
SuperWywiad Z ANDRZEJEM GONDKIEM, ultramaratończykiem ze Stalowej Woli.
– Yukon Arctic Ultra, morderczy ultramaraton w Kanadzie, wiodący starym szlakiem poszukiwaczy złota, zakończył się dla Pana po pierwszej dobie. Do tej pory zdobywał Pan wszystkie biegowe cele. Czyżby zabrakło pokory przed srogą kanadyjską zimą? Pierwsza przegrana bardzo boli?
– Pokory mi nie zbrakło. Nie mam też odczucia przegranej, choć przyznaję, że warunki były ekstremalnie trudne. Jak się jest tam na miejscu, to minus 35 czy minus 40 stopni Celsjusza jest zupełnie inaczej odczuwalne, niż by się mogło stąd wydawać. Nie pokonała mnie zima, mróz czy dystans, a pokonała mnie kontuzja. Tak naprawdę decyzja, którą podjąłem, schodząc z trasy, była adekwatna do sytuacji i miejsca. Gdybym postąpił inaczej, ryzykowałbym utratą zdrowia czy wręcz życia. Na traperskiej trasie Yukonu nie ma żartów.
– Po miesiącach wyrzeczeń i treningów można zrozumieć rozterki przed tą decyzją. Na pewno była ona z tych rodzaju męskiego. Czy jednak ta decyzja nie przyszła za późno? Trzy tygodnie przed startem w Yukon Arctic Ultra miał Pan wypadek w Tatrach. Warto było ryzykować wyjazd na inny kontynent ze złamanym czy choćby pękniętym żebrem?
– Po tym wypadku ewentualny start konsultowałem z kilkoma lekarzami i opinie ich były różne. Jedni mówili, że absolutnie nie, inni, że żebro się zagoi. Za wcześnie po tym wypadku wyszedłem na trening i znów wylądowałem u lekarzy. Wtedy dowiedziałem się, że żebro jest złamane, a nie tylko stłuczone. Miałem wtedy dzień zawahania, ale podjąłem decyzję o starcie. Nie żałuję tej decyzji, bo miałem okazję pojechać, powalczyć, a przede wszystkim zobaczyć, jak to jest. To doświadczenie przyda mi się już za rok. Dlatego decyzję o starcie oceniam pozytywnie. Startując, byłem świadomy, że może dojść do kryzysowego momentu i będę się musiał wycofać. Jedyne czego nie przewidziałem, to sanie, na których się ciągnie swój ekwipunek potrzebny do przeżycia 13 dni na zimowym bezludziu. One czekały na mnie w Kanadzie. Zakładałem, że główny pas łączący mnie z saniami będzie pasem biodrowym. On natomiast biegł idealnie po dolnej linii żeber. Z każdym kilometrem, a później już z każdym krokiem dewastował moje obolałe żebra. Na pierwszym punkcie kontrolnym musiałem podjąć decyzję. Była bardzo trudna, bo… przewodziłem stawce biegaczy. Jednak przede mną była noc z temperaturą poniżej minus 35 stopni, a wtedy jest zasada, że trzeba iść, żeby zwyczajnie nie zamarznąć. Może uszedłbym 10, może 20 kilometrów, ale i tak musiałbym się zatrzymać. Byłbym sam w nocy na ogromnych przestrzeniach, w środku lasu. Ryzykowałem co najmniej ciężkimi odmrożeniami.
– W poprzedniej edycji YAU Michał Kiełbasiński z Łodzi omalże nie stracił kończyn przez takie właśnie ryzykowne zachowanie.
– Wiedziałem, gdzie on popełnił błędy. Ja ich uniknąłem.
– A sama trasa. Czym Pana zaskoczyła?
– Na Jukonie jest beznadziejnie nudno. Biało, biało i jeszcze raz biało.
– Dlaczego nie wybrał Pan krótszego biegu, tylko od razu 430 mil, czyli 700 km? Przecież w tym „maratonie dla zimnych drani” są krótsze dystanse.
– Jak już się porywać na wyjazd w inną część świata, to warto iść na całego. Ja specjalizuję się w biegach długodystansowych, ekstremalnych biegach ultra. Staram sobie układać cele tak, by były ciekawe sportowo i wytrzymałościowo. Rok wcześniej już się zapisałem, ale gdy okazało się, że najdłuższym dystansem jest 300 mil, zrezygnowałem i teraz zaatakowałem 430 mil. Bo najdłuższy bieg na YAU organizowany jest co dwa lata.
– Przydałaby się próba z Antarktydy, którą pokonał pan w ramach 4Deserts?
– Tam było tylko 250 km i był to dobry sprawdzian, ale dla sprzętu. Biegaliśmy jakiś odcinek każdego dnia, a na noc zwożono nas na statek i dawano ciepły posiłek. Yucon to można powiedzieć bieg jednoetapowy, gdzie po linii startu jest linia mety odległa o maksymalnie 13 przepisowych dni. Zawodnik podejmuje decyzję, czy dziennie biegnie 40 czy 80 km. Tylko on decyduje gdzie i o której się zatrzyma, by zorganizować sobie biwak. Są zawodnicy, którzy biegną przez całą noc, bo jest niska temperatura, a w dzień łapią krótką drzemkę, po której ruszają dalej. Inaczej się biegnie z wiedzą, że meta jest tu i tu, a inaczej, gdy meta jest bliżej nieokreślona. W takim biegu jest bardzo dużo zmiennych, które na bieżąco trzeba analizować i weryfikować. Mózg przez cały bieg musi być niezamarzającym komputerem. Jakakolwiek jego usterka może grozić życiu biegacza.
– Przebiegł Pan kilka pustyń. Jako pierwszy z Polaków dobiegł Pan do mety 4Deserts, a był to bieg przez cztery skrajnie różne pustynie – Saharę, Gobi, Atacamę, Antarktydę – i po 250 km na każdej. Zdarzały się jakieś niebezpieczeństwa?
– Bywały, ale największe niebezpieczeństwo tkwi w organizmie biegacza. To zazwyczaj nie przebija się przez komunikaty zawodów, ale wręcz powszechne są skrajne odwodnienia. Człowiek nie zdaje wtedy sobie sprawy z tego gdzie jest i co robi. Gwałtowana utrata elektrolitów może powodować m.in. zaburzenia pracy serca. Ze względu na bieganie po górach i kamieniach bardzo częste są uszkodzenia stawów skokowych i kolanowych, złamania. Z biegu mogą wyeliminować odciski, a dość częstą przypadłością jest zwykła, wydawałoby się, biegunka. Jest ona zazwyczaj początkiem odwadniania organizmu i zawodnik powinien wtedy wiedzieć, że została mu maksymalnie doba biegu.
– O czym się myśli, biegnąc przez kilkanaście dni po pustyni?
– W biegach długodystansowych o sukcesie decyduje nie tyle przygotowanie fizyczne, co mentalne. 65 proc. sukcesu to głowa. Trzeba mieć o czym myśleć i zająć czymś głowę. Mówimy, że głowa powinna biec obok ciała i nie odbierać negatywnych bodźców; że jest gorąco, że chce się pić, że narasta zmęczenie, bolą stawy i mięśnie. Trzeba umieć odcinać te negatywne bodźce, które mogłyby zdewastować naszą psychikę. Każdy ma tu inną technikę. Można oczywiście myśleć o sprawach dnia codziennego, które zostały w kraju. Warto prowadzić jakąś rywalizację wewnętrzną, czyli wyznaczać sobie krótsze cele, pośrednie, które by motywowały w danej chwili. Meta jest daleko, gdzieś na setnym czy dwusetnym kilometrze. Mówię sobie wtedy: gdy dobiegnę do tej większej wydmy, to wezmę dwa łyki wody, albo ugryzę batona. To forma gry i zabawy z samym sobą. Bardzo motywuje też świadomość, że na mecie są najbliżsi. A właściwie to wyobrażam sobie ich tam obecność. Dobrze jest też przeformatować ustawienia zegarka, z którym się biegnie, żeby podawał czas i tętno, nie co kilometr, ale co pięć. To takie małe sztuczki, którymi próbujemy oszukać głowę.
– Co dojrzałego mężczyznę ciągnie do biegania?
– To moja pasja i przygoda, a przy okazji pozwala prowadzić zdrowy tryb życia. Ważne dla mnie jest również to, że nie jestem dla dzieci tatą z rodzaju tych, którzy aktywizują się sportowo przez oglądanie piłki w telewizji. Niezależnie od wieku można sobie stawiać cele mniej lub bardziej ambitne i je realizować. Czasami nie jest najważniejsze osiągnięcie celu, a przebycie drogi do niego. Przykładem mój start w Yukonie. W sporcie, jak w życiu, nie ma nic na skróty; gdy chcesz coś osiągnąć musisz ciężko pracować i takie wartości chciałbym swoim dzieciom przekazywać. Ponadto mogę też poznawać takie miejsca na świecie, do których żadne biuro turystyczne by mnie nie dowiozło. Samo bieganie po pustyni to jedno, ale ciężki trening i życiowy reżim też coś znaczą. Nie mogę podczas przygotowań na wiele sobie pozwolić, więc sam wyjazd na pustynię jest już nagrodą za wcześniejsze wyrzeczenia. To czasami uczucie podobne do zwycięstwa w biegu.
– Kibicuje Pan jeszcze jakiejś drużynie koszykówki?
– Z koszykówką ostatecznie rozbrat wziąłem po studiach. AWF ukończyłem z tytułem trenera drugiej klasy piłki koszykowej. Od czasu do czasu patrzę jak sobie radzi Rosa Radom, bo trenuje ją Wojtek „Kamyk” Kamiński, mój kolega z parkietu w Stali Stalowa Wola. Ze względu na swego syna, który trenuje w szkółce warszawskiej Barcelony, bardzo chętnie oglądam piłkę nożną. Najchętniej ligę angielską lub hiszpańską, ale zaznaczam, że na telewizję mam bardzo niewiele czasu.
– Wraca pan na Yukon?
– Oczywiście. Wracam i to podwójnie. Za rok polecę do Kanady, żeby przebiec 300 mil (500 km) i potraktuję to jako kontynuację zdobywania doświadczeń. Za dwa lata postawię sobie cel dalszy, czyli 430 mil. Przygotowania pod Yukon AU już rozpocząłem. Po drodze w sierpniu wystartuję w biegu Po Grani Tatr (80 km), we wrześniu w biegu górskim Trans Alpine (265 km) w Alpach. Na miesiąc przed wyjazdem czeka mnie jeszcze Ełcka Zmarzlina (100 km), która będzie ostatnim szlifem.
Rozmawiał Jerzy Mielniczuk
ANDRZEJ GONDEK urodził się 43 lata temu w Stalowej Woli, jest absolwentem AWF Poznań, menadżerem. Zdobył Koronę Maratonów Polskich, przebiegł Maraton Piasków na Saharze, po którym napisał książkę „Granice są w nas”, będącą podręcznikiem dla długodystansowców. W 2014 r. przebiegł cztery pustynie w ramach 4Deserts i jako pierwszy Polak zdobył Wielkiego Pustynnego Szlema. Yukon Arctic Ultra, który wiedzie starym szlakiem poszukiwaczy złota, nie pokonał jeszcze żaden Polak.



One Response to "W sporcie jak w życiu, nie ma drogi na skróty"