
PRZEMYŚL. Poruszające zeznania wdowy po ofierze katastrofy autokary w Leszczawie.
We wtorek (23 kwietnia) przed Sądem Okręgowym w Przemyślu zeznawała Tamara P., uczestniczka tragicznej ukraińskiej wycieczki, która swój finał znalazła nie w Wiedniu i Budapeszcie, a w podprzemyskiej Leszczawie Dolnej. Tam w sierpniu zeszłego roku stoczył się ze skarpy wiozący wycieczkowiczów ze Lwowa autobus. Zginęli wówczas dwie kobiety i mężczyzna, Wołodymyr P., mąż Tamary, która chce by 42- letni kierowca autokaru, Mykoła Ł. spędził przynajmniej 10 lat w więzieniu i zapłacił jej 200 tys. złotych zadośćuczynienia.
Ta tragedia wstrząsnęła wszystkimi. Trzy osoby straciły życie, wiele doznało poważnych obrażeń. Kierowca , Mykoła Ł. początkowo utrzymywał, że przyczyną tego, iż autokar „nie wyrobił” na trudnych serpentynach byłą jego awaria. Jednak opinia biegłego była jednoznaczna: autobus nie miał żadnej awarii, po prostu zbyt szybko jechał przy złych warunkach do jazdy. Stwierdzono, że autobus pędził ponad 70 km/h, przy ograniczeniu do „trzydziestki” na krętej drodze. Wobec tych faktów 42-latek przyznał się do winy, to jest do umyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lądowym, następstwem której byłą śmierć trzech osób i poważne obrażenia kilku innych. Grozi za to 12 lat w więzieniu, ale Mykoła Ł. pragnął dobrowolnie poddać się karze 5,5 roku bezwzględnego pozbawienia wolności. Oskarżycielka publiczna, prok. Beata Starzecka wyraziła zgodę na taką kare, pod warunkiem, że kierowca otrzyma także 15- letni zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na terenie RP. Skłonny do ugody w imieniu swoich mocodawców był mec. Krystian Gręda reprezentujący część pokrzywdzonych, ale Tamara P., której mąż Wołodymyr zginął w katastrofie, a ona sama doznała obrażeń stanowczo nie wyraziła zgody na proponowane rozwiązanie.

Wczoraj również podtrzymywała, że Mykoła Ł. powinien za to co zrobił jej i innym „odsiedzieć” przynajmniej 10 lat. – Jak można było tylu ludziom tak zniszczyć życie? – mówiła przed sądem. – Trzy osoby nie żyją, wiele zostało kalekami – stwierdziła. Zeznania wdowy po Wołodymyrze p. były bardzo poruszające. Kobie wspominała, że mąż, dyrektor w formie budowlanej, chciał ją w prezencie urodzinowym zaprosić na wycieczkę do Paryża. Jednak nie było w tym czasie żadnego zorganizowanego wyjazdu do stolicy Francji i wybrał tę feralną wycieczkę do Budapesztu przez Wiedeń. Przyznała też, że swemu synkowi, który wkrótce skończy 5-latek nie zdołała powiedzieć, że ojciec, z którym dziecko było bardzo zżyte nie żyje. – Nie potrafię mu powiedzieć, że taty już nie ma, nie wiem jak – wyznała Tamara P. Kobieta wracając do tamtych tragicznych wydarzeń mówiła o tym, że oboje z mężem zauważyli, że autobus jedzie za szybko, a także to, że pilotka wycieczki strasznie wszystkich poganiała, bo chciała by dołączyli do pozostałych autokarów z tej samej wycieczki, które pojechały inną trasą. Wspominała też ostatnie chwile życia swego męża, który udusił się zaklinowany w luku bagażowym, gdy autobus koziołkował. – Chciałam go wyciągnąć, pomagał mi mąż dziewczyny, która siedziała wtedy przed nami, Julii – opowiadała Tamara P. – Ta Julia też się udusiła – szlochała kobieta. – Ratownik, który dotarł do mego męża powiedział, że nie ma pulsu i on nie żyje, tak samo jak Julia, ale ja miałam nadzieję, że się pomylił – płakała w sądzie kobieta. Tamara P. jak przyznała, została po śmierci męża bez środków do życia. Pracowała bowiem jako menadżerka w tej samej firmie co tragicznie zmarły małżonek, ale po wypadku stan zdrowia jej na pracę nie pozwala. Dlatego jej pełnomocnik, mec. Tomasz Zawada w imieniu kobiety zawnioskował o zasądzenie dla niej zadośćuczynienia od oskarżonego w wysokości 200 tys. złotych.
Sąd na wczorajszej rozprawie poza Tamarą P. przesłuchał jeszcze dwóch innych świadków i odroczył sprawę do 4 czerwca.
Monika Kamińska


