W ucieczce przed komuną

Fot. Łukasz Giza / Agencja Wyborcza.pl

Z Władysławem Frasyniukiem, legendą „Solidarności” i wybitnym działaczem opozycyjnym rozmawia Monika Kamińska.

– Co dla Pana oznaczają kolejne  rocznice 13 grudnia? Przeżywa pan to wszystko jakoś jeszcze raz?

– Nie ukrywam, że traumą. I to bynajmniej nie dlatego, że czuję się ofiarą stanu wojennego, ale dlatego, że te kolejne rocznice jego ogłoszenia są dla Polaków okazją do kultywowania naszej bardzo niedobrej tradycji świętowania porażek.

Nie wiem czy zaskoczę kogoś, gdy powiem, że 13 grudnia staram się nie włączać telewizora. Dlaczego? Na przykład dlatego, żeby znowu nie słyszeć utworu „Janek Wiśniewski padł” i nie słuchać o martyrologii, tym bardziej, że w ostatnich latach tę martyrologię niejako zawłaszczyła obecna władza rządząca Polską. Nie wysłuchiwać po raz kolejny przemówienia gen. Jaruzelskiego  i tych tyrad  w stylu „cierpieliśmy, cierpiałem, cierpiał” itd.

– Nie powinno się wspominać tamtych dni? Nie warto?

Nie warto celebrować klęsk i nie warto ciągle być skrzywdzoną ofiarą. Stan wojenny był, ale przed nim był Sierpień’80, a po nim był czerwiec 1989! Te dwie daty zasługują na to, by je dobrze wspominać, to są daty zwycięstw! Ale my chyba jakoś nie umiemy świętować naszych zwycięstw. Dużo „lepiej” umiemy celebrować porażki. Muszą być martyrologia, krew, pot i łzy. Musi być smutno, ponuro. Jesteśmy chyba jedynym takim narodem, który tak „kocha” obnosić się ze swoimi klęskami. Dla mnie 13 grudnia jest dowodem na to, że Polacy zaryzykowali swoje życie w obronie wolności. Gotowi je byli oddawać za wartości Sierpnia’80. Dla mnie 13 grudnia to sukces polskiego społeczeństwa, które potrafiło stanąć przeciwko regularnej, uzbrojonej totalitarnej armii. Ludzie z gołymi rękoma! A u nas każde święto jest spieprzone. W sierpniu też jest „Janek Wiśniewski padł” i są rozliczne msze w intencji poległych, zamordowanych, zabitych, skrzywdzonych itd. Właściwie nie ma w Polsce radosnego święta …Jest jakiś lęk przed cieszeniem się z tego, że daliśmy wolność nie tylko nam, bo przecież ten nasz zryw sprawił, że ostatecznie padł mur berliński, a wiele krajów odzyskało wolność! We mnie jest radość z tego i duma i dlatego ja jestem zaprzeczeniem takiego „świętowania” 13 grudnia, jak ma to miejsce …Choć takie świętowanie to także moja wina…

– Pańska?

– Także moja. Bo 4 czerwca 1989 roku trzeba było ludzi wyprowadzić na ulicę. Powiedzieć im: ”zwyciężyliśmy, dlatego wybijcie szyby w tych sklepach „Społem”, weźcie sobie piwko, zrobimy kiełbaski  i będziemy się bawić i cieszyć, bo to nasze zwycięstwo!”. Gdybyśmy z 4 czerwca uczynili nowe święto niepodległości, nie bylibyśmy teraz tu gdzie jesteśmy. Nie byłoby Kaczyńskiego, ani PiS-u, bo po prostu wyszlibyśmy od innych wartości. A tak to się wciąż ściera ta tradycja Sierpnia’80 z tradycją PRL-owską i niestety, tradycja Sierpnia to starcie przegrywa …

– Wspomniał Pan o Jarosławie Kaczyńskim, którego dziś jego ekipa kreuje na wielkiego opozycjonistę czasów PRL-u…Tymczasem 13 grudnia 1981 roku miał go zostać w domu, śpiącego we własnym łóżku. Pan w swoim domu wtedy nie nocował…

– Ano nie, bo 12 grudnia  jak wszyscy moi koledzy, byłem w Gdańsku na Komisji Krajowej „Solidarności”.

– Nie mieliście żadnych przecieków, że coś się będzie działo? Że władza coś planuje?

– Mieliśmy. System komunistyczny miał to do siebie, że choć media były całkowicie zależne od władzy, to część ludzi w nich pracujących, starała się po prostu zachować przyzwoitość i pewne informacje przemycała po prostu między wierszami. My to wtedy umieliśmy czytać (śmiech).  To nie był przypadek, że myśmy we Wrocławiu „schowali” 80 milionów złotych, ani przypadkiem nie było ukrycie sprzętu poligraficznego. Nie przypadkiem też zwróciliśmy się do Komisji Międzyzakładowej o wyznaczenie mężów zaufania na wypadek „wu”, jak sobie nazwaliśmy działania władz wobec nas, o których nie wiedzieliśmy jakie będą, ale spodziewaliśmy się, że będą. Każdy inteligentny człowiek, który czytał i analizował to, co wówczas czytali dziennikarze, wiedział, że agresja wobec nas wisi na włosku i, że trzeba się do tego przygotować. Jednak konkretnej daty nie znaliśmy…

– Przewidywaliście, że władza może ten atak na Was przypuścić przed samymi Świętami?

– Nie. Te nasze przygotowania w razie „wu” zaczęliśmy w listopadzie. W chwili, gdybyśmy w Gdańsku na Komisji Krajowej, to Bogdan Lis przekazał pierwszy informacje, że coś się dzieje, bo ściągają zewsząd oddziały ZOMO. Wtedy mu nie wierzyłem przez pół dnia, przyznaję. Jako, że był grudzień i szybko robiło się ciemno, to Bogdan w pewnym momencie stwierdził „Panowie, sytuacja jest poważna, bo nie tylko mamy ZOMO przysłane tu ze wschodu Polski, ale po prostu stocznia jest otoczona, jesteśmy otoczeni!”. Powiedziałem mu wtedy wprost, że przesadza. A on na to „No to chodź” i razem ze swoimi kolegami wyprowadził mnie przed stocznię. Jego koledzy weszli do wieżowców przy stoczni, wówczas nie było tam domofonów i zapalili światło. Wtedy zobaczyłem, że na każdym piętrze tych budynków są ludzie, którzy usiłują się ukryć. Już wiedziałem, że Bogdan miał 200 a nie 100 procent racji i robotniczy instynkt podpowiadał mi, że trzeba się po prostu zrywać!

– Postanowił Pan zaryzykować powrót do Wrocławia?

– Tak, w myśl starej, sprawdzonej robotniczej zasady: gdy źle się dzieje, trzeba być wśród swoich i ludzi i miejsc. Dlatego zebrałem swoją dolnośląską delegację i zarządziłem powrót do Wrocławia. Podeszli do mnie Jacek Kuroń i Karol Modzelewski i zaczęli mnie przekonywać, żeby zostać, bo w takiej sytuacji najpewniej dojdzie do negocjacji i będziemy potrzebni w Gdańsku. Rozumiem ich ideę, ale powiedziałem im wprost, że ja pochodzę z takiej robotniczej dzielnicy, gdzie jak nas napierdzielali i było nas mało, to się uciekało na swoją „parafię”, żeby się zorganizować  i to mi się wydaje najrozsądniejszym rozwiązaniem w tej sytuacji. Na to usłyszałem, że już nie jestem na robotniczym podwórku, tylko jestem ważnym politykiem (śmiech). Wcale się tym nie przejąłem, zebrałem swoich i rozpoczęliśmy podróż do Wrocławia. A Karol Modzelewski następny dzień spędzał już w areszcie…

– Tak po prostu wyszliście sobie ze stoczni?

– W zasadzie tak! Mało tego, poza naszą dolnośląską ekipą, wyszły jeszcze inne. Oczywiście natomiast dostaliśmy „ogon”. Po prostu ruszyli za nami młodzi ludzie. My też byliśmy wtedy młodzi…Bo tak naprawdę tylko młodzi ludzie zmieniają rzeczywistość (uśmiech), bo nie mają negatywnego bagażu doświadczeń i trochę nie mają doświadczenia, za to mają rozkoszne poczucie siły. Tak więc uznaliśmy, że cóż, najwyżej im „napukamy”, tym z ogona i tyle. Spodziewaliśmy się, że jeśli zechcą coś zrobić, to na ulicy, na dworcu, gdzie było dużo ludzi, już nie. Udało nam się dotrzeć do dworca i nasza grupa dolnośląska zapakowała się do pociągu do Poznania…

– Dlaczegóż to do Poznania?

– Bo przyjęliśmy taktykę  „wsiąść do pociągu byle jakiego”, byle takiego, który będzie jechał w kierunku Wrocławia, a że akurat był pociąg do Poznania…W stolicy Wielkopolski znaleźliśmy się wczesnym rankiem. Formalnie był już ogłoszony stan wojenny, ale my o tym nie wiedzieliśmy, chodziliśmy po poznańskim dworcu ze znaczkami „Solidarności” na ubraniach (uśmiech). Pamiętam przerażone zdumienie kasjerek, które nas ostrzegały „Panowie, zdejmijcie to! Podobno są  aresztowania wśród waszych. Wojna!” Wprawiło nas to w zdumienie: jaka wojna, z kim? Nie było od kogo zasięgnąć języka, ale szczęśliwie napatoczył się patrol żołnierzy, z sześciu ich było…

– Szczęśliwie? W takiej sytuacji?

– Tak (uśmiech). Ja byłem w wojsku i wiedziałem, że ta władza nie ufa żołnierzom. Dlatego nie dawali im nabojów do  broni, te mieli oficerowie.  Zupełnie się tych żołnierzy nie bałem. Podeszliśmy do nich nadal mając te znaczki „Solidarności” na ubraniach i pytaliśmy co się  dzieje. Ale oni tyle wiedzieli co i  my. Spokojnie z nami rozmawiali, bez cienia agresji. Przyznali, że jest „jakaś wojna”, ale o co chodzi, czy napadł na nas ktoś, czy jak, tego już nie wiedzieli. „Jakaś wojna jest”, tak skwitował jeden z nich. Spokojnie się z nimi rozstaliśmy i wsiedliśmy do pociągu.

– Podróż przebiegała planowo?

– Okazało się, że nie, bo przypadkiem wsiedliśmy nie do tego pociągu, na który mieliśmy bilety. Dość szybko się w tym zorientowałem. Gdy przyszedł konduktor zacząłem mu wyjaśniać tę naszą pomyłkę. Wtedy on zaczął mi się bacznie przyglądać i nagle zapytał wprost „Pan Frasyniuk?”. Zaskoczony potwierdziłem. Wtedy ten kolejarz powiedział, że dziś bilety nie mają znaczenia i po prostu sobie poszedł zamykając za sobą starannie przedział. Wrócił po godzinie i poprosił mnie na korytarz. Wyszedłem z nim. Tam konduktor upewnił się czy na pewno ja jestem tym Frasyniukiem, szefem włocławskiej „Solidarności” , a gdy już był przekonany, to powiedział, że nic nie wiadomo, połączenia telefoniczne nie działają, poza kolejowymi. „Wiemy, że na pana czekają we Wrocław” . Tak mi wprost powiedział i zaproponował, żebyśmy wysiedli w małej podwrocławskiej miejscowości. Byłem mu wdzięczny, ale pomysł by tam wysiadać nie wydawał mi się mądry. Wiedziałem, że  jako obcy natomiast zwrócimy tam na siebie  uwagę. Zaproponowałem, że  wyskoczymy z pociągu na przedmieściach Wrocławia, tam gdzie pociąg zwykle zwalniał. Zgodził się i poszedł. Tymczasem ja wróciłem do przedziału i wszystko opowiedziałem kolegom.

– I wyskoczyliście z tego pociągu?

– Tak, ale nie tam gdzie planowaliśmy. Staliśmy już przy drzwiach gotowi wyskoczyć, gdy nagle pociąg zwolnił w zupełnie innym miejscu. Dokładnie to na Karłowicach przy jednostce wojskowej. Wyskoczyłem i przewróciłem się. Wstałem i patrzyłem, jak moi koledzy właściwie wysiadają, bo pociąg się zatrzymał. Spojrzałem na lokomotywę, a z jej okna wychyliły się głowy maszynisty i „naszego” konduktora. Pomachali nam i pociąg ruszył wkrótce znikając nam z oczu.

– No to byliście już u siebie…

– Ano tak. Spokojnie zmierzaliśmy w kierunku centrum Wrocławia. Znów spotkaliśmy patrol wojska. Tym razem też z nami normalnie rozmawiali, mówili tylko, żeby znaczki „Solidarności” pozdejmować, bo naszych zamykają. Też nie wiedzieli dokładnie i co chodzi z tą wojną (uśmiech).

– Mieliście zamiar się ukryć?

– Ależ skąd! Mieliśmy ustalone, że w razie jakiegoś ataku na związek zrobimy twierdzę w połączonych zakładach Domel i Pafawag. Ale pamiętajmy, że 13 grudnia 1981 roku to byłą niedziela. Postanowiliśmy więc jechać tam, gdzie ludzie się gromadzili w sierpniu 1980 roku, czyli na Zajezdnię. Wsiedliśmy do dwóch taksówek i pojechaliśmy. Tam było wielu ludzi, napływali wciąż nowi. A wraz z nimi dobre informacje. Na przykład takie, że aresztowano co prawda szefów komisji zakładowych, ale mężowie zaufania są i już się organizują w zakładach pracy przygotowując się do totalnego strajku. Jednak z Zajezdni zdecydowaliśmy się „ewakuować”, bo zaczęło ją otaczać coraz więcej milicji. To otwarty teren, więc stosunkowo łatwo mogli nas tam „wyłuskać” i  zgarnąć. Z Józkiem Piniorem i Piotrkiem Bednarzem noc spędziliśmy w szpitalu na 1 – go Maja w pokoiku dla lekarzy, kolega nas „przygarnął” . Tam wysłuchaliśmy całego dekretu o stanie wojennym, a z okien widzieliśmy jadące czołgi. Tak naprawdę dla nas wtedy zaczął się stan wojenny.

–  I wtedy też zaczęło się Pańskie ukrywanie się…

– Wolałbym nie używać tu termonu „ukrywać się”, bo ma on zdecydowanie negatywny wydźwięk. A ja się po prostu zakonspirowałem (uśmiech).

– Zapewne trudno było się zakonspirować będąc znaną postacią…

– No łatwe to to nie było. Na ten temat zresztą krąży wiele mitów, na przykład taki, że konspirowaliśmy się w kościołach. To kompletna bzdura, bo dobrze zakonspirować można się było nie tam, gdzie było pusto, a tam gdzie było gęsto, ciasno i dużo ludzi. To pozwalało wtopić się w ludzką masę i „zniknąć”. Prawdę mówiąc to do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jak nam się to w ogóle udawało. Ja sam do czasu aresztowania mnie, czyli do października 1982 roku zmieniłem 38 mieszkań, a tylko w zaledwie 8 zatrzymywałem się dwukrotnie.

– Przypomnijmy: ile groziło za pomoc Frasyniukowi w konspirowaniu się?

-Żadna tajemnica, groziło za to 5 lat pobawienia wolności.

– Jak to się stało, że w Pana rodzinnym mieście, gdzie mnóstwo ludzi Pana znało, nie został Pan od razu rozpoznany?

– W chwili podjęcia decyzji o zakonspirowaniu się, podjęliśmy też natychmiast decyzje o zmianie naszych fizis. Zapuściliśmy brody, przestaliśmy się strzyc. Ja poprosiłem o skombinowanie mi okularów z niekorekcyjnymi szkłami, żebym wyglądał jak młody pracownik uniwersytetu i zamotałem sobie rzemyk. Robiliśmy różne rzeczy z przefarbowaniem sobie włosów włącznie.

– Ale konspiracja nie polegała na tym, że po prostu trwaliście na wolności?

– Oczywiście, że nie! Regularnie pojawialiśmy się w zakładach pracy organizując strajki. Pamiętajmy, że Wrocław był jedynym miastem, w którym wobec trzech zakładów pracy zastosowano lockdown.  Po prostu rozwiązano te zakłady, bo nie byli w stanie ich spacyfikować.

– Udawało się Panu dość długo konspirować, ale w końcu Pan wpadł…

– Ja byłem zdania, że nie możemy być zbyt długo w konspiracji, bo się „wykrwawimy”. Uważałem, że trzeba jak najszybciej zorganizować strajk generalny i do tego namawiałem kolegów z Tymczasowej komisji Krajowej. Byłem przekonany, że to jedyna i nie powtarzalna okazja, kiedy możemy liczyć także na wsparcie innych związków zawodowych, w tym może nawet tych komunistycznych, które jeśli nie pomogą, to raczej nie będą przeszkadzać. Odbywałem szereg spotkań z pracownikami dużych zakładów, ale także i tych znacznie mniejszych. To miało znaczenie także psychologiczne. Ludzie widzieli swego szefa, żywego, rozmawialiśmy, to ich mobilizowało. Do mego aresztowania doszło przy okazji jednego z takich spotkań…

– A jak dokładnie?

– Zawsze przed takim spotkaniem wysyłaliśmy na jego miejsce ludzi, żeby sprawdzili, czy są stamtąd drogi ucieczki. W tym przypadku w budynku były połączenia między klatkami schodowymi, a także zsypy. Budynek był obstawiony przez trzy kordony, ale  uważałem, że jest szansa ucieczki. Wyszedłem z mieszkania, gdzie było spotkanie i przeszedłem na inną klatkę schodową a następnie ukryłem się w zsypie.  Widziałem funkcjonariuszy pukających do kolejnych drzwi. Do zsypów też zaglądali, ale te były wąskie, więc niezauważony  podczepiłem się pod drzwiczki. Wszelkie dokumenty, które nie mogły dostać się w ich ręce wyrzuciłem do tego zsypu. Tak przeszły dwie „fale” tych funkcjonariuszy, a nie mnie zgubiła trochę brawura. Doszedłem do wniosku, że może założę te moje lipne okulary i wyjdę na „bezczelnego”. Miałem lewy dowód i liczyłem, że jakoś się przedostanę. No i nie przedostałem się.

– Złapanie Frasyniuka, to był niewątpliwie sukces SB…

– A jakże! W dodatku okazało się, że na miejscu był SB-ek odpowiedzialny w swoich struktura za mnie. To właśnie on rozerwał mi koszulę i zobaczył rzemyk zamotany na szyi. Z satysfakcją wycedził”Rzemyk! To Frasyniuk”. Rzucili mnie na szyję i skuli. A potem zawieźli do komendy wojewódzkiej. Od razu się zorientowałem, że niespecjalnie wiedzą co ze mną zrobić i czekają na jakieś wytyczne „z góry”. Byłem kilkakrotnie przeszukiwany, a nie znaleźli przy mnie pojemnika z gazem (śmiech). Udało mi się go w końcu odłożyć na parapet, ale nieszczęśliwie gdy zrobił się przeciąg pojemnik z parapetu spadł. Wtedy rzucili się na mnie jak opętani, ale i tak nadal nie mieli pojęcia co ze mną zrobić i czkali na sygnał z Warszawy.

– I nic nie mówili?

– Mówili, to co zwykle tacy jak oni mówią w takich sytuacjach. Na przykład „Frasyniuk, to twoja córeczka? A może byśmy ją zgwałcili? A to żona? No też się nada” i temu podobne. Wtedy człowiek szybko się uczy, żeby zamknąć w głowie „szufladki” z napisami „dzieci”, „żona”, „rodzina” i próbować przetrwać. A potem to tradycyjnie- byli „inteligenci” i „buraki”. Inteligenci straszyli burakami i namawiali do współpracy, buraki straszyli sobą. Dostałem „strzał” w miękkie części ciała, a potem pokazano mi pistolet z magazynkiem pełnym ostrej broni. SB-ek kazał mi podpisać pustą kartkę przystawiając pistolet do głowy  ze słowami „jak nie podpiszesz, to cię za…biemy”. Ja nie podpisałem, on nie strzelił, więc chyba jesteśmy na remisie.

– A co potem?

– A potem trafiłem na tzw. dołek. Był tam już jeden zatrzymany za przestępstwa gospodarcze i wielokrotnie karany kryminalista, złodziej. Tenże obejrzał mnie sobie dokładnie po czym wykrzyknął: „Władek? K…wa, musimy się czaju napić”. Nie wiedziałem wówczas co to tej czaj. A ten człowiek  kopnął w drzwi, klawisz przyniósł mu co trzeba i wkrótce poczęstował mnie tym więziennym specjałem, aż mi zdrętwiały dziąsła. Tymczasem wspomniany złodziej zaczął do mnie smuć swoją wizję załatwienia sprawy z komunistami. „Słuchaj Władek, wyście źle zrobili” powiada do mnie, „Trzeba było ogłosić amelę”, chodziło mu o amnestię, „My byśmy wyszli stąd i za…li tych czerwonych! I my by obaj byli wolni”. Zacząłem mu tłumaczyć, że nie może być tak, że na jeden system totalitarny odpowiadamy innym systemem totalitarnym. Mówiłem, że komuniści bagnetami zakończyli II wojnę światową i na tych bagnetach utrzymują teraz władzę, a podążając za jego radą, my zrobilibyśmy tak samo. Nie zdawał się być szczególnie przekonany. Następnego dnia do naszej celi dołączył kolejny kryminalista ze sporym więziennym stażem. Poznaliśmy się, pijemy czaj i on mi mówi, że gdybyśmy zrobili amelę, to oni by wyszli, „za…bali czerwonych” i byłoby fajnie. Zrobiło mi się słabo (śmiech). Aż tu „mój” kryminalista mu tłumaczy, że tak nie wolno, bo oni bagnetami  wygrali wojnę i na tych bagnetach utrzymują władzę. Uznałem to za swój ogromny sukces polityczno – pedagogiczny (śmiech).

– Kiedy Pan wyszedł na wolność?

– Po pierwszym wyroku w 1984 na mocy amnestii. Potem dostałem kolejny wyrok, 3,5 roku jako recydywista – wywrotowiec. Ostatecznie więzienie opuściłem w roku 1986. To był już inny czas. Czuło się powiew wolności (uśmiech).

– A teraz czego powiew się czuje?

– Niestety powiew recydywy. Znów jest łamana Konstytucja, państwo prawa zostało zdemolowane, a wojsko znów jest używane przez władzę do pacyfikacji ludności cywilnej. I znów ludzie wychodzą na ulice protestować, a opozycją Jarosław Kaczyński bawi się jak kot kłębkiem wełny. To oburzające!

– Kiedy to się skończy?

– Ano właśnie…Politycy szybciej przyzwyczajają się i urządzają w tym ciemnym tunelu, niż ludzie. Ale i dla społeczeństwa motywacja do tego, by to zmienić jest znacznie mniejsza niż w stanie wojennym. Wtedy to było być albo nie być, byliśmy otoczeni jakby murem, przez który  bez obalenia tamtej władzy nie dało się przejść. Dziś możemy po prostu wyjechać…

– Czego Pan życzyłby Polakom na 40. rocznicę ogłoszenia stanu wojennego?

– Pamiętajmy, że zbliża się Boże Narodzenie, a yo kojarzy nam się z Gwiazdą Betlejemską…Życzyłbym więc nam wszystkim, by te osiem gwiazd prowadziło nas przez następny rok!

– Dziękuję za rozmowę

Z Władysławem Frasyniukiem, legendą „Solidarności” i wybitnym działaczem opozycyjnym rozmawiała Monika Kamińska.

 

 

 

 

 

 

18 Responses to "W ucieczce przed komuną"

Leave a Reply

Your email address will not be published.