Według największej niemieckiej kasy chorych, wskutek błędów popełnianych przez lekarzy co roku w Niemczech umiera ok. 19 tys. pacjentów, a 190 tys. doznaje uszczerbku na zdrowiu. Ile takich przypadków jest w Polsce, nikt nie wie, bo nikt u nas nie prowadzi takich statystyk. A przecież co kilka dni słyszymy w mediach o kolejnych przypadkach, ostatnio o śmierci bliźniaków, bo w szpitalu wojewódzkim(!), do którego zgłosiła się ciężarna, nie było w tym dniu lekarza, który zrobiłby USG i mógł przeprowadzić cesarskie cięcie.
Trudno jeszcze dywagować, co przyniesie dochodzenia prowadzone w tej sprawie przez prokuraturę, ministra zdrowia i rzecznika praw pacjenta, ale… W ubiegłym roku było kilka bulwersujących opinię publiczną przypadków śmierci dzieci (raz przyjazdu do dziecka odmówiło i pogotowie, i lekarz rodzinny, w drugim przypadku nie było czym szybko przewieźć dzieciaka do innego szpitala, bo procedury Lotniczego Pogotowia Ratunkowego nie przewidują takiego rozwiązania), w których śledztwo nie wskazało winnego. Podobnie może będzie i tym razem. Zawinił pewnie znowu system, a nie ludzie.
Specjalizacją o największym zagrożeniu błędem jest chirurgia (29 proc.). Najczęstsze pomyłki to zabieg na niewłaściwym pacjencie, uszkodzenie organów znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie operowanego miejsca, operacja narządu po odwrotnej stronie, pozostawione ciało obce, oparzenia sprzętem lub środkami chemicznymi. Dalej w tym rankingu ryzyka plasuje się ginekologia i położnictwo (22 proc.), potem ortopedia (21 proc.). Tylko 20 proc. nieszczęść następuje z winy sprzętu, 80 proc. to wina człowieka. Ale nie błąd. To słowo nie istnieje w kodeksie etyki lekarskiej. Jest – zdarzenie niepożądane. Zgłoszeń takowych zdarzeń wpływa do Biura Rzecznika Praw Pacjenta coraz więcej, w 2011 było ich 36 tys., w 2012 roku już 60 tys. Listy ze skargami napływają też do Stowarzyszenia Pacjentów Primum Non Nocere. Pani Marta H. z Warszawy pisze np.: „Syna skierowano do szpitala z powodu braku prawego jądra w mosznie. Po operacji okazało się, że jądra nadal nie ma, a zoperowano jądro lewe”. Anna G. z Prudnika: „Mąż zgłosił się z bólem klatki piersiowej i drętwiejącą lewą ręką. Stwierdzono, że to kręgosłup, nie robiąc nawet EKG. Następnego dnia zmarł na zawał serca”. Matka Pawła z Gorzowa Wielkopolskiego, który trafił na zwykły zabieg hemoroidów: „Lekarze znieczulili go od pasa w dół, spryskali krocze chlorkiem etylu, wyciągnęli skalpel elektryczny i… wyszli z sali. Nagle chlorek zapalił się od rozgrzanego skalpela i Paweł zaczął płonąć. Spaliło się krocze i pośladki. Tygodniami leżał w pampersie – młody, zdrowy chłopak. Od tamtej pory jest bezpłodny i oszpecony, nie pójdzie nawet na basen”.
Pacjenci w takich przypadkach próbują walczyć o odszkodowania. Jednak to droga przez mękę. Przykładem jest przypadek chłopca, który doznał uszczerbku w wypadku samochodowym wraz z całą swoją rodziną. Każdy z poszkodowanych: ojciec, matka i starszy brat chłopca – zostali rozwiezieni do różnych szpitali. Trzylatek trafił do szpitala, w którym lekarz zrobił mu prześwietlenie kręgosłupa szyjnego. Rano dziecko przestało jednak poruszać nogami. Okazało się, że miał złamany kręgosłup lędźwiowy, który w nocy uległ przemieszczeniu i przerwany został rdzeń kręgowy. Rodzice wnieśli do sądu pozew o odszkodowanie i rentę. Sprawa toczyła się kilka lat. O ile pierwsi biegli nie mieli wątpliwości, że doszło do błędu diagnozy i że wcześniej przeprowadzona operacja uchroniłaby chłopca od paraliżu, to inny zespół biegłych uznał, że lekarze, którzy prowadzili obserwację chłopca po wypadku, nie mieli obowiązku wykonania prześwietlenia całego kręgosłupa, więc roszczenie jest bezzasadne. Pozew został oddalony, a sąd dobrodusznie nie obciążył dziecka, w imieniu którego występowali rodzice, kosztami sądowymi!
Anna Moraniec


