
PIŁKA NOŻNA. Trener bramkarzy Andrzej Krzyształowicz o radykalnym islamie, nucie szaleństwa i piłce „Tango”, o której marzyła cała Polska.
Andrzej Krzyształowicz rozegrał 99 meczów w ekstraklasie, a po zakończeniu kariery został cenionym trenerem bramkarzy. Był w sztabie szkoleniowym Lecha Poznań, gdy ten zdobywał w poprzednim sezonie mistrzostwo Polski. Pracował też w słynnej Akademii Manchesteru City i w Arabii Saudyjskiej. Przez trzy dni dzielił się swoim doświadczeniem z adeptami Szkoły Mistrzostwa Sportowego Resovia.
– Zacznijmy od egzotyki. Przez pół roku pracował pan z Maciejem Skorżą w Arabii Saudyjskiej. Nie bał się pan jechać do tak konserwatywnego kraju?
– Strachu nie odczuwałem. Ale na miejscu szybko się przekonałem, jak bardzo uciążliwe jest tam życie. My Polacy, Europejczycy, chętnie chodzimy na koncerty, do kina czy teatru. Tam takich rozrywek nie ma. Różnice kulturowe są olbrzymie, a obyczaje trudne do zaakceptowania. Istnieje ścisły rozdział między życiem mężczyzn a kobiet. Mężczyźni są panami sytuacji, kobiety muszą się im podporządkować. Chodzą po ulicach w czarnych szatach, abajach, zakryte od stóp do głów. Nie wolno im prowadzić samochodów, do wielu miejsc nie mają wstępu. Ciężko jest również z uwagi na klimat. Natomiast prohibicja nie stanowiła dla mnie żadnego problemu. Za alkoholem nie przepadam.
– Mieszkał pan w kraju, gdzie obowiązującą doktryną jest najbardziej skrajny wahabizm i gdzie istnieje prawo szariatu. Po ostatnich wydarzeniach we Francji radykalny islam budzi przerażenie…
– Powinniśmy się bać radykałów. Albo inaczej – szaleńców, których nie brakuje w żadnym kraju. Trudno mi sobie wyobrazić obywatela Arabii Saudyjskiej żyjącego w Europie w taki sam sposób, jak u siebie. Rzuciło mi się w oczy, że w sytuacjach ekstremalnych Arabowie reagują bardzo impulsywnie. Ten temperament, czasem trudny do okiełznania, stanowi cechę ich charakteru.
– Było coś, co się panu podobało w Arabii Saudyjskiej? Oprócz zarobków, rzecz jasna.
– Zdziwi się pan. To tam poznałem idoli z lat młodzieńczych, spełniających się w roli trenerów jednego z czterech królewskich klubów. Mowa o Michelu Preud`hommie i jego asystencie, słynnym szalonym Kolumbijczyku Rene Higuicie! Poza tym graliśmy z naszym klubem Al.-Ittifaq w azjatyckiej Lidze Mistrzów, do sezonu przygotowywaliśmy się w niesamowitym Dubaju. Bez futbolu nie doświadczyłbym tylu wspaniałych chwil.
– Na pewno nie zostałby pan trenerem młodych bramkarzy w cenionej Akademii Manchesteru City. Jak się pan tam znalazł?
– Przez przypadek (śmiech). Proszę tak na mnie nie patrzeć, to naprawdę była historia nie z tej ziemi. Gdy znalazłem się w Anglii pomyślałem: skoro mam wyważyć drzwi, to dlaczego nie te największe? Jeździłem więc od klubu do klubu, pukałem do dyrektorskich gabinetów. Czasem mnie przyjmowali, a czasem całowałem klamkę, bo skoro nie stał za mną żaden agent, to o co właściwie chodzi? Dyrektor Akademii City zainteresował się facetem, który od godziny machał ochroniarzowi przed nosem licencją trenerską. Pogadaliśmy, a 3 tygodnie później otrzymałem telefon, że mogę pomóc grupie chłopców od 8 do 15 lat. To była fantastyczna przygoda, choć szczerze mówiąc, szkolenie bramkarzy stało w Akademii na niższym poziomie od szkolenia zawodników z pola.
– Pan jest surowym nauczycielem?
– Podobno. Ja bym powiedział, że wymagającym. Ale zawsze najwięcej wymagałem od siebie. Do wszystkiego w życiu doszedłem ciężką pracą. Pytał pan, dlaczego w żadnym klubie nie zagrzałem miejsca. Odpowiedź jest prosta: bo nie godziłem się na kompromisy, nie szedłem na skróty. Gdy widziałem, że broni ktoś, kto nie jest lepszy ode mnie, buntowałem się.
– Ma pan za sobą bogatą karierę. O pobycie, w którym klubie może pan powiedzieć, że to była przygoda życia?
– Jeśli chodzi o pracę trenerską, to był to Lech. Zdobyliśmy mistrzostwo Polski, awansowaliśmy do fazy grupowej Ligi Europy. Z sentymentem wspominam grę w biednym jak mysz Stomilu Olsztyn. Zebraliśmy się kilka dni przed startem ekstraklasy, ale utrzymaliśmy się w niej po niesamowitych barażach. Dwa razy 0-0 z Górnikiem Polkowice, dogrywka i zwycięskie karne! Potem trafiłem do Polonii Warszawa i na fantastycznego trenera Wernera Liczkę, u którego zadebiutowałem w europejskich pucharach. Z Konwiktorskiej przeniosłem się na Łazienkowską, gdzie jednak nie rozegrałem żadnego ligowego meczu. Nie był to jednak czas stracony, bo właśnie tam poznałem trenera Krzysztofa Dowhania, najlepszego w Polsce fachowca od bramkarzy.
– „Miałem to szczęście, że trafiłem w młodości na wybitnych nauczycieli” – opowiadał poprzedni gość SMS Resovia, Jacek Magiera. Jak to było u pana?
– Też miałem szczęście. W rodzinnym Bielsku-Białej opiekował się nami Wiktor Olszowski. Niesamowity sportowiec i pedagog. W powojennej Legii grał w ekstraklasie hokeja na lodzie i piłki nożnej! Po latach, już jako trener w ukochanym BKS-ie Bielsko-Biała, zabierał nas na stok narciarski i na lodowisko, a na początku lat 80. kupił nam „Tango”. Oficjalną piłkę mundialu 1978 wyprodukowaną przez adidasa. Nie wiem, czy dzisiejsza młodzież to zrozumie, ale to było wydarzenie na wielką skalę! Takiej piłki w Polsce nie miał prawie nikt. Drugą wspaniałą osobą, na którą trafiłem, był trener Roman Łoś (to on znalazł Mirosława Okońskiego – red.).
– Jak się panu podobał Rzeszów?
– Grafik zajęć był tak napięty, że o zwiedzaniu nie było mowy. Ale to dobrze. Przyjechałem tutaj dzielić się swoimi umiejętnościami i doświadczeniem. Mam nadzieję, że u kilku chłopaków udało mi się zaszczepić pasję do futbolu i ciężkiej pracy. Artur Łuczyk, dyrektor sportowy Szkoły Mistrzostwa Sportowego Resovia, nie musiał namawiać mnie do przyjazdu. Chciałem bowiem poczuć atmosferę miasta, które ponoć tak dynamicznie się rozwija. Jestem fanem siatkówki, uważam, że Asseco Resovia w najlepszy ze sposobów reklamuje Polskę na arenie międzynarodowej. Z kolei partnerka mojego syna jest siostrą żużlowca Stali Rzeszów (śmiech). Sport to okno wystawowe, również SMS Resovia doskonale promuje Rzeszów. Szkoła istnieje od niedawna, ale rozwija się kapitalnie.
– Symbolem Resovii jest bramkarz Marcin Pietryka, który w drużynie seniorów debiutował 16 lat temu i nigdy nie zmienił klubu.
– Bardzo dobrze poznałem Marcina. To on przyjeżdżał po mnie do hotelu o 7 rano i zabierał na boisko. Okazał się świetnym kompanem, ale najistotniejsze, że jest szalenie wartościowym człowiekiem. Dobrym, ciepłym, oddanym swojej pracy. Jeszcze gra i to z niezłym skutkiem, lecz jestem przekonany, że w przyszłości będzie z niego świetny trener.
– Rozpoczynamy serię pytań z gatunku „naj”. Najlepszy polski bramkarz to?
– Wszechczasów Józef Młynarczyk. Jeśli chodzi o aktualnych reprezentantów to podzielam wybór selekcjonera Adama Nawałki i jego hierarchię. Trzymam natomiast kciuki za Przemka Tytonia, którego poznałem dobrze podczas wspólnej pracy. Przemek nigdy nie zabiegał o rozgłos, nie interesowały go zakulisowe historie. Do wszystkiego doszedł ciężką pracą i mam nadzieję, że jeszcze nam się w kadrze pokaże.
– Najlepszy bramkarz polskiej ligi?
– Wyróżnię tych, którzy grają w reprezentacji bądź za kilka lat tam trafią. Podoba mi się młody Bartłomiej Drągowski z Jagiellonii Białystok. Jasmin Burić, mój były podopieczny z Lecha nie odbiega poziomem od Asmira Begovica. Tylko że tamten broni w Chelsea, więc wiadomo, iż w kadrze Bośni i Hercegowiny jest numerem 1. Trzeba też pochwalić Duszana Kuciaka z Legii. Słowak od kilku sezonów utrzymuje wysoką formę.
– To teraz napięcie sięgnie zenitu. Najlepszy bramkarz świata?
– Nie tak prędko (śmiech). Zacznę od moich idoli z dzieciństwa i lat młodzieńczych. Byli to: Józef Młynarczyk, Belgowie: Jean Marie Pfaff i Michelle Preud`homme, Holender Hans van Breukelen i Duńczyk Peter Schmeichel. Potrafili porwać publiczność jednym gestem, mieli też w sobie nutkę szaleństwa. Dziś cenię najbardziej tych, którzy przez 15 lat utrzymują reprezentacyjną formę: Ikera Casillasa i Gianluigiego Buffona. Ponad przeciętność wyrasta Manuel Neuer. Niemiec wyprzedza epokę jeśli chodzi o grę w obronie i w ofensywie.
– Zachwyca się pan weteranami, ale przecież mówi się, że bramkarz jest jak wino: im starszy, tym lepszy…
– Osoby, które zaliczyły miliony upadków na treningach, rzucając się do piłek, zrozumieją, co chcę przekazać. Bramkarz jest narażony na kontuzje w dużo większym stopniu niż zawodnik z pola. Urazy barków, bioder są bolesne i pozostawiają trwały ślad. To nie jest łatwy kawałek chleba.
Rozmawiał: Tomasz Szeliga


