Walczyliśmy o być albo nie być

Przed piłkarzami Janusza Białka szansa, aby po prawie 20 latach wrócić na przedsionek ekstraklasy. Fot. Bogdan Myśliwiec
Przed piłkarzami Janusza Białka szansa, aby po prawie 20 latach wrócić na przedsionek ekstraklasy. Fot. Bogdan Myśliwiec

PIŁKA NOŻNA. II LIGA. Rozmowa z Januszem Białkiem, trenerem Stali Mielec.

Piłkarze z Mielca mają za sobą rewelacyjną jesień. Stal jest liderem II ligi i najpoważniejszym kandydatem do awansu.

– W święta składamy sobie życzenia. Koledzy po fachu dzwonią i gratulują wyniku?
– Jeszcze nie, gorączka dopiero nadejdzie (rozmawialiśmy we wtorek – red.). Każdy jest zajęty, bo dla trenerów zimowa przerwa to nie urlop, tylko okres wzmożonej pracy. Szukanie wzmocnień, budowanie planu na drugą część sezonu.

– Przez lata pracował pan w ekstraklasie. Przyjaźnie przetrwały?
– Jak najbardziej. Nie paliłem za sobą mostów, więc znajomi trenerzy i prezesi dzwonią, a byli zawodnicy wysyłają SMS-y. To miłe, że o mnie pamiętają. Zresztą tradycja to rzecz szalenie istotna. Mieliśmy właśnie w Stali klubową wigilię, połamałem się opłatkiem z pierwszym swoim prezesem Edwardem Kazimierskim. Wróciły piękne wspomnienia.

– A nie tęskni pan za światłami wielkich miast? Pracował pan w Warszawie, Poznaniu, Katowicach, z młodzieżową reprezentacją Polski.
– Życie tak się potoczyło, że wróciłem do Mielca. Stal złożyła mi konkretną propozycję, a że mam tu dom, to łatwiej było mi ją przyjąć. Przejmowałem drużynę w strefie spadkowej, po 14 miesiącach jesteśmy na czele II ligi. Uporządkowaliśmy też sprawy w naszej Akademii. Czuję, iż robię coś pożytecznego, choć – nie ukrywam – tęsknota za dużą piłką jest…

– Może pan po prostu dobrze czuje się na prowincji. Pochodzi pan z niewielkiego Żelechowa…
– Piłka wszędzie jest taka sama. Marzeniem każdego trenera jest pracować w klubie mającym stabilny budżet, gdzie człowieka zajmują wyłącznie sprawy sportowe. Ja w takim miejscu spędziłem długie 2,5 roku, był to Groclin Grodzisk Wielkopolski. Gdy prowadziłem reprezentację Polski do lat 18, miałem siedem osób w sztabie, a Włosi, z którymi walczyliśmy o wyjazd na mistrzostwa Europy – 25, w tym trzech filmowców. Do najlepszych sporo nam jeszcze brakuje. Dlatego nie narzekajmy tak na polskich trenerów. Przecież gdy z konieczności łapie się pięć srok za ogon, niczego nie robi się porządnie.

– Dwa miesiące temu obchodził pan 60. urodziny. To chyba dobry moment na refleksje?
– Niekoniecznie. Pracując w sporcie nie warto grzebać w przeszłości. Wiek nie ma znaczenia, grunt, że zdrowie dopisuje. Gram w oldbojach, wytrzymuję mocne tempo narzucone przez grupę (śmiech).

– Za Stalą świetna runda. 41 punktów, tylko 2 porażki w 19 meczach. Tak z ręką na sercu – spodziewał się pan tak dobrego wyniku?
– Zakładałem, że powinniśmy się znaleźć w trójce, choć nie wychodziłem z tym na zewnątrz. To była sprawa szatni, mieliśmy to zrobić z chłopakami dla własnej satysfakcji. No i oczywiście walczyliśmy o być albo nie być. Zdawaliśmy sobie sprawę, że w niełatwych dla sportu czasach, tylko dobry wynik daje nadzieję na znalezienie sponsora. Stal staje na nogi, ale nic nie dzieje się ot tak, po pstryknięciu palcami. Pamiętajmy, że nie tak dawno po klubowych korytarzach hulał wiatr (już po naszej rozmowie PZL Mielec ogłosił, że wraca do wspierania piłkarzy Stali – red.). Dziś w Mielcu mamy mocny zespół seniorów i trzy drużyny w centralnych rozgrywkach juniorów, co jest ewenementem na skalę kraju. To nas cieszy, ale i przysparza trosk. Podróże po Polsce, hotele, obiady – to wszystko kosztuje. Dlatego pukamy po pomoc do każdych drzwi, a jak trzeba klękać, to klękamy.

– Mielec nie jest gotowy na I ligę?
– Entuzjazm w mieście jest ogromny, ludzie są świadomi szansy, jaka się otwiera. Mam nadzieję, że za deklaracjami prezydenta i polityków pójdą czyny.

– Większość trenerów, z którymi rozmawiam, powtarza, że jesteście na autostradzie prowadzącej na zaplecze ekstraklasy. Mają rację?
– Nie ma co mydlić oczu – sytuacja jest korzystna. Nie pamiętam, żeby jakakolwiek moja drużyna zdobyła w rundzie 41 punktów. Ale proszę nie myśleć, że teraz będziemy zadzierać nosa. Wiosną obowiązywać będzie to samo hasło: cieszymy się grą. Bez zbędnych kalkulacji i uporczywego spoglądania w tabelę.

– Lepiej gonić niż uciekać?
– Nam przyszło uciekać i jak widać, daliśmy radę. Choć rywale sprężali się maksymalnie, w myśl zasady: bij lidera!

– Przygotowanie fizyczne zespołu zimą to jedno. Ważniejsza może być jednak psychika. Pana zawodnicy są gotowi, by udźwignąć presję?
– A czy to coś strasznego? Towarzyszyła mi odkąd sięgam pamięcią. Gdy biegałem po boisku, a potem w pracy trenera zawsze słyszałem: liczy się tylko zwycięstwo. W sporcie to naturalne. Jeśli ktoś nie umie poradzić sobie ze stresem, radzę mu, by zmienił zawód.

Rozmawiał: Tomasz Szeliga

Leave a Reply

Your email address will not be published.