W Stali jak w ekstraklasie

Fot. Paweł Dubiel
Fot. Paweł Dubiel

Rozmowa z JULIENEM TADROWSKIM, obrońcą Stali Rzeszów.

Wychowanek renomowanej akademii piłkarskiej francuskiego Lille OSC dwa tygodnie temu podpisał kontrakt z biało-niebieskimi. Z Hetmańską związał się aż 3-letnią umową z opcją przedłużenia o kolejny rok, bo, jak sam przyznaje, klub zaskoczył go rzadko spotykanym na tym poziomie profesjonalizmem. Super Nowościom 25-latek urodzony w Roncq niedaleko granicy z Belgią, opowiada o polsko-francuskich korzeniach, prezentach od Edena Hazarda i… jeździe zimą na letnich oponach po niemieckiej autostradzie.

– Pogratulował pan Benjaminowi Pavardowi tytułu mistrza świata?
– Oczywiście! To mój kolega z czasów gry w grupach młodzieżowych w Lille. Napisałem do niego wiadomość na Instagramie. Podziękował i życzył mi powodzenia.

– Nie zdradził przypadkiem nic na temat doniesień o swoim transferze do Bayernu Monachium?
– Niestety, nie (śmiech), ale wydaje mi się, że rzeczywiście niedługo zostanie kolegą Roberta Lewandowskiego. Benjamin jest swoją drogą idealnym przykładem tego, jak zaskakująca potrafi być piłka nożna. Możesz szybko wejść na szczyt, ale również błyskawicznie spaść. I na odwrót. Jeszcze dwa lata temu grał w II Bundeslidze, a dziś jest mistrzem świata! Niesamowite!

– Pan wychował się na pamiętnym sukcesie Trójkolorowych w 1998 r.
– Miałem wówczas zaledwie pięć lat, ale do dziś doskonale pamiętam ten dzień. W zasadzie wtedy zdecydowałem, że chcę poświęcić się futbolowi, choć tata i kuzyn grali w piłkę ręczną. Bramki Zinedine’a Zidane’a i Emmanuela Petita w finale z Brazylią – to ciągle we mnie tkwi. Oglądaliśmy finałowy mecz razem z rodzicami u dziadków, a po wszystkim biegaliśmy na ulicy z kolegami za piłką do 2 w nocy pośród cieszących się ludzi.

– Historia się powtórzyła. Francja znów sięgnęła po złoto, a pan kilku piłkarzy tej reprezentacji zna. Nie przeszło panu przez myśl, „cholera, mogłem tam być i ja”?
– Ani przez moment tak nie pomyślałem, bo staram się do życia podchodzić zdroworozsądkowo. Co do kolegów z boiska: jak już wspominałem, znam się z Pavardem, a nieraz grałem przeciwko Raphaëlowi Varane’owi (Real Madryt), Paulowi Pogbie (Manchester United) czy Samuelowi Umtiti (FC Barcelona). Z juniorskiej kadry Lille znam też m.in. Lucasa Digne (FC Barcelona), Divocka Origi (FC Liverpool) czy Nabila Bentaleba (Schalke 04). Trenowałem też z Edenem Hazardem.

– No właśnie, lider reprezentacji Belgii to też wychowanek Lille. Ponoć miał gest?
– Co chwilę dzięki kontraktom sponsorskim otrzymywał obuwie i ciuchy. Miał rozmiar buta 40,5, a ja 41, więc korki czasem były na mnie delikatnie za małe (śmiech), ale przynajmniej prawie co miesiąc dostawałem od niego dwie pary z nowej kolekcji. Z innymi kolegami dzielił się dresami czy koszulkami.

Julien Tadrowski (drugi od prawej w dolnym rzędzie) w reprezentacji Polski U-21. Grał m.in. z Arkadiuszem Milikiem i Marcinem Kamińskim. Fot. Archiwum prywatne Juliena Tadrowskiego
Julien Tadrowski (drugi od prawej w dolnym rzędzie) w reprezentacji Polski U-21. Grał m.in. z Arkadiuszem Milikiem i Marcinem Kamińskim. Fot. Archiwum prywatne Juliena Tadrowskiego

– Polscy kibice pewnie pamiętają jeszcze takiego gościa jak Ludovic Obraniak. Z nim też się pan spotkał?
– Dosłownie dwa lub trzy razy trenowałem z pierwszą drużyną, więc tak. Natomiast nawet nie rozmawialiśmy, tylko wszystko odbywało się na zasadzie „cześć i do widzenia”.

– Spędził pan w Lille 10 lat. To wyjątkowe miejsce, bo co chwilę wysyła w świat prawdzie piłkarskie perełki. W czym tkwi sukces?
– Kluczem są system organizacyjny i świetni trenerzy, to wszystko składa się na mentalność klubu, który stawia na młodzież. Lille nie dysponowało budżetem 200 milinów euro, pozwalającym kupować świetnych piłkarzy, tylko bazowało na szkółce. Młodzi zawodnicy od 10. roku życia spokojnie łączyli naukę w szkole z treningami, nikt nie musiał rezygnować z edukacji w imię kariery. Ostatnio trochę się tam pozmieniało, bo przyszedł nowy prezes.

– Rodzice są Polakami, ale pan urodził się już nad Sekwaną.
– Mam polskie i francuskie obywatelstwo. Dziadek od strony taty po II wojnie światowej wyemigrował do Francji i pracował jako mechanik, prowadził warsztat Peugeota. Co ciekawe, języka polskiego zacząłem się uczyć w zasadzie dopiero po przyjeździe na kadrę młodzieżową. Wcześniej miałem z nim styczność głównie na wakacjach u babci. Szybko zacząłem jednak pytać taty, czy będę mógł grać z orzełkiem na piersi. Kiedy miałem 16 lat, tata zadzwonił do wujka z Poznania, a ten do PZPN-u. Udało się skontaktować z ówczesnym trenerem U-17 Władysławem Żmudą, który zaprosił mnie na zgrupowanie do Warszawy pod warunkiem, że dojadę na własny koszt.

– Tę podróż zapamięta pan chyba na długo?
– Był listopad albo grudzień, podróżowaliśmy z tatą z Lille samochodem. W połowie drogi w Niemczech dopadła nas zima. Śnieg sypał tak, że mieliśmy przerażenie w oczach, bo jechaliśmy na… letnich oponach. Toczyliśmy się przestraszeni autostradą 30 km/h, a obok wszyscy tylko nas mijali. Zdecydowaliśmy się zawrócić. Na szczęście byłem dobrym uczniem w szkole, więc rodzice powiedzieli, że mi pomogą finansowo i zapłacą za dotarcie w inny sposób. Została już tylko droga lotnicza, a samolot z dnia na dzień kosztował w sumie dla dla nas dwojga aż tysiąc euro. Tata głęboko sięgnął do portfela, ale udało się dotrzeć.

– W młodzieżówce spotkał pan kilku obecnych reprezentantów Polski: Arkadiusza Milika, Piotra Zielińskiego czy Bartka Bereszyńskiego.
– Po Arku widać było, że ma to coś, bo wyróżniał się na tle starszego rocznika. Zapytałem się go, gdzie gra, a że z polskiej ekstraklasy znałem wówczas tylko Legię Warszawa, Lecha Poznań i Wisłę Kraków, to nazwa Górnik Zabrze niewiele mi mówiła, a on podpisał właśnie tam kontrakt. Mówiłem mu, że powinien przyjechać na testy do Lille, bo spokojnie by sobie poradził.

Centrum treningowe OSC Lille Ground 'Domaine de Luchin'v. W takich fenomenalnych warunkach dorastają młodzi piłkarze.
Centrum treningowe OSC Lille Ground ‚Domaine de Luchin’v. W takich fenomenalnych warunkach dorastają młodzi piłkarze.

– Nie chcę pytać, co poszło nie tak, bo takie historie nigdy nie są jednowymiarowe, ale bądź co bądź wylądował pan w 3. lidze, wiążąc się ze Stalą długą umową. Co przekonało pana do przenosin do Rzeszowa?
– Przede wszystkim to, że Stal nie chce budować drużyny na pół roku, tylko myśli przyszłościowo. Tylko wtedy ma to sens, kiedy ludzie dobrze się znają. Co równie ważne, mam rodzinę, jestem ojcem, muszę myśleć o spokojnym bycie swoich bliskich.

– Mamy tu jednak do czynienia z prawdziwym personalnym trzęsieniem ziemi. Uczestniczył pan kiedyś w podobnym projekcie?
– Nie, to mój pierwszy raz (śmiech). Zostało kilka tygodni, żeby się poznać na boisku i poza nim. Spędzamy w klubie czas od rana do wieczora. To musi zaprocentować, choć zdajemy sobie sprawę, że przy tak poważnych zmianach niekoniecznie od samego początku wszystko będzie wyglądać imponująco.

– Biało-niebiescy mają podobne aspiracje jak Motor Lublin, czyli klub, w którym ostatnio pan występował.
– Cele są niemal tożsame, ale zobaczymy, jak wyjdzie. Nikt z nas przecież nie obieca awansu. Wydaje mi się jednak, że pompowanie przysłowiowego balonu i ciągłe napinanie na sukces może przynieść tylko odwrotny skutek. Trener Arkadiusz Onyszko powtarzał nam w Lublinie, że nieustanne mówienie: „macie zrobić awans” potrafi tylko psychicznie wykończyć człowieka. Straszenie: „jak się nie uda, to kibice będę wkurzeni” czy „miasto nie da pieniędzy” mija się z celem.

– Co innego, gdyby w takiej lidze noga powinęła się np. Barcelonie.
– Coś mi się wydaje, że na paru boiskach nawet słynna Barcelona miałaby nie lada problemy (śmiech).

– Zadebiutował pan w ekstraklasie w barwach Pogoni Szczecin, sporo pograł też na jej zapleczu w Arce Gdynia czy Widzewie Łódź. Inaczej miało to chyba jednak wyglądać?
– W pewnym momencie wszystko naraz spadło mi na głowę. Dopadła mnie kontuzja, Widzew zbankrutował, w Pogoni trener mnie chciał, ale prezesi rok przed upływem kontraktu starali się go rozwiązać. Jakby tego było mało, zrezygnował ze mnie mój meneger, a w znalezieniu samemu klubu w Polsce zaraz po przerwie związanej z urazem… ehh życzę powodzenia (śmiech). Pojawiło się kilka propozycji z I ligi czy ekstraklasy, ale oferowali takie pieniądze, że nie stać by mnie było na wynajęcie mieszkania. I proszę nie traktować tego w formie żartu! Wówczas też dowiedziałem się, że żona jest w ciąży. Tym bardziej trzeba było stanąć na nogi!

image7

– Wtedy przyszła ta egzotyczna oferta?
– Kilka miesięcy później. Dostałem propozycję od trenera Bogusława Baniaka (w latach 90. dwukrotnie prowadził Stal Rzeszów – red.), który potrzebował asystenta tłumacza w… Burkina Faso. Zapewniali wszystko, łącznie z mieszkaniem, i dawali bardzo dobre pieniądze. Kiedy wstępnie się zgodziłem, okazało się, że nagle kontrakt uległ znacznemu obniżeniu (śmiech). Sprawa rozwiązała się więc sama, tym bardziej że spodziewaliśmy się z żoną dziecka.

– Jaki na boisku jest Julien Tadrowski? Kilka czerwonych kartek ma pan już na swoim koncie. W Internecie krąży zaś filmik ze starcia z Hakanem Carhanoglu w meczu młodzieżowej kadry.
– Oj, zmieniłem się. Dużo nad sobą pracowałem, choć dalej jestem takim złym Julkiem, kiedy coś nie wychodzi lub sędzia się myli. Na pewno lepiej panuję już nad emocjami, choć najwięcej żółtych kartek dostałem do tej pory za… gadanie. Kiedyś za faule, dziś za dyskusje (śmiech). W ubiegłym sezonie na jakieś 10 „żółtek”, 7 było za rozmowy z sędzią Mam nadzieję, że w moim przypadku stwierdzenie: im starszy, tym mądrzejszy, albo spokojniejszy się sprawdzi.

– Rodzina przeprowadza się razem z panem do Rzeszowa?
– Tak, żona zawsze jest ze mną, niezależnie od miejsca, w którym gram. Ostatnio nawet sobie ze mnie żartuje, że w Stali jest tak samo jak w ekstraklasie, jeśli nie gorzej (śmiech). Bywa że w klubie jestem od godz. 8.30, a wracam o 21. Do tego dochodzą obozy. Między zajęciami mam zazwyczaj godzinę, żeby zobaczyć się z nią i synem. Ale nie narzekam, bo lubię być w klubie, czuć profesjonalizm. Dlatego też zdecydowałem się podpisać kontrakt ze Stalą, choć miałem inne oferty. Standardy są zbliżone do ekstraklasy, choć to… 3. liga.

– Syn pójdzie w ślady taty?
– Alexander ma 2,5 roku, więc jeszcze nie planujemy mu przyszłości, ale jest chłopak bardzo dynamiczny. Koledzy z drużyny już się śmieją, że jest tak samo szybki jak ja. Sam zdecyduje, co będzie w życiu robił, ale jeśli tylko zechce grać w piłkę, to mu pomogę, bo to kapitalna przygoda. Nie ma nic lepszego, kiedy możesz żyć z czegoś, co sprawia ci przyjemność. Nawet mimo trudnych chwil.

– To na koniec muszę zapytać o korki w stolicy Podkarpacia. Lepiej u nas niż w Lublinie?
– Nie wiem czy nie gorzej niż w Warszawie (śmiech)!!! Jak przyjechałem do Rzeszowa pierwszy raz, to złapałem się za głowę. Szczególnie ok. 15 robi się tragicznie. W Lublinie komunikacja jest akurat dużym plusem, nawet mimo sporej liczy samochodów.

Rozmawiał TOMASZ CZARNOTA

image5

4 Responses to "W Stali jak w ekstraklasie"

Leave a Reply

Your email address will not be published.