
Kto miał w życiu tę wielką przyjemność i poznał Jana Miszczaka oraz miał okazję zamienić z nim kilka słów, ten już może być zadowolony, że rozmawiał z dziennikarską legendą, ba – wręcz ikoną dziennikarstwa. A niektórzy mieli znacznie więcej szczęścia, bo przyszło im pod okiem Jana pracować, uczyć się, albo ot tak, po koleżeńsku poznać i wypić z nim czasem kawę, czy nawet coś mocniejszego i po prostu pogadać. Bo pogadać z Jankiem można o wszystkim: od tego, gdzie na Zielonym Rynku najlepsze pomidory mają, poprzez aktualną sytuację polityczną w Polsce i gdzieś dalej też i co tam się ambitniejszego wśród nowych książek pojawiło, a skończywszy na anegdotach z życia dziennikarskiego i niedziennikarskiego. Ale w sumie skończyć to gadanie jest trudno, bo Janek to taki rozmówca, że ma się owo gadanie i przede wszystkim słuchanie go ochotę kontynuować, a nie kończyć.
Do tego wszystkiego dołóżmy jeszcze piękny głos Miszczaka, staranne wymawianie wyrazów i nienaganną dykcję. No i te maniery: bardzo dobre, a myszką nie trącą, wyszukane, ale bez cienia sztuczności, niewyuczone – widać, że z mlekiem matki wyssane. Trudno się zatem dziwić, że Jan otoczony jest zwykle ludźmi, ale jakoś tak umie zrobić, że do każdego się uśmiechnie, każdemu znajomemu ukłoni, nikomu nie uchybi i jeszcze wywoła u człowieka serdeczny uśmiech, nawet w pochmurny i całkiem beznadziejny dzień. Bo to Miszczak jest i on tak już ma.
Choć większość w Przemyślu z Jana Miszczaka zna bodaj z widzenia, a poza swoim rodzinnym miastem też anonimowy nie jest, to jednak dla porządku przypomnimy w telegraficznym skrócie (bo na szczegóły miejsca by brakło) jego zawodowy życiorys. Otóż J. Miszczak, choć absolutnie na tyle nie wygląda, liczy sobie 77 lat. Ukończył Uniwersytet Jagielloński na wydziałach prawa i dziennikarstwa. W zawodzie dziennikarza zadebiutował w tygodniku „Życie Przemyskie”, potem roku ’89 zeszłego wieku „przeszedł” do należących wówczas do tego samego wydawcy „Nowin”, z którymi jeszcze do niedawna – ale o tym za chwilę – współpracował. Na ich łamach, jak to określa „popełnił” 2,7 tys. felietonów z cyklu „Zza kratek” oraz niepoliczoną na razie ilość „Do góry dnem”. Część „Zza kratek” wydano w książce zatytułowanej „Wpadki i wypadki”. Jan ma też na koncie prawie 30 filmów dokumentalnych, m.in. promujących piękno Podkarpacia. W 2008 roku zdobył zaszczytny tytuł Dziennikarza Roku za reportaż pt. „Pan Zenek w dwóch postaciach”, który ukazał się na łamach „Nowin”, a następnie został przedrukowany przez tygodnik „Angora” i uznany za najlepszy w Polsce. J. Miszczak wykładał też prawo prasowe i etykę dziennikarską w Państwowej Wyższej Szkole Wschodnioeuropejskiej w Przemyślu.
Warto też wspomnieć, że przez 32 lata Jan Miszczak był korespondentem Polskiej Agencji Prasowej. Przestał nim być w dość, rzec można, żenujących okolicznościach. Mianowicie był rok 2007 i Polską po raz pierwszy rządził PiS z poprzednimi „przystawkami”, czyli Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną. Miszczak napisał relację z przebiegu uroczystości Bożego Ciała w Przemyślu, które prowadził ówczesny metropolita przemyski abp Józef Michalik, wówczas przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski. Duchowny ów nie stronił od politykowania i dał temu upust także podczas tamtej homilii. Jan Miszczak zacytował hierarchę „słowo w słowo”, ale mimo to jego materiał nie spodobał się ówczesnej władzy i Miszczaka z pracy w PAP-ie zwolniono. To wydarzenie było szeroko komentowane w środowisku dziennikarskim, ale Jan Miszczak specjalnie nie „płakał”. Nadal przecież pisał to co chciał i był w „Nowinach”.
To „nadal” skończyło się dosłownie kilka dni temu. Po tym jak, należące wcześniej do grupy Polska Press „Nowiny”, tak jak wiele innych regionalnych mediów, przejął PKN Orlen Daniela Obajtka, czyli po prostu przejął PiS, nowym redaktorem naczelnym gazety został młody dziennikarz. A Janek Miszczak, jak zwykle przygotował swój felieton i przesłał do redakcji w Rzeszowie. Felieton z pewnością nie był z gatunku tych sławiących pana prezesa Daniela Obajtka – fakt. Jednak Miszczak raczej nie spodziewał się, że młody redaktor naczelny gazety, w której przemyślanin pół życia przepracował napisze w takim tonie: – Niestety, postanowiłem zakończyć z Panem współpracę, ponieważ jako redaktor naczelny nie mogę pozwolić na to, by dziennikarz czy publicysta podważał zaufanie do gazety, dla której pisze – napisał w mailu do Miszczaka. Ten odpisał na to, jak zawsze celnie i bez zbędnych „ozdobników”: – (…) Zarzut o „podważaniu zaufania do redakcji” szczerze mnie rozbawił, gdyż doskonale rozumiem, dlaczego zerwał Pan współpracę, która w tej sytuacji byłaby dla mnie poniżająca. Łączę pozdrowienia.
Tak oto historia z PAP-em sprzed 14 lat zatoczyła koło, a Jan Miszczak już nie współpracuje z „Nowinami”. Na tym nowy redaktor naczelny tej gazety jednak nie chciał zakończyć i na swoim facebookowym profilu umieścił wpis o tym, że Miszczak „podkopywał” redakcję, w której sam pracował.
Cóż, Jan uśmiechnął się na to wszystko do świata: swego 17- miesięcznego wnuka, do psów swej córki, które go uwielbiają, do słońca, do maja, a na koniec do …komputera. Bo przecież trzeba było zabrać się do pisania kolejnego felietonu, który ukaże się w podkarpackiej gazecie – w „Super Nowościach”, których Jan Miszczak jest od kilku dni stałym współpracownikiem. Jan ma tu bliższych i dalszych znajomych, a także to co mieć kocha – niezależność i swobodę wyrażania swoich myśli i odczuć. Wiernych Czytelników tekstów Janka Miszczaka zapraszamy do lektury!
– Miło powitać w naszym redakcyjnym gronie Janie!
– Dziękuję i cieszę się, że pracujemy razem.
– Zapytam trochę brutalnie może, ale wprost: ten felieton to był taki test na to, jak zareaguje naczelny z nowego „nadania”?
– Nie patrzyłem na to, jak na jakiś test. Po prostu napisałem tak, jak czułem, ale owszem spodziewałem się, że tekst może nie wywołać entuzjazmu u nowego naczelnego (śmiech).
– A tego, że reakcja będzie tak bardzo radykalna też się spodziewałeś?
– Hmmm, przyznam, że nie spodziewałem się odpowiedzi w takim tonie. Choć nie czuję się mężczyzną starej daty…(uśmiech).
– Dojrzały wiek ma swoje zalety…Na przykład doświadczenie. Wychowałeś sporo dziennikarzy, zarówno jako wykładowca, jak i kolega po fachu i jako szef. Co powiesz o obecnej sytuacji dziennikarzy w mediach wykupionych przez PKN Orlen?
– Trudno im zazdrościć i można raczej współczuć. Kiedy pojawiła się informacja, że PKN Orlen wykupił Polska Press miałem okazję rozmawiać z moimi koleżankami i kolegami z mediów skupionych w tej grupie. Była ogromna niepewność, co będzie w sensie organizacyjnym, ale także w kwestii tego, jak bardzo nowy właściciel będzie wymagał kreowania rzeczywistości i wychwalania władzy. To były bardzo przygnębiające rozmowy, których szczegółów, ze względu na bezpieczeństwo moich rozmówców, nie podam…
– A jakie będą te wymagania Twoim zdaniem? Niektórzy bowiem uważają, że w lokalnych mediach władza pójdzie w kierunku subtelniejszego sugerowania Czytelnikom, za co powinni kochać władzę, a inni, że tak jak w mediach rządowych działanie będzie na zasadzie „rympału”…
– Przyznam się, że nie potrafię zgadnąć, jaka będzie taktyka w mediach „orlenowskich”. Może lepiej zapytać o to jakiegoś jasnowidza. Może początkowo będzie delikatne głaskanie władzy, a potem już „rympał”. Naprawdę nie wiem, bo po tej władzy można spodziewać się naprawdę wszystkiego. I nie mówię, że wszystkiego dobrego (uśmiech).
– A co z dziennikarzami? Twoim zdaniem dostosują się, czy przynajmniej część odejdzie? I czy będą „czystki”?
– W mediach przejętych przez władzę dziennikarze są stawiani w bardzo niekomfortowej sytuacji: albo tracisz twarz, albo źródło utrzymania. Niektórym udaje się zachować jedno i drugie, ale nie jest to łatwe. Tym ta sytuacja smutniejsza, że często w ten sposób „łamani” są młodzi ludzie, z ogromnym zapałem do pracy, ale niewielkim doświadczeniem, którym trudno jest znaleźć inną pracę w zawodzie. To takie ohydne „psucie” młodych ludzi…
– Niemniej niektórzy pracownicy, np. mediów rządowych sprawiają wrażenie, że są szczęśliwi, robiąc to co robią…
– Owszem, bo to pokłosie takiej samej taktyki władzy, jaką ma ona w innych sferach naszego życia społeczno-politycznego. Polega ona na tym, że osobom miernym, bez kompetencji i talentu, władza daje spore pieniądze i duże wpływy. Tacy ludzie zrobią dla tej władzy wszystko, bo bez niej zwyczajnie nie istnieją. Można to obserwować na każdym kroku, nie tylko wśród ludzi naszej profesji.
– Wróćmy jednak do tych, choćby z rządowej telewizji, których już nawet trudno nazwać dziennikarzami z racji ich „pracy”… Czy nie zastawiają się, kim będą, gdy zmieni się aktualna władza? Nikt przecież nie uwierzy, że nagle przeistoczą się w rzetelnych dziennikarzy…
– Pysze i brakowi pokory u takich ludzi z reguły towarzyszy takie niemądre przeświadczenie, że nic się nie zmieni, a oni zawsze będą tam, gdzie są aktualnie, ewentualnie z łaski władzy „wyżej”. Taki ktoś niezbyt świadomie prze do swego celu i nagle dochodzi do „muru”. I w ten „mur”, z przeproszeniem, wali łbem, a huk jest przy tym wielki, bo łeb pusty.
– Środowisko dziennikarskie to grupa zawodowa uchodząca za jedną z najbardziej solidarnych. Teraz się to, niestety, zmieniło…
– To zasada rządów aktualnej władzy: skłócać Polaków gdzie się tylko da i jak się da.
– Kiedy po ’89 roku zeszłego wieku powstały wolne media, myślałeś, że kiedyś znów powrócą te reżimowe?
– Nie! Kiedy skończył się PRL, a następnie, gdy Polska weszła do UE, byłem przekonany, że wreszcie mój kochany kraj jest na swoim, należnym mu miejscu i już nigdy nie będzie reżimowych mediów. Niestety, myliłem się. Ale jestem optymistą i wierzę, że znów wrócimy do normalności, a media będą wolne i niezależne.
– Co chciałbyś teraz powiedzieć młodszym koleżankom i kolegom po fachu?
– Chciałbym powiedzieć im, że mamy trudny czas, ale ja w nich wierzę! Wierzę w to, że będą sobą i będą pracować tak, żeby nigdy w swojej pracy nie musieli się wstydzić i patrzyli śmiało w lustro, a ludziom w oczy. I chciałbym ich uspokoić, że żadna władza nie jest wieczna, obecna także.
– Dziękuję za rozmowę.
– Ja również.



3 Responses to "W ten sposób „łamani” są młodzi ludzie"