We Lwowie czuć wojnę

Ludzie ze wszystkich stron świata próbują
wydostać się ze Lwowa. Fot. Krzysztof Klimaszewski

Lwów – wczoraj miasto turystów i kultury, dziś miasto pomocy humanitarnej. Otwieram oczy, wstaję, wydłubuję „śpioszki” z oczu, rozsuwam zasłony pokoju hotelowego. Przede mną ukazuje się bajeczny krajobraz miasta. Plątanina kabli wiszących pomiędzy budynkami. Ośnieżone, spadziste dachy – zimowa Galicja.

Na pozór Lwów żyje jak dotąd, restauracje, hotele, sklepy, korki w godzinach szczytu, wszystko wygląda normalnie, dopiero gdy otwieramy drzwi ulubionej kawiarni mojego przewodnika dostrzegam powagę sytuacji, za plecami baristów puste półki, które jeszcze kilka dni temu uginały się od butelek. Na blacie obok kasy fiskalnej stoi puszka z napisem „gaomhl­ phjh Sio`×lh” (Siły Zbrojne Ukrainy przyp. red.).
Jemy szybkie śniadanie, pijemy pyszną kawę, zostawiamy trochę hrywien w puszce i ruszamy w miasto.
Spotykamy się z naszym operatorem, odwiedzamy dwa teatry, wczorajsi aktorzy znani z najlepszych teatrów w mieście czy nawet produkcji hollywoodzkich, dziś są wolontariuszami. Teatry zamieniły się w centra pomocy humanitarnej, ich piwnice w schrony, pokoje biurowe, charakteryzatornie, pracownie w prowizoryczne sypialnie, jadalnie i sortownie darów dla Ukrainy ogarniętej wojną.
Wchodzimy na widownię, na scenie największa sterta papieru toaletowego, jaką kiedykolwiek widziałem. Rozmawiamy ze spoconymi i umorusanymi od kurzu aktorami, którzy tylko na chwilę odrywają się od sortowania, pakowania i noszenia darów między innymi z Polski.
Puby, bary, kluby zamknięte z uwagi na prohibicję, notabene zakaz picia alkoholu nie był konieczny w społeczeństwie, naród wie co robi, jest zmobilizowany. Ludzie na dobrą sprawę biegną, nie chodzą, pytam czy to normalny tryb życia tego miasta
– „NIE!” – odpowiada Roman, nasz operator, mówi, że to efekt ostatnich wydarzeń.
Wieczorem w hotelu spotykam ekipy dziennikarzy ze wszystkich stron świata, są też ukraińskie rodziny uciekające przed zagrożeniem, nagle zaczynają wyć syreny, a z głośników na ulicy wygłaszane są komunikaty – trzeba biec do schronu po drugiej stronie arterii. Na nasze szczęście był to fałszywy alarm, może ćwiczebny, jak wczoraj, albo jak mówi ktoś obok: „może jakaś wrona zaplątała się w linie wysokiego napięcia”, tak czy inaczej nic śmiesznego, ani nic co powinny znać dzieci siedzące obok mnie w piwnicy lwowskiej Politechniki.
Rozmawiam z panem Sergiejem z Kijowa, który próbuje dostać się do domu. Sergiej utknął, mówi, że Kijów jest dla niego niedostępny, mimo że ma samochód. Stolica jest otoczona przez dywersantów i regularne wojsko, a szlaki do niego wiodą przez strefę pod ostrzałem.
Podczas kręcenia materiału z ochotnikiem wojsk terytorialnych zaczepia mnie Waldek z Wrocławia, przyjechał tu, by pomóc. Nie mógł siedzieć bezczynnie i patrzeć na to, co pokazują media. Nie jest tu pierwszy raz, przyjeżdża regularnie od lat, jest miłośnikiem tego uroczego grodu. Przedstawia mi prawdziwe oblicze Lwowa. Znowu wyją syreny, żegnamy się się serdecznie, wykrzykuje „Qj`b` Sio`×l­” (Chwała Ukrainie! przyp. red.) , odpowiadam „Deom~k pj`b`!” (Chwała Bohaterom! przyp. red.), nie sam, wszyscy obok krzyczą razem ze mną.
Kolejny dzień rozbija mnie emocjonalnie, trafiamy na dworzec kolejowy, ogrom ludzi ze wszystkich stron świata próbujących wydostać się autobusami i koleją jest nie do opisania. Niektórym uchodźcom puszczają nerwy, dzieci płaczą albo bawią się w małych grupkach, ich matki padają z wyczerpania lub uspokajają swoje pociechy. Jakaś kobieta wykrzykuje imię swojego zagubionego w tłoku dziecka…
Staramy się nie przeszkadzać, zbieramy materiał nie ingerując w pracę służb porządkowych i wolontariuszy, jeśli ktoś potrzebuje, pomagamy nosić bagaże, pocieszamy, rozdajemy uśmiechy, choć tyle możemy…

Krzysztof Klimaszewski

Fot. Krzysztof Klimaszewski

3 Responses to "We Lwowie czuć wojnę"

Leave a Reply

Your email address will not be published.