
STALOWA WOLA. Dorobił się dwóch spółek. Gdy wszedł w trzecią z obcym człowiekiem, w ciągu kilku miesięcy stracił wszystko, czego dorobił się przez 20 lat polskiego kapitalizmu.
Wiesław Wojtas w 1988 r. stanął na czele wielkiego strajku „Solidarności” w Hucie Stalowa Wola. Porwał tysiące ludzi, którym nie dały rady ani ubeckie szantaże, ani wojskowe helikoptery i wozy pancerne. Z huty wyszli dopiero na apel Wałęsy, bo zaczynała się nowa rzeczywistość. Strajkowy lider nie poszedł w politykę jak wielu, którzy nawet na strajkach nie bywali. Walczył z komuną, więc w nowej Polsce chciał stanąć na swoim. Dorobił się dwóch spółek. Gdy wszedł w trzecią z obcym człowiekiem, stracił wszystko. Dziś ma zakaz wstępu za płot, który sam stawiał.
– Najgorsze jest to, że to żaden obcy – zaczyna Wojtas. – To syn przyjaciela, którego trumnę niosłem na pogrzebie. Dziś wiem, że dałem się „zrobić” jak dziecko, ale komu by do głowy przyszło, że to są źli ludzie. On co prawda mówił, że „po śmierci wyląduje w piekle, gdzie większość jego kolegów”, ale kto by to brał na poważnie. Jestem pewien, że załatwił wielu przede mną. Dotrę do nich. Może nie mam nic, ale knebla nie dam sobie założyć.
Posada prezesa go uśpiła
Zaczynał w hucie jako ślusarz, a że były to burzliwe lata 80. tamtego wieku, to i więcej był z pracy wyrzucany, niż pracował. Jego warsztat był jednak świętością i gdy za jakieś podburzanie do niepokojów wylatywał za bramę, koledzy nie pozwolili nikomu stawać przy tym warsztacie. Miał też rodzinę i o nią musiał jakoś dbać. To nauczyło go przedsiębiorczości, za którą się wziął zaraz po wyborach z czerwca 1989 r. Zaczął w garażu. To były jeszcze czasy, gdy schodziło wszystko, co ktoś zrobił. Nic dziwnego, że złapał kilka zamówień na swoje prace spawalnicze i obróbcze. Kupił kawałek ziemi, postawił firmę, biznes ruszył z kopyta. Do tego stopnia, że w połowie poprzedniej dekady założył filialną spółkę, już w strefie ekonomicznej. W obu zatrudniał nawet 80 osób. – I czasami było tak, że przerwy trzeba było dzielić na krótsze, bo pracy było tyle – wspomina czasy hossy.
Przyszedł kryzys i zamówienia zaczęły spadać. Jakoś się ratował przeskakując z branży do branży, ale i jego dopadło. Żaden bank nie chciał kredytować produkcji, bo prawie cała Stalowa Wola w branży metalowej pracuje. W 2012 r. postanowił firmę sprzedać. Została wyceniona na 4 mln zł. Wtedy zgłosił się do niego inny przedsiębiorca, wspomniany syn zmarłego kolegi. Założyli nową spółkę, do której aportem wprowadził swoją poprzednią. Wojtas był prezesem z całkiem godziwą pensją, ale karty w nowej spółce rozdawał partner. Już w pierwszym miesiącu nowy twór gospodarczy zaliczył straty, ludzie byli zwalniani. Po 4 miesiącach zaczął domagać się podziału majątku i po 5 miesiącach współpracy nawet doprowadził do notarialnego podziału spółki. W rewanżu jego wspólnik zgłosił upadłość. Okazało się, że na kontach nie ma nic, a większość tego, co stoi pod dachem, jest zastawem. Likwidator wyprosił Wojtasa za bramę. Nowy ochroniarz z jego byłej już firmy, potajemnie pozwolił mu tylko zabrać dwa psy. – Panie Wieśku, bo mi tych psów szkoda – powiedział. Został z tym, z czym zaczynał biznes, gdy komuna upadała. Wrócił do garażu.
Karuzelę upadków można jeszcze zatrzymać
Pół roku dusił krzywdę w sobie, ale teraz zaczął mówić. Próbował sprawą zainteresować policję, jednak z marnym skutkiem. Poszedł więc dalej, do prokuratury, do CBA i CBŚ. Ma dokumenty i nagrania, z których trzeba tylko wyciągnąć wnioski. Wskazuje osoby, za którymi ciągnie się szlak upadłości, a on miał pecha na nim się znaleźć. W zależności od sytuacji, osoby te występują jako likwidatorzy, syndycy, dyrektorzy, prokurenci… Karuzela się kręci. Zwołał konferencję prasową, na której nawet mówił, która następna spółka padnie, bo przejęli ją ci czy inni ludzie. Układ jest czytelny, ale jeszcze nie do końca zamknięty, jak ten z filmu Bugajskiego.
Jerzy Mielniczuk



6 Responses to "Walczył z komuną, wykończył go polski kapitalizm"