że byliśmy drużyną. Przy tak wyrównanej kadrze, nie każdy mógł się znaleźć w „18”, ale piłkarze się nie obrażali i nie psuli atmosfery. Znając szatnię i poszczególnych zawodników wiem, że to było trudne. A jednak daliśmy radę.

– Ciężko było zdobyć autorytet? Od niektórych zawodników jest Pan niewiele starszy, graliście w jednym zespole.
– Docieraliśmy się. W Resovii szatnia zawsze była charakterna, pełna indywidualności. To nie jest łatwe miejsce do pracy, przekonał się o tym niejeden trener. Ale gdy przejmowałem drużynę, wiedziałem co chcę zrobić i jak. I że kwestią czasu jest, gdy złapiemy z piłkarzami wspólny język. Chwilę to trwało, lecz od początku byliśmy z sobą szczerzy do bólu i to zdało egzamin. Przy okazji ukłony w stronę najbardziej doświadczonych Darka Frankiewicza, Marcina Pietryki, Bartka Makowskiego, Konrada Domonia, Dawida Kwieka. Dla nich niektóre moje decyzje nie były łatwe, jednak nigdy ich nie podważali. Nie dawali mi odczuć, że robię coś źle, wprost przeciwnie – szanowali mój wybór i wspierali mnie. Czasem to były bardzo trudne, emocjonalne rozmowy, ale ja lubię zawodników z charakterem. Jestem przekonany, że na takiej relacji skorzystała również nasza młodzież. Zobaczyła, że w szatni nie należy się głaskać, natomiast zawsze trzeba postępować uczciwie.

– Resovia przeciwników zdeklasowała. Dwukrotnie ograliście Motor i KSZO, jesienne derby ze Stalą zremisowaliście, wiosną zwyciężyliście. Znalazł Pan złoty środek, dzięki któremu mobilizował drużynę na najważniejsze spotkania?
– Nie było takiej potrzeby. Chłopaki wiedzieli o jaką stawkę toczy się gra, więc do meczów z Podlasiem przygotowywali się równie sumiennie, co do starcia z Motorem. Choć oczywiście tradycją jest, że na odprawie pokazujemy im filmy, zdjęcia, korzystamy z sentencji albo haseł motywujących. Stare, sprawdzone metody, żeby krótko przed wyjściem na boisko pobudzić towarzystwo.

– Zdobyliście 22 punkty więcej od Stali. Jeśli Pan, resoviak z krwi i kości, zacznie przekonywać, że to Pana nie rusza, nikt nie uwierzy…
– Oczywiście, że tak nie powiem. Wygranie rywalizacji w mieście, z przewagą, której moje i pana pokolenie nie pamięta, to druga najprzyjemniejsza rzecz po awansie. Jednocześnie mam świadomość, że gdybyśmy dziś znaleźli się na miejscu Stali, pewnie byłoby z nami, z całym klubem, krucho.

– „Mamy to! Na przekór wszystkim” – takie hasło obowiązywało przy Wyspiańskiego po wywalczeniu awansu. Naprawdę mieliście aż tak pod górkę, czy jednak kibice trochę przesadzają?
– Nie warto się zajmować sprawami, na które nie mamy wpływu. Oczywiście chcieliśmy, żeby w mediach głośniej było o Resovii, bo pisało się głównie o aspiracjach piłkarzy Stali. Paradoksalnie, taka sytuacja wyzwoliła w nas dodatkowe pokłady ambicji. Gdzieś w tyle głowy kołatała się myśl: to my wam pokażemy. No i stało się. Niektórym utarliśmy nosa, innym daliśmy do myślenia.

– W ratuszu długo musieliście się upominać o swoje, ale wygląda na to, że prezydent Tadeusz Ferenc zmienił nastawienie.
– Prezydent jest kibicem, może i na początku postawił na Stal, ale przede wszystkim on chce mieć w Rzeszowie drużynę na poziomie centralnym. Szczerze nam pogratulował sukcesu, zadeklarował pomoc i jestem przekonany, że z obietnicy się wywiąże. Mam nadzieję, że dołączą radni i Resovia będzie w tej lidze coś znaczyła.

– Na konto klubu powinien wpłynąć obiecany milion złotych.
– Najtrudniejszy dla mnie moment wiąże się właśnie z chwilą, gdy prezydent Ferenc, podbudowany naszymi wynikami, ogłosił, iż otrzymamy dotację w wysokości 100 tysięcy zł, a w przypadku awansu będzie to okrągły milion. Wtedy poczułem presję. Do końca zostało sześć kolejek, a zewsząd słyszałem, że takiej okazji nie możemy zepsuć. Trzymałem fason, lecz w środku buzowałem od emocji. Przed meczem z KSZO położyłem się po drugiej w nocy, ale o spokojnym śnie mogłem zapomnieć. Gdyby nam się nie powiodło, frustracja kibiców skupiłaby się głównie na mojej osobie.

– Kadra Resovii bardzo się zmieni?
– Przy sprawnie funkcjonującym organizmie nie należy majstrować. Zresztą nie ma czasu na wielkie zmiany, za miesiąc pierwszy mecz o punkty. Resovia nie płaci kokosów, ale to wyjątkowy klub i zdecydowana większość piłkarzy chce tutaj zostać (kontrakty przedłużyli właśnie Dariusz Frankiewicz, Radosław Adamski i Michał Ogrodnik – red.). Są tacy, którzy zdają sobie sprawę, że druga liga to dla nich szczyt możliwości i takiej okazji mieć już nie będą. Z kolei dla paru innych to świetne okno wystawowe.

– Zwłaszcza, że zagracie z Ruchem Chorzów, Widzewem Łódź czy też Górnikiem Łęczna. Znane kluby, stadiony, sporo kibiców.
– Usłyszy o nas cała Polska. Oczywiście wszyscy w klubie, na czele ze mną, będziemy się musieli nauczyć tej ligi. Co prawda kilka lat temu Resovia występowała na tym szczeblu, ale to były inne rozgrywki, liga podzielona była na dwie grupy. Od tamtego czasu PZPN zrobił wiele, by druga liga stała się bardziej profesjonalna.

– Garbarnia Kraków rok po roku awansowała z trzeciej do pierwszej ligi, a wielu kibiców uważa, że Resovia mogłaby przebyć tę samą drogę.
– Słyszymy to na każdym kroku, lecz nie zamierzamy składać żadnych deklaracji. Skupiamy się na pracy, pokora jest najważniejsza. Choć przykłady Garbarni, Łódzkiego Klubu Sportowego czy GKS-u Jastrzębie są niezwykle inspirujące.

– Mecze będziecie rozgrywać na Stadionie Miejskim. To jakiś problem?
– Żaden, choć nie jest tajemnicą, że wolelibyśmy grać w domu, przy Wyspiańskiego. Mam nadzieję, iż wrócimy tam za rok albo dwa, po przebudowie stadionu. Lepiej grać na Miejskim niż w Boguchwale, głód dobrej piłki jest w Rzeszowie ogromny i marzy mi się, żebyśmy zapełnili trybuny. Dochodzą do mnie słuchy, że osoby niezwiązane emocjonalnie z Resovią zamierzają chodzić na mecze. Chcą bowiem poczuć klimat mocniejszej ligi, zobaczyć w akcji kilka ciekawych zespołów. Dlatego tak ważny jest udany początek. Zaczynamy u siebie ze Zniczem Pruszków i liczę na 3 punkty.

– Za Panem niezwykle radosne, ale też wyczerpujące półrocze. Tęskni Pan za wakacjami?
– Hmm, to drażliwy temat dla mojej żony. Mieliśmy wykupione fajne rodzinne wczasy w Albanii, lecz awans wszystko skomplikował. Ostatecznie żona jedzie z córkami, mamą swoją i moją, a ja zostaję na miejscu, bo pracy jest co niemiara. Przydałoby mi się trzy dni wolnego, potrzebuję psychicznego resetu. Ale jak znam życie, odpocznę dopiero zimą, w okolicy świąt (śmiech).

Rozmawiał Tomasz Szeliga

8 Responses to "Usłyszy o nas cała Polska"

Leave a Reply

Your email address will not be published.