
Od początku pandemii, na pierwszej linii frontu walki znajdują się ratownicy medyczni. Do chorych wyjeżdżają dwukrotnie, a nawet trzykrotnie częściej. Przez tych kilkadziesiąt tygodni oswoili się już z wyjazdami do zakażonych i osób znajdujących się na kwarantannie. Na pamięć znają wypracowane w ostatnich miesiącach procedury. Jak wygląda służba drugiemu człowiekowi w epidemii? Co rekompensuje im codzienny stres i poświęcenie?
Marzec 2020 r. Pierwszy przypadek zachorowania na COVID-19 na Podkarpaciu. Pielęgniarka z Leżajska, pani Wiesława Szpila. Od tamtej pory w naszym województwie zarejestrowano (na 17 marca 2021 r.) 88 753 przypadki zakażeń koronawirusem. Tylko w środę było ich 1319. Od początku pandemii w regionie podkarpackim odnotowano 4,54 proc. wszystkich zakażeń koronawirusem w Polsce oraz 5,58 proc. wszystkich zgonów. Łączna liczba śmierci w woj. podkarpackim spowodowanych zakażeniem COVID-19 od początku epidemii wynosi 2678.
Minął już rok odkąd ratownicy medyczni stanęli na pierwszej linii frontu walki z pandemią. Czego się przez ten nauczyli? Co się w ich pracy zmieniło? – W ciągu tego roku od początku pandemii zmieniło się w naszej pracy bardzo dużo. Kiedy zetknęliśmy się z pandemią, nie mieliśmy wypracowanych procedur. One dopiero na bazie ewaluacji zostały dostosowane do dnia dzisiejszego na tyle, żebyśmy obecnie w sposób bardzo sprawny mogli reagować na każde wezwanie i efektywnie udzielać tej pomocy. Nie brakuje nam środków zaopatrzenia, jeśli chodzi o ochronę osobistą, nie brakuje nam testów. Często zdarzało się przez ten rok, że brakowało nam ludzi, ale ci pozostali, którzy nie mieli akurat dyżuru, na hasło „potrzebny jest członek zespołu”, bo ktoś zachorował, albo jest w okresie kwarantanny lub choruje na COVID-19, stawiali się w pracy i bardzo im za to dziękuję – przyznaje Grzegorz Gałuszka, dyrektor Stacji Pogotowia Ratunkowego w Mielcu.
Najlepszy ratownik to żywy ratownik
Rok temu ratownicy musieli się oswoić i nauczyć procedur związanych z używaniem środków ochrony osobistej. Dziś jest to dla nich chleb powszedni. Nie ma dnia, żeby nie wyjeżdżali do pacjentów w tzw. karetkach covidowych.
– Jeśli na formatce przysłanej z dyspozytorni pojawia się informacja, że osoba do której jedziemy znajduje się na kwarantannie, lub jest chora, zespół musi ubrać się w kombinezony – mówi Grzegorz Gałuszka, dyrektor mieleckiej Stacji Pogotowia Ratunkowego. – To nie jest taka prosta sprawa, że to się zakłada jak kurtkę. Ratownicy muszą założyć środki ochrony osobistej w postaci: masek, gogli, przyłbic, kombinezonu, rękawiczek, a nawet butów foliowych i dojechać na miejsce zdarzenia. My po przyjeździe do pacjentów, w przypadku których w wywiadzie epidemicznym nie było informacji, że są na kwarantannie lub, że są chorzy, wchodzimy do mieszkania w zwykłych ubraniach ratowników, w maseczce i rękawiczkach. Na miejscu wykonujemy test antygenowy i nieraz zdarza się, że ten test wychodzi pozytywny i wtedy musimy zrobić krok wstecz. Wrócić do karetki, nałożyć na siebie wszystkie środki ochrony i dopiero tak zabezpieczeni wejść ponownie do mieszkania pacjenta. Najlepszym ratownikiem jest żywy ratownik. Jeśli nas braknie, to osoby zagrożone także pomocy nie uzyskają. Musimy dbać także o własne bezpieczeństwo, o swoje zdrowie i o swoje życie.
Podkarpaccy ratownicy mają dostęp do szczepionek i każdy kto chciał, mógł z nich skorzystać. Jednak nie mogą czuć się w 100 proc. bezpieczni. – Samo zaszczepienie nie chroni nas przecież całkowicie przed zachorowaniem – zaznacza Grzegorz Gałuszka. – Ma służyć temu, byśmy mogli przejść przez tę chorobę, ale, w jaki sposób nam się to uda, do końca nie wiadomo. Bo to, że zaszepieni przechodzą COVID-19 faktycznie lżej albo ciężej, wykażą dopiero badania naukowe. A te wymagają czasu.
Potrzeba większej odpowiedzialności
Szef ratowników pracujących na północno – zachodnim Podkarpaciu nie kryje, że często narażają oni swoje życie. – To nie jest zawód, to jest poświęcenie – mówi wprost Grzegorz Gałuszka. – Niosąc pomoc drugiemu człowiekowi, mogę powiedzieć z doświadczenia, że nie ma nic piękniejszego, a takie doświadczenia w życiu mam, jak uratowanie komuś życia, pomoc komuś w chorobie. Pewnie też nie ma nic gorszego niż mieć takie życie na sumieniu, nie udzielając pomocy. Staramy się często, narażając swoje życie, jadąc bardzo szybko na miejsce zdarzenia. Wchodząc w miejsca niebezpieczne. Narażamy własne życie, aby pomóc drugiemu człowiekowi. Do tego jesteśmy wyszkoleni, do tego jesteśmy wykształceni i przygotowani.
Szef mieleckich ratowników zdradza, że choć pracownicy pogotowia są zagrożeni zakażeniem z powodu częstych kontaktów z chorymi, wielu ratowników od początku pandemii przebywało na kwarantannach, w izolacji, a nawet chorowało na COVID.
– Jestem od początku pandemii w zespołach – mówi Grzegorz Gałuszka. – Jeździłem z pacjentami zakażonymi i transportowałem ich także i mogę powiedzieć, że zakażenia, które pojawiały się wśród ratowników, nie pochodziły najczęściej z pracy zawodowej, tylko z przenoszenia wektorowego z innych miejsc. Ze sklepu, od dziecka, ze szkoły. My, widząc, że jedziemy do osoby potencjalnie zakażonej, po prostu się zabezpieczamy. Tych zabezpieczeń nie stosujemy natomiast często w sytuacjach, gdy spotykamy się jeden z drugim, gdy są okresy świąteczne. Troszeczkę jest tej bagatelizacji społeczeństwa i dlatego mamy potem do czynienia ze wzrostem zachorowań.
Pracują dwa razy więcej
Od początku pandemii liczba wyjazdów do pacjentów wzrosła. – Jest to spowodowane zamknięciem podstawowej opieki zdrowotnej, a także brakiem możliwości wyjazdu tej ambulatoryjnej wyjazdowej nocnej i świątecznej do osób przebywających na kwarantannie bądź już chorych. Jeździmy dwukrotnie, a nawet trzykrotnie częściej do tych potrzebujących niż to było przed pandemią – przyznaje Grzegorz Gałuszka. – Przez to pojawia się stres towarzyszący nam w pracy. Przez to też odnotowujemy bardzo duże zużycie sprzętu i karetek, bo po prostu jeździmy dużo więcej niż dotychczas.
– Agresywne środki dezynfekujące niszczą sprzęt, który musi być naprawiany, który musi być serwisowany – nie kryje dyrektor Gałuszka. – Niektóre karetki poprzez częstą dezynfekcję po prostu rdzewieją, one się po prostu szybciej starzeją.
Praca i poświęcenie ratowników medycznych w czasie pandemii została doceniona i oprócz pensji zasadniczej otrzymują oni także dodatek ministerialny. – Ratownicy otrzymują w czasie pandemii pensję zasadniczą, do tego dodatek pogotowiany w wysokości 30 procent, dodatek za pracę w godzinach nocnych w wysokości 20 proc. i dodatek ministerialny przyznany zgodnie z ustawą o przeciwdziałaniu COVID-19 w wysokości 100 proc. wynagrodzenia – mówi Grzegorz Gałuszka. – Te pensje rekompensują w tym okresie pandemii narażanie siebie. Średnio na rękę bez dodatku ministerialnego zarobki ratownika wynoszą około 3,5 tysiąca złotych na rękę. Z dodatkiem to 6 – 7 tys. zł.
Wielką ratowniczą rodzinę mieleckiego pogotowia tworzy około 800 osób. Etatów jest mniej, bo prócz etatów, osoby te są zatrudnione także na podstawie umów cywilno – prawnych.
– Przez wiele lat szkoliłem ratowników medycznych i jestem dumny, bo mogę teraz z nimi współpracować – mówi Gałuszka. – I mogę powiedzieć, że warto było ponieść ten trud kształcenia, wpajając im pewne nawyki i wykształcając u nich pewien poziom empatii, podejścia do pacjenta i też doskonaląc medyczne czynności ratunkowe. Moje serce się raduje, bo jeżdżę teraz ze swoimi studentami. Ja też kiedyś jeździłem ze swoimi mentorami i myślę, że oni też byliby dumni z tego, gdzie my teraz jesteśmy, jako system państwowego ratownictwa medycznego. To nie jest już duży fiat, którym jeździłem zaczynając moją pracę w latach 90. Jest nam lżej, bo mamy dostęp do tego, co jest najnowocześniejsze na świecie.
Małgorzata Rokoszewska



6 Responses to "W karetce z COVID-19"