Walka o pamięć

– Tak jak my dziś dbamy o pamięć i wspólne dziedzictwo, tak kiedyś o nas będą dbać. Oby nie doszło do tego, że nasze dzieci, następne pokolenia nie będą chciały o nas pamiętać – mówi Inga Marczyńska
(na zdj. z dziećmi i Dariuszem Popielą). Fot. Dariusz Kobylański

Zgwałcone, zamordowane, ograbione. Ich grób zarastała trawa, a kości podmywała woda. Nikt się tym nie przejmował. Rachela i Salomea – zapomniane żydowskie dziewczynki z Kołaczyc – 80 lat czekały na godny pochówek. Ich pogrzeb zgromadził wielu ludzi – Żydów i nie-Żydów, którzy do tej tragicznej opowieści dopisali niezwykłe zakończenie.

– Gdyby dziewczęta miały wybór, wybrałyby życie. Byłyby babciami, prababciami – nie ma wątpliwości mediatorka, edukator historyczna i artystka Inga Marczyńska. To ona zainicjowała działania na rzecz upamiętnienia dziewcząt. – Historia jest moją pasją, ale nie umiem sobie wyobrazić, jakby wyglądało dziś nasze życie, gdyby było pełne trwogi i walki o każdy dzień, uciekania i chowania się po dołach, rowach czy stajniach – dodaje. – Tragiczny los Racheli i Sali zawsze mnie poruszał. Bardzo się z nimi związałam.
– Kiedy pracowałam w Urzędzie Miasta w Kołaczycach w 2015 i 2016 r., powierzono mi promocję i kulturę miasta. Przygotowywałam Światowe Dni Różnorodności Kulturowej w Trosce o Dialog i Rozwój pomyślałam, że historia żydowska jest tak bogata, że trzeba o niej przypomnieć, a ponieważ stamtąd nie pochodzę, dla mnie wszystko było zupełnie nowe – wspomina kobieta. Któregoś dnia jeden z mieszkańców wysłał jej dwa zdjęcia z pytaniem „Znasz tę historię?”. W gąszczu trawy, kamieni, gałęzi zobaczyła zniszczoną tablicę z napisem: „Tu spoczywają szczątki zamordowanych w 1942 r. Sala Korzennik Rachela Pacher”.
Powoli odkrywała ich straszne losy. – Dramat Holokaustu polega na tym, że niektórzy zniknęli ze świata, nie pozostawiając po sobie nic. Przeszukaliśmy wszystkie możliwe archiwa w kraju i za granicą. Dziewczynek nie ma nawet w spisie szkolnym. Znamy tylko przekazy ustne najstarszych mieszkańców – tłumaczy pani Inga.

Nieświadomie posłał córkę na śmierć

17-letnia Salomea mieszkała we wsi Sowina, a jej nieco starsza szkolna koleżanka Rachela pochodziła z okolicy. 12 sierpnia 1942 r. na Błoniach w Kołaczycach Niemcy zebrali wszystkich Żydów z tej miejscowości, a także okolicznych wsi. Dali wszystkim możliwość „wykupu” z transportu śmierci złotem. Wśród zgromadzonych były także rodziny Salomei Korzennik z Sowiny oraz Racheli Pacher. Ojciec pierwszej wysłał swoją córkę po kosztowności zakopane w stodole sąsiada. Myślał, że dzięki temu ocali najbliższych. Dziewczyna poszła do Sowiny razem ze swoją przyjaciółką Rachelą. W drodze powrotnej, niedaleko wejścia na plac targowy, na ich drodze stanął cywilny policjant, przedwojenny oficer WP, kolaborant zatrudniony przez Niemców. Pochodzący ze Śląska Teodor Drzyzga zażądał, by oddały mu to, co zabrały ze skrytki. Przestraszone nastolatki zaczęły uciekać. Wtedy Polak je dopadł. Zgwałcił, a potem zastrzelił. Ograbił. Ciała ofiar kazał zakopać w miejscu, w którym zginęły. Jakiś czas później ktoś umieścił tam betonową płytę z nazwiskami zabitych. Najprawdopodobniej ufundował ją ojciec Salomei – Edmund, jedyny, który przeżył z całej rodziny Korzenników i po wojnie wyemigrował do Izraela. Pozostali członkowie rodziny, a także bliscy Racheli zginęli i zostali pochowani w zbiorowej mogile w Krajowicach.
Początkowo pamięć o dwóch zamordowanych była żywa wśród mieszkańców, którzy odwiedzali ich grób. – Harcerze opowiadali, że chodzili tam grabić liście, posprzątać, kiedy wylała pobliska rzeka. 1 listopada sąsiedzi zapalali świeczki – zauważa nasza rozmówczyni.
Z czasem wspomnienia dramatu zaczęły się zacierać. Gdy 15 lat temu ktoś kupił teren, na którym pochowano młodziutkie ofiary, przestało na nich komukolwiek zależeć. – Działkę sprzedano razem z grobem, który ma zresztą status mogiły wojennej. Następnie wydano pozwolenie na to, aby została ogrodzona – oburza się pani Inga. Długo nie mogła sobie uzmysłowić, jak to było możliwe.
– Dopóki żył właściciel domu obok, pozwalał mi przejść przez swoją posesję, aby przez siatkę podać kwiaty czy zapalić światełko. Mało tego, w tym gąszczu trawy często kosił mały korytarzyk, żebyśmy mogli w sierpniu przejść, by upamiętnić dziewczynki – wspomina pani Inga. Gdy sąsiad zmarł, stało się to niemożliwe.
Dla artystki był to ogromny cios. – Każdego dnia, w drodze do pracy, mijałam ten grób. Widziałam moje dziecko, które się śmieje, szykuje na spotkania, ma plany. A jednocześnie te dwie dziewczynki leżały zapomniane pod płotem, jak psy. Nie było żadnej reakcji ze strony urzędu, żadnej refleksji – mówi, nie kryjąc wzruszenia. Inga Marczyńska postanowiła walczyć o godne upamiętnienie. Chodziła od drzwi do drzwi. Z nikłym skutkiem. – Przez 6 ostatnich lat byłam „piłeczką pingpongową” odbijaną od jednego urzędu do drugiego. Kiedy pytałam, czy udało się coś zdziałać, słyszałam: „Myśmy zrobili wszystko. Teraz druga strona”. Po czym nikt nie chciał podjąć tematu – rozkłada ręce. – Na początku pisano o zapraszaniu właściciela na negocjacje, ale i tego szybko zaprzestano, po czym podziękowano mi za pracę. Spotkałam się z ogromnym ostracyzmem. Za bardzo weszłam w ten temat żydowski – nie ma wątpliwości. Nie chciano, by tak kontrowersyjna sprawa została nagłośniona. – Mogiła mająca status grobu wojennego powinna być chroniona i mieć zapewniony dostęp. Tymczasem urząd wojewódzki twierdzi, że właściciel nie musi jej udostępniać, ani o nią dbać. Wystarczy, że zadeklaruje taką chęć – zauważa.

Białe macewy zamiast sukienek

Kiedy inni chcieli zapomnieć o dziewczętach. Ona robiła wszystko, by do tego nie dopuścić. – Byłam zdruzgotana. Do tego stopnia, że posunęłam się do walki publicznej. Chciałam, żeby ktoś się wreszcie obudził – tłumaczy artystka. Gdy całą historię opisała w mediach społecznościowych, odezwał się Dariusz Popiela – kajakarz górski i olimpijczyk, który prowadzi fundację Rodziny Popielów „Centrum” i projekt „Ludzie, nie liczby” (zajmuje się upamiętnianiem ofiar Holokaustu w Małopolsce). Z panią Ingą znają się od kilku lat. Spotykają się na upamiętnieniach ofiar, sprzątają razem cmentarze.
– Darek zareagował błyskawicznie. Powiedział: „Ja mam dwie córki, ty masz dwie córki. Ja czuję się jak ojciec. Ty jak matka. Nie martw się, zabierzemy się za to i obiecuję ci, że tym razem się uda” – opowiada. – Z racji tego, że organizował wiele akcji upamiętniających z różnymi władzami, miał łatwiejszy dostęp do osób decyzyjnych – zaznacza. W działania włączył się również Komitet Opieki nad Zabytkami Kultury Żydowskiej w Tarnowie.
Razem zwrócili się do Komisji Rabinicznej ds. Cmentarzy. – Wtedy już nie prosiłam, ale błagałam o przeniesienie dziewczynek.
Tymczasem prawo żydowskie nie dopuszcza ekshumacji. – Jest to możliwe tylko w wyjątkowych przypadkach – kiedy szczątki są przenoszone do Izraela, albo mogą zostać poddane nieuchronnej utracie bądź zniszczeniu. Tak było w tym przypadku. Ciała zostały pochowane tuż nad strumieniem, który non stop je zalewał. Obawiałam się, że woda w końcu może zabrać szczątki – tłumaczy pani Inga. Po długich konsultacjach wydano zgodę na przeniesienie.
Nowe miejsce dla zmarłych znaleziono na cmentarzu żydowskim w Tarnowie. Pozostało jeszcze zadbać o tablice. – Kiedy zastanawialiśmy się nad ich wyglądem, wiedziałam, że nie możemy im dać białych ślubnych sukienek, ale marzyło mi się, żeby im podarować białe macewy. Darek znalazł piękny biały piaskowiec. Zawiózł go do kamieniarza Edwarda Halucha z Gorlic, który robi przepiękne pomniki – relacjonuje artystka. – Chciałam, żeby z jednej strony był ornament kwiatów, z drugiej symbol złamanego drzewa. Pan Edward bardzo się zaangażował. Kiedy zrobił projekt, powiedział w rozmowie: „Drugi raz w życiu kuję imię Salomea. Moja mama je nosiła”. Takie niesamowite zbiegi okoliczności nam towarzyszyły!
W tym samym czasie uruchomili z Dariuszem Popielą zbiórkę na wykonanie macew.
– Ludzie chcieli nam pomóc. Wpłacali 300, 50 albo 20 zł. Przychodziły datki z kraju i zagranicy – uśmiecha się. Bardzo szybko zebrali całą kwotę.

Matka się nie poddaje

Mimo, że zmagania mediatorki historycznej ciągnęły się latami, nigdy się nie poddała. Skąd czerpała siły? – Matki zawsze walczą o dziecko do samego końca. Nieważne, czy jest zdrowe, czy chore, matczyne serce czuje za nie odpowiedzialność – stwierdza pani Inga. – Rachelka i Salusia już zawsze będą dla mnie, jak moje dzieci, których nie dane mi było przytulić. Jedyne, co mogłam zrobić, to objąć ich trumny.
Ostatni rok był dla niej trudny, a dni, kiedy od rana do wieczora, warstwa po warstwie odkrywano grób – szczególnie. – Na miejscu cały czas obecny był rabin. Za każdym razem kiedy wydobywaliśmy coś z ziemi – kości zwierzęce czy przypadkowe rzeczy – rabin podchodził i modlił się z nadzieją, że to już ten moment – zaznacza pani Inga. Praca była niesamowicie trudna. Szkielety znajdowały się poniżej lustra wody, więc cały czas spoczywały w bagnie i szlamie. Archeolodzy zostawiali buty w błocie, bo nie byli w stanie wyjąć stopy.
– Zawsze obawiałam się jednego – że dziewczynki zostały rzucone jedna na drugą, jak zwierzęta. Kiedy odkryliśmy jamę grobową, okazało się, że ciała leżały obok siebie. Jeden ze szkieletów prościutko, z rączkami opuszczonymi wzdłuż ciała – opisuje nasza rozmówczyni. – Mało tego, przykryto je deską, bo w tamtym czasie nie można było nawet mówić o trumnie. W tym całym nieszczęściu znalazł się ktoś, kto zachował ludzkie uczucia. Musiał potajemnie wykopać grób i ułożyć dziewczynki. Ludzie mówią, że prawdopodobnie był to właściciel drewnianego domu z sąsiedniej działki – zaznacza.

Pierwszy od 30 lat pogrzeb

15 czerwca o godz. 19 na cmentarzu żydowskim w Tarnowie pochowano pierwszą z dziewczynek. Był to pierwszy od 1993 r. pochówek na tamtejszym kirkucie.
Zmarłą żegnało ponad sto osób. Według planu, uroczystość miała się rozpocząć o godz. 17, ale o tej porze zaczęto dopiero odkrywać szkielet. – Wiedzieliśmy, że nie zdążymy do Tarnowa. Przesunęliśmy pogrzeb na 19. Przyjechali nasi przyjaciele z Łodzi, Warszawy, Poznania, Krakowa, ale najbardziej wzruszające jest to, że przyszli też ludzie zupełnie nam nieznani! – podkreśla Inga Marczyńska. Usłyszeli w radiu o tym wydarzeniu i o związanej z nim historii – To cud, że wychwycili tę zapowiedź. Założyli buty i przyszli, bo poczuli taką potrzebę. Różnie to tłumaczyli: „To nasz obowiązek jako katolików” albo „Czuję się z wami blisko”, albo „Jest mi przykro za tę historię” – przytacza nasza rozmówczyni.
Łzy same cisnęły jej się do oczu, gdy pomyślała, że przez 79 lat dziewczęta nie miały nikogo, oprócz niej. A wtedy na cmentarzu zobaczyła wiele „cioć” i „wujków” – tłum ludzi, dla którego były ważne.
Naczelny rabin Polski, Michael Schudrich, który odmówił modlitwę, podkreślił, że zebrała się wyjątkowa grupa ludzi. – Żydzi, nie-Żydzi – i tak może być i powinno być. Kiedy pracujemy razem, możemy robić wszystko, nawet to, co wydaje się niemożliwe. 79 lat po takim okrutnym morderstwie to tylko dwie z sześciu milionów, udało się dzisiaj, że mogą leżeć tutaj, tak jak powinno być – powiedział.
– To wydarzenie na skalę kraju, które przynosi nadzieję – nie ma wątpliwości Inga Marczyńska. – W najbardziej oglądanych izraelskich mediach również je relacjonowano. Odzew był z całego świata. I dobrze. Niech to służy mądrej edukacji. Niech nie stanie się tylko sensacją, lecz refleksją.
21 czerwca wznowiono prace ekshumacyjne. Odnaleziono szczątki drugiej z dziewczynek, a następnego dnia złożono je w grobie.

Powody? Mam ich 6 milionów

Kobieta, która przez lata walczyła, by opowieść o Racheli i Salomei miała inny koniec, w końcu odetchnęła z ulgą. – Jest mi tylko przykro, że lokalna społeczność ich nie chciała. A przecież to były mieszkanki Kołaczyc. Tam się urodziły. To część dziedzictwa historycznego tej miejscowości. Uczymy się w szkołach historii Egiptu, Grecji, o wędrówce ludów, tymczasem lokalna historia wciąż kuleje – rozkłada ręce Inga Marczyńska. – To niesamowity problem, że ludzie tak łatwo oddają w zapomnienie pamięć o życiu innych. Gdyby to był żołnierz wyklęty, ksiądz, chrześcijanin, poszłoby szybciej. Żyjemy w rzeczywistości, w której potwór antysemityzmu wciąż żyje. Wielu nie ma złej woli, tylko nie wiedzą, że te chaszcze za ogrodzeniem, spod których nie widać nawet macew, to cmentarz, a nie dzikie wysypisko śmieci – dodaje.
Dla niej zapewnienie zmarłym spokoju oraz należytego szacunku jest rzeczą świętą. – Gdyby to były szczątki kogokolwiek innego – bez względu na wyznanie – zrobiłabym to samo – deklaruje. Od lat razem ze swoimi dziećmi – 21-letnią Mileną, 9-letnią Havą i 7-letnim Mikołajem jeździ od cmentarza do cmentarza i je porządkuje. Opiekuje się zbiorową mogiłą 260 Żydów z Kołaczyc zamordowanych w lesie w Krajowicach. Kiedy może, organizuje lekcje historii, upamiętnienia, spacery żydowskimi śladami. Po co to wszystko?
– Jest 6 milionów powodów, dla których to robię. To ludzie z imienia i nazwiska, z marzeniami, rodzinami. Ludzie, którym odebrano wszystko, tylko dlatego, że byli innego wyznania…

Wioletta Kruk

4 Responses to "Walka o pamięć"

Leave a Reply

Your email address will not be published.