
SuperWywiad Z profesorem Jerzym Bralczykiem, wybitnym językoznawcą.
– Panie Profesorze, słuchając wypowiedzi polityków odnosi się wrażenie, że mówią jakby byli zaprogramowani. Z czego to wynika?
– W tej chwili pijarowcy i politycy poświęcają więcej czasu niż kiedyś na zwyczaje językowe. Zakłada się, że dobrze jest mówić szybko i głośno, przytłoczyć przeciwnika i nie dać słuchaczowi czasu na refleksje. To wszystko, łącznie z pewnym przywiązaniem do fraz, czyni tę komunikację trochę nieautentyczną. Ona była nieautentyczna także dawniej, ze względu na tzw. podwójne myślenie polegające na tym, że co innego się myśli, a co innego mówi. Nieautentyczna jest również dzisiaj, gdyż tak jak każdemu reklamodawcy chodzi o to, aby sprzedać produkt, tak teraz te przekazy mogłyby być redukowane. Wszystko zmierza do tego, aby przekazać pewne formuły i być skutecznym.
– Czym różni się obecny język polityków od tego, którym posługiwali się piętnaście czy dwadzieścia lat temu?
– Gdyby politycy byli bardziej oszczędni w słowach i odpowiadali na pytania: „tak”, „nie” lub „nie wiem”, to może na jakiś czas nasza scena polityczna uspokoiłaby się. Jeżeli mogę o cokolwiek apelować, to apelowałbym do polityków o powściągliwość i o to, aby ich wypowiedzi były jasne oraz proste. Tymczasem najczęściej nie chodzi o to, by udzielać odpowiedzi, tylko o to, aby zrobić dobre wrażenie. Tak było od zawsze. Tak było za czasów PRL-u, kiedy polityk musiał mówić w określony sposób szablonami. Tak też po części jest dzisiaj, kiedy polityk dostaje tzw. przekaz dnia, czyli sformułowanie, którego powinien używać jak najczęściej, aby zapadło w umysł elektoratu, czasem określanego jako suweren.
– Politycy mają tendencje do nagminnego używania zaimka „my” oraz „wy”. Słyszymy „my musimy, wy musicie”. Co ma to na celu?
– Częściej „my” niż „wy”, bo mówiąc „my” politycy czasem myślą o Polakach. Wtedy właśnie w jakimś stopniu uzurpują sobie prawo do wypowiadania się w imieniu większej grupy, narodu.
– Politycy często krzyczą „hańba”, „zdrada”, „anty-Polacy”. Czy wyrażenia te mają jeszcze dużą wartość?
– Jeżeli słowa, najbardziej poważne, powtarza się zbyt często, to zdecydowanie się one wycierają. Weźmy na przykład słowo „zbrodnia”. Kiedy ja słyszę, że wyrzucenie kogoś z pracy w czasach PRL-u było „zbrodnią komunistyczną”, to myślę sobie, czy słowo „zbrodnia” właściwie odczytuję? W moim języku to nie była „zbrodnia”. Podobnie z mówieniem, że gdy ktoś zginął w wypadku, jest poległym bohaterem. Takie określenie również nie odpowiada mojemu standardowi językowemu.
– W jakim celu używa się tak emocjonalnie nacechowanego języka?
– Mówi się tak, aby być wyraźniejszym. Słowa: „zdrada” i „hańba” mają być porażające oraz przerażające. Mnie te określenia nie przerażają specjalnie, ale osobę, która o nich mówi, może akurat przerażają (śmiech).
– Czym różni się język prawej strony politycznej od języka lewej strony?
– Mówienie o lewej stronie i prawej stronie języka jest w mniejszym stopniu usprawiedliwione. Bardzo wiele postulatów lewicowych jest realizowanych przez tych, którzy uważają się za prawicę, ale i odwrotnie. Mówiąc, odwołujemy się do pewnych wartości. Przykładowo prawica odwołuje się do tradycji, lewica do równości, natomiast liberałowie do wolności. Te podstawowe wartości przenikają do języka i nadają określone cechy całej naszej wypowiedzi.
– Konkretne słowa mają wpływ na to, do jakiej strony politycznej zaliczamy polityków?
– Dobrze by było, gdyby np. liberałowie nie tylko posługiwali się słowem wolność, ale też pokazywali tę wolność językiem, czyli dopuszczali wiele interpretacji, bo naturalnie im wolno. Byli pod tym względem liberalni, bo przecież są liberałami. Aby konserwatyści stosowali słowa dawne, i tu w jakimś stopniu można to zaobserwować. Często posługują się słowami patetycznymi, które bywają archaiczne.
– Jednak skoro prawica używa określeń „morderstwo na zlecenie” i „zabijanie dzieci”, a lewica „eutanazja” oraz „aborcja”, to jak społeczeństwo ma odczytywać intencje tak sprzeczne?
– Sygnały sprzeczne będą także wtedy, kiedy jedni powiedzą morderstwo, a drudzy zabieg. A aborcja nie jest ani morderstwem, ani zabiegiem. Wybór tych słów nie jest dokonywany tylko po to, aby precyzyjnie opisywać rzeczywistość, ale przede wszystkim, żeby określić jak najwyraźniej własny stosunek do tej rzeczywistości. Mówimy po to, aby nas identyfikowano, a nie tylko po to, aby o czymś opowiedzieć.
– Czy w czasach pełnych pośpiechu i innowacji mówienie w piękny i subtelny sposób nadal ma znaczenie?
– Oczywiście, że tak. Miało, ma i będzie miało zawsze. Dopóki są ludzie, którzy lubią słuchać innych, to jak najbardziej.
Prof. dr hab. Jerzy Bralczyk
Humanista, językoznawca, specjalista w zakresie języka mediów, reklamy i polityki. Członek, a zarazem wiceprzewodniczący Rady Języka Polskiego. Przedmiotem swoich prac objął retorykę, badania języka publicznego. Autor wielu programów radiowych oraz publikacji. Miłośnik starych wydań „Pana Tadeusza”. Prof. Bralczyk wygłosił w Rzeszowie wykład „Jak mówić, żeby nas słuchano?” w ramach cyklu wykładów pt. „Wielkie pytania w nauce”, organizowanych przez Wyższą Szkołę Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.
Rozmawiał Kamil Lech



One Response to "W polityce chodzi o to, by zrobić dobre wrażenie!"