W piekle arabskiego więzienia

Fot. FB/ Artur Ligęska

Izolatka 2×3 m, brak światła, goła podłoga, pancerne drzwi, dziura w posadzce służąca za toaletę – tak wygląda cela w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Kilka miesięcy temu media obiegło nagranie pochodzącego z Dębicy Artura Ligęski. Jego bliscy opublikowali YouTube apel, który cudem udało mu się nagrać. W Dubaju został niesłusznie posądzony o posiadanie i zażywanie narkotyków. Potem zaczęło się piekło. Więzienie w nieludzkich warunkach, kilkuminutowe rozprawy, brak możliwości obrony, a w końcu wyrok: dożywocie. Choć historia wydaje się nieprawdopodobna, Damian i jego przyjaciel przeżyli podobny koszmar. Próbowali o tym zapomnieć, ale gdy usłyszeli o Arturze, wspomnienia o wróciły. Dziś głośno mówią o tym, jak wygląda mroczna strona turystycznego kraju i wraz z rodziną dębiczanina walczą o jego wolność.

-Artur ma bardzo dobre serce. Dobro innych bardzo często stawiał nad swoje. Znamy się ponad 20 lat i zawsze mogliśmy na siebie liczyć – wspomina Agata Bonter, przyjaciółka Artura Ligęski, która umieściła w sieci nagranie. Jak mężczyzna znalazł się w Dubaju? Artur zrobił karierę w branży fitness. – Pracował jako trener, dystrybutor sprzętu, organizator szkoleń czy manager. To wszystko doprowadziło do tego, że mógł otworzyć własny biznes, o którym bardzo marzył – opowiada Agata. Sukces nie trwał jednak wiecznie. Po tym jak zawaliło mu się życie w Polsce, w Emiratach chciał zbudować je od nowa. W październiku 2017 r. wyjechał do Dubaju. – Pomagałam Arturowi stworzyć ofertę dla inwestorów i wiem tylko tyle, że miał różne spotkania biznesowe z bardzo pozytywnym rezultatem. Jego życie się tam układało, a potem nagle zniknął. Nawet nie zdążyłam go zapytać, jak przebiegła ostatnia rozmowa odnośnie zakładania klubu fitness – zaznacza pani Agata.

Ostatni raz kontaktował się z przyjaciółką pod koniec kwietnia. Mówił, że chce wrócić do kraju. – Próbowałam się czegoś dowiedzieć. Nie miałam kontaktu do rodziny. Ze znajomych nikt nic nie wiedział. Pomyślałam, że może wydarzenia w Polsce sprawiły, że stał się bardziej zamknięty i chciał się odciąć na jakiś czas, pisał też w tym czasie książkę… – wspomina pani Agata. – Ale nie dawało mi to spokoju, bo jeszcze dzień wcześniej mówił, że kupił dla mnie przyprawy, które chce mi przywieźć, więc szukałam dalej. Pisałam na wszystkie możliwe portale, które miał, szukałam wśród jego znajomych, których sama nie znałam i nic – dodaje. Dopiero gdy dostała nagranie do upublicznienia, dowiedziała się, co się wydarzyło…

W izolatce bez materaca, prysznica i leków

– Końcem kwietnia chcąc wylecieć do Europy nie wypuszczono mnie z Emiratów, mówiąc na lotnisku w Dubaju „Wróć do domu i zastanów się”. Tego samego wieczoru wracając z fitness klubu zostałem zaaresztowany pod zarzutem związku z narkotykami. Dobrowolnie poddałem się testom, a na ich wynik czekałem ponad 3 tygodnie. Testy nie wykazały obecności narkotyków w organizmie – mówi na nagraniu z 16 listopada. Mimo to trafił za kraty. Podkreśla, że pod groźbą 2 lat pobawienia wolności podpisywał dokumenty w języku arabskim, którego nie zna.

– Jestem od siedmiu miesięcy w więzieniu, a ostatnie dwa trzymają mnie w izolatce w więzieniu w Al-Sadr, na pustyni w Abu Dhabi bez łóżka, bez materaca, bez prysznica, odizolowany całkowicie od świata – relacjonował dębiczanin. – Odmawiano mu ważnych leków. Rzucano na ziemię nędzne jedzenie. Przez kilka miesięcy schudł ponad 20 kg – podkreśla pani Agata.

Artur cały czas liczył, że wyjdzie na wolność. Jego sytuacja stawała się jednak coraz bardziej poważna. Podawano kolejne terminy rozpraw, ale te się nie odbywały. Potem został przewieziony z dubajskiego więzienia do Abu-Dhabi. – Tam nie miał już możliwości kontaktu jakkolwiek z kimkolwiek, ponieważ umieszczono go w izolatce – mówi jego przyjaciółka. Jak więc udało mu się przekazać wiadomość? – Artur wyprosił na kimś z więzienia, żeby móc wykonać ten jeden telefon. Był przygotowany, że gdy tylko będzie miał dostęp do telefonu, to po prostu przeczyta to, co napisał na kartce. To samo oświadczenie przedstawił również w sądzie – tłumaczy pani Agata. Zostało nagrane przez znajomych, do których zadzwonił mężczyzna, a potem przekazane pani Agacie.

Dębiczanin prosił o rozpowszechnienie swojego apelu. – Stawką jest moje zdrowie i moje życie – przekonywał. Przyjaciele oraz rodzina w Polsce nie zawiedli, a o jego historii słyszała cała Polska. Sprawą mężczyzny zajęła się też Ambasada w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Od momentu otrzymania informacji o zatrzymaniu, konsul podejmuje na rzecz zatrzymanego obywatela polskiego działania przewidziane przepisami polskimi i emirackimi oraz pozostaje z nim w stałym kontakcie.

Dzięki interwencji warunki, w jakich przebywa Artur uległy poprawie. – Dostał leki, opiekę medyczną. Obecnie rodzice mają możliwość wpłaty pieniędzy, żeby mógł tam kupować jedzenie i dzwonić do rodziny – to jest bardzo dużo, ale powinniśmy go też sprowadzić do domu. Nie wyobrażam sobie, jak może wyglądać psychika człowieka, który jest cały czas zamknięty w 4 metrach kwadratowych? To jest nie do opisania! – nie ma wątpliwości pani Agata.

Korzystając z możliwości wykonania połączenia telefonicznego Artur kolejny raz opowiedział, jak wygląda jego sytuacja. Drugie nagranie zostało opublikowane 1 lutego. – Dzięki zaangażowaniu polskiej strony mam od grudnia profesjonalną opiekę medyczną, nieco lepsze warunki bytowe i co ważniejsze, moją sprawą po dziewięciu miesiącach w końcu zajął się sąd – mówi Dębiczanin. Regularnie odwiedzają go też przedstawiciele ambasady. – Zapewnili mu książki, o które bardzo prosił. Dzięki temu zabija czas. Na pewno robi sobie też plany na przyszłość, bo on wierzy, że wyjdzie. Wszyscy wierzymy – zapewnia pani Agata.

Wyrok: dożywocie

3 stycznia Artur został wezwany przed sąd federalny w Abu Dhabi, by usłyszeć zarzut w związku z posiadaniem i zażywaniem metamfetaminy. Jak mówi, nie przedstawiono żadnych dowodów, ani nie powołano świadków. – Obrona w oparciu o dokumenty policji potwierdziła brak narkotyków zarówno w moim organizmie, jak i przy mnie. Jednocześnie wskazując na niejasności w śledztwie zwróciła się do sądu o odrzucenie wniosku w całości – relacjonuje. Po 10 min sąd zamknął rozprawę. Wyrok ogłoszono 28 stycznia. – Wszedłem na sale pełen optymizmu, bo myślałem, że za chwilę będę wolny. Niestety, po pięciu sekundach usłyszałem tylko dwa słowa od sędziego: „Artur, dożywocie”. Sędzia nawet nie popatrzył się na mnie, kazano mi wyjść – mówi skazany Polak.

Jak przyjął wyrok? – Źle, ale on się zawsze bierze w garść. Nie może sobie pozwolić, żeby się załamać. Musi to zrobić dla swojej rodziny, która chce mu pomóc – przekonuje jego przyjaciółka. – Tak naprawdę natrafiamy cały czas na ścianę. Pisanie do polityków nic nie daje. Do tej pory nikt nam nie odpowiedział. Rodzina jest zostawiona sama sobie. Dyplomaci piszą listy, ale to są Emiraty i nie mają obowiązku odpisać na te pisma – zaznacza. Zapewnia jednak, że nie pozostawią Artura. Nadal będą walczyć o jego uwolnienie. – My jako przyjaciele i rodzina tego nie odpuścimy! Pisaliśmy do samej góry. Będziemy pisać kolejny raz i kolejny. Jeżeli będzie trzeba, to wyjdziemy na ulice – deklaruje.

Po konsultacji z ambasadą i rodziną dębiczanin postanowił złożyć wniosek o apelację. – Wspierajcie moją rodzinę i walczcie o mnie, bo ja niewiele mogę z perspektywy mojej 4-metrowej, zamkniętej 24 godz. na dobę celi. Nic nie trwa wiecznie. To piekło też się kiedyś skończy – mówi z nadzieją. – Nie ma w moim sercu, ani w moim umyśle zgody na jakikolwiek wyrok w oparciu o tzw. tajemnicze źródło informacji, jakkolwiek ważną osobą jest to źródło – dodaje zagadkowo. Na razie żyje „od modlitwy do modlitwy, od posiłku do posiłku”. – Artur jest osobą wierzącą. Jakoś się trzyma, choć domyślam się, że to nie jest dla niego łatwe. Jest twardym facetem, ale ma też miękkie serce. Kocha rodzinę i nie chce jej sprawiać zawodu – twierdzi pani Agata.

Wyjazd na urlop zakończony więzieniem

Artur Ligęska nie jest jedynym Polakiem, który trafił do arabskiego więzienia. Mieszkających w Łodzi Damiana i jego przyjaciela spotkało to samo. Do tej pory chcieli o wszystkim zapomnieć, ale chcą pomóc Arturowi i postanowili opowiedzieć o tym, co przeżyli.

W kwietniu ubiegłego roku polecieli do Ras Al-Chajma w Emiratach Arabskich na 7-dniowy urlop, na który nigdy nie dotarli. – Po wylądowaniu zostaliśmy zatrzymani. Sytuacja od samego początku była dla nas ogromnym zaskoczeniem. Wiedzieliśmy, że nie zrobiliśmy nic złego, a zostaliśmy przeszukani. Po drugie, byliśmy przygotowani na ten wyjazd. Wiedzieliśmy, czego nie można mieć – łącznie z lekami i kosmetykami – opowiada Damian. Gdy zabrano ich na kontrolę, byli spokojni, bo wiedzieli, że niczego nie znajdą. Strażnik wyjął z ich bagaży kosmetyki i wyszedł. Gdy wrócił, powiedział, że znaleziono narkotyki. Od razu zabrano im telefony oraz paszporty. – Myśląc po europejsku tłumaczyliśmy sobie, żeby się nie denerwować, bo w dzisiejszych czasach na lotniskach jest monitoring. Muszą też nam udowodnić, że wyjęli coś z naszego bagażu i to pokazać. Do głowy nam nie przyszło, że wydarzy się to, co się wydarzyło później… – przyznaje. Gdy zapytali o nagrania, usłyszeli, że ich nie ma.

Pół godziny później pojawiło się kilku mężczyzn ubranych w galabije. – To nie są w żaden sposób umundurowani funkcjonariusze. Oni się nie legitymują, mówią po arabsku, nawet się nie starają, żeby ich zrozumiano – relacjonuje. Zakuli im ręce i nogi, a potem zabrali do obskurnego budynku. – To było jak scena jak z filmu. Przesłuchiwano nas całą noc. Wyjmowali telefon, mówili po arabsku do tłumacza google i pokazywali nam te przetłumaczone zdania – opowiada. Wywnioskowali, że żądano od nich, żeby się przyznali. Wtedy też zrobiono im pierwsze testy na obecność narkotyków w organizmie. – W obliczu całej tej sytuacji, gdzie ewidentnie widzieliśmy, że ktoś chce nas w coś wrobić, byłem przekonany, że te testy wyjdą dla nas negatywnie. Ich sfałszowanie było dla mnie oczywiste. Dzięki Bogu na żadnym etapie nie potwierdziły obecności narkotyków w organizmie – podkreśla.

Po dwóch dniach mężczyzn przewieziono na przesłuchanie do prokuratury. Prokurator nie posługiwał się językiem angielskim, więc zostało przesunięte. Na kolejnym zapewniono im tłumacza polskiego. – To był jedyny moment, kiedy mieliśmy tłumacza. Niektóre rozprawy odbywały się wyłącznie w języku arabskim. Wszystkie dokumenty, które musieliśmy podpisywać – odciskiem palca – były po arabsku. Domyślaliśmy się, że to były nasze zeznania, ale tam mogło być wszystko – nie ma złudzeń nasz rozmówca. Powiedziano im, że jeśli zapłacą po 10 tys. dirhamów, będą wolni i kazano czekać. W tym czasie do prokuratora przyjechali inni strażnicy. – Jedni są oficjalni, a drudzy to strażnicy Koranu, którzy chronią ich prawa w świetle wiary. Oni mają nadrzędną władzę. U nich prawem jest religia. Jeżeli ktoś w imię religii zezna, ze coś widział, to nawet nie potrzeba rzeczowego dowodu, bo to jest święte – wyjaśnia. Po rozmowach z prokuratorem wyszedł tłumacz. Przekazał, że trafią do więzienia, bo prokurator zmienił zdanie i… „żeby tam na siebie uważali”.

Kolejne tygodnie Polacy spędzili w więzieniu w Al-Chajma. – Z zewnątrz wygląda cywilizowanie. Sale widzeń, w których są przyjmowani konsulowie czy prawnicy są marmurach, z dywanami, skórzanymi kanapami, klimatyzacją. Natomiast w środku świat jest inny – zauważa Damian. Więźniowie zostali zamknięci w izolatkach 2x3m. Jak je opisują? – Brak światła, goła podłoga, pancerne drzwi, dziura w podłodze służąca za toaletę i umieszczony 15 cm nad podłogą kranik z wodą. Nie dano nam żadnych środków czystości. Rzucili nam koc i nic więcej. Spaliśmy się na podłodze. Ubrania mieliśmy tylko te, w których nas zatrzymano. To był nasz świat przez miesiąc i 1 tydzień – opowiada Damian. Ogromnym problemem było też jedzenie i picie. – Przez niewielką kratkę w drzwiach prosiliśmy przechodzących strażników o butelkę wody czy jedzenie. Nieraz po 8 godz. błagań dostali chleb – placek tortilli i małą butelkę wody. Dzielili to na wiele części, bo nie wiedzieli, kiedy będą mogli liczyć na kolejny posiłek. Jedynym pozytywnym aspektem w tej sytuacji było to, że ich cele znajdowały się vis a vis. Dzięki temu przez kraty mogli się zobaczyć.

Najgorsza była niepewność. – Nie mieliśmy możliwości wykonania ani jednego telefonu, więc przez pierwsze tygodnie zastanawialiśmy się, czy nasi bliscy wiedzą, gdzie jesteśmy. Co ważne, w Emiratach nie liczy się nazwisko. Posługują się imionami, więc wpisywano tylko nasze imiona. Nie byliśmy zatem pewni, czy nasze rodziny będą mogły nas odnaleźć – zaznacza łodzianin.

Przełomowy dzień

Po pięciu tygodniach pojawił się promień nadziei. – Strażnik przyniósł nam kartki, na których była informacja, ze rodzina wpłaciła nam pieniądze. To był dla nas sygnał, że nas znaleźli – głos Damiana się łamie. Z więzieniem skontaktował się konsul. W celach Polaków włączono światła. Łatwiej było im dostać jedzenie i wodę. Później przeniesiono ich do części ogólnej. – Wydawało nam się tam bardziej niebezpiecznie, ale tam dali nam pieniądze, za które kupowaliśmy jedzenie czy środki czystości. Mogliśmy też zadzwonić do rodziny – wspomina mężczyzna. Ci wiedzieli, że jest bardzo mała szansa obrony. Zostali pozostawieni z informacją, że najniższa kara – za którą de facto powinni dziękować – to 4 lata pozbawienia wolności.

– To była ruletka. Australijski profesor miał podobną historię. Zarzucono mu posiadanie narkotyków. W ciągu tygodnia skazano na 6 czy 7 lat. Obserwując takie sytuacje wiedzieliśmy, że może się wydarzyć wszystko – podkreśla Damian. Na kolejnej rozprawie usłyszeli wyrok. – Ja zostałem zwolniony, a mój przyjaciel miał zapłacić 10 tys. dirham kary finansowej. Nie wiemy, co się wydarzyło, z jakiej przyczyny zmieniła się nasza sytuacja, bo nasze zeznania się nie zmieniły. – nie kryje łodzianin.

Mimo wszystko byli pewni, że dopóki nie postawią stopy w Polsce, nie powinni się cieszyć. Wrócili do domu w czerwcu. – Z jednej strony jest radość. Z drugiej musimy się zmierzyć z tą traumą, którą przeszliśmy. Nadal jesteśmy poddawani leczeniu. Dwa razy byliśmy w szpitalu. Psychicznie też dochodzimy do siebie. Najważniejsze jednak, że jesteśmy wolni – nie ma wątpliwości Damian.

W listopadzie zobaczyli nagranie z apelem Artura. – Wszystko do nas wróciło. Wcześniej nie byliśmy w stanie nagłaśniać naszej sprawy. Po usłyszeniu historii mieliśmy jedną myśl: „Jak możemy mu pomóc?” – wyznaje Damian. Wstawił na swój profil społecznościowy informację, że chce się skontaktować z bliskimi dębiczanina. Już po 40 min. rozmawiał z Agatą Bonter. Od tego czasu wspólnie starają się szukać różnych rozwiązań, by uwolnić Artura. Nie chcą pozwolić, na to, żeby tam został. – Najważniejsze jest to, żeby Artur był wolny. Jeżeli uda się nam to osiągnąć, to myślę, że to będzie dla nas najlepsza terapia – wyznaje Damian.

– Niektórzy nie mogą uwierzyć w tą historię, argumentując, że wiele razy podróżowali do Emiratów Arabskich. Mój przyjaciel też wielokrotnie tam był – zaznacza mężczyzna. I dodaje: – Nam – z europejskim sposobem myślenia, prawem do obrony, domniemaniem niewinności, czy choćby świadomością, tego co może się stać to wydaje się nieprawdopodobne. A jednak poznaliśmy świat, który niestety jest prawdziwy i gdzie można być niewinnym, a mimo to resztę życia spędzić w więzieniu…

Wioletta Kruk

Leave a Reply

Your email address will not be published.