
POLACY ZA GRANICĄ. – Robię maseczki z papieru do pieczenia, bo on niczego nie przepuszcza, a do środka wkładam ręcznik papierowy – opowiada pochodząca z Rzeszowa Monika Scarpato, mieszkanka Teramo we Włoszech.
Rozpoczynamy cykl, w którym codziennie będziemy prezentować Państwu historie osób pochodzących z Podkarpacia, a które mieszkają obecnie w różnych zakątkach świata i mierzą się z pandemią koronawirusa. Specjalnie dla Czytelników Super Nowości opowiedzieli nam, jak teraz wygląda ich życie. Dzisiaj przedstawiamy wstrząsającą relację pochodzącej z Rzeszowa Moniki Scarpato, która od 25 lat mieszka w Teramo w regionie Abruzja we Włoszech.
– Od 20 lutego siedzimy wszyscy w domach. Nikt nie wychodzi nawet na klatkę schodową. Zamknięte jest wszystko z wyjątkiem sklepów spożywczych i aptek. Również kościoły i cmentarze – relacjonuje Monika. – Zakupy może robić tylko jedna osoba z rodziny, która ma na to specjalne pozwolenie. I to nie w dowolnym sklepie czy aptece, ale najbliższym – w promieniu 200 metrów od miejsca zameldowania. Po ulicach chodzą żołnierze i sprawdzają, czy mieszkańcy tego przestrzegają. Za niestosowanie się do zakazu grożą surowe kary nawet do 3 tys. euro.
Do sklepów wpuszcza się we Włoszech tylko po 5 osób. – Pozostali czekają w kolejce, a każdy stoi w odległości 4 metrów od siebie. Mówią, że tylko taka jest bezpieczna – przyznaje. – Ludzie zresztą boją się jakichkolwiek kontaktów z innymi. Przestrzegają nas, że jedna osoba może zarazić nawet 10 kolejnych!
Maseczki? Nigdzie ich nie dostaniesz
Nikt nie rusza się z domu bez maseczki i rękawiczek ochronnych. – Ale maseczek nie dostanie się u nas już nigdzie, nie ma ich w żadnym sklepie – mówi Monika. – Przyjaciele z Polski i Niemiec proponowali, że nam je wyślą, ale i tak by do nas nie dotarły. Ukradliby je po drodze. Zresztą teraz nic już nie można wysyłać do nas z zagranicy. A jakbym chciała je zamówić przez Internet, to… z dostawą na koniec maja.
Włosi muszą radzić sobie sami. – Ja robię maseczki z papieru do pieczenia, bo on niczego nie przepuszcza, a do środka wkładam ręcznik papierowy – opowiada Monika. – Mąż zakłada je gdy wychodzi do pracy czy do sklepu. On akurat pracuje, bo firma w której jest zatrudniony zajmuje się wywozem śmieci i nie została zamknięta. Nie wyobrażam sobie zresztą gdyby takie firmy przestały działać, bo sytuacja ze śmieciami jest we Włoszech fatalna.
Jak dajecie radę w zamknięciu? – Czujemy się jak w więzieniu – przyznaje Monika Scarpato. – Wcześniej nie było nas w domach całymi dniami. Wracało się, żeby tylko coś zjeść i się przespać. Teraz siedzimy w nich non stop. Ludziom już siada psychika! Widzieliście pewnie w telewizji Włochów śpiewających na balkonach. To wszystko po to, żeby wzajemnie podnieść się na duchu. Żeby nie zwariować! Ja na szczęście mam większe mieszkanie i duże balkony, więc mogę przejść się z pokoju do pokoju, wyjść na świeże powietrze. Ale na tym koniec. A niektórzy w ogóle nie mają takiego komfortu. Mam znajomą, która ma maleńkie mieszkanie i co najwyżej może wystawić głowę przez okno… A to wszystko niestety jeszcze potrwa. Kwarantannę mieliśmy mieć do 3 kwietnia. Teraz przedłużyli ją do 25. Mówi się u nas, że Włochy będą borykać się z koronawirusem nawet do końca roku.
Brakuje masek z tlenem. Ja jej nie dostaniesz, to się udusisz
Jak opowiada Monika, sytuacja we włoskich szpitalach jest dramatyczna. Szczególnie w Lombardii. – Tam nie ma już miejsc. Chorzy leżą na podłodze – relacjonuje. – Przede wszystkim brakuje masek z tlenem, które są niezbędne żeby ich ratować. Bo jak chory nie dostanie tlenu, to się dusi. Ale że szpitale nie mają ich na tyle, to lekarze są zmuszeni oddawać je w pierwszej kolejności młodszym, którzy mają większe szanse na przeżycie. To jest koszmar. Mnóstwo ludzi umiera. Nawet niemal 1000 osób jednej doby!
A jak jest w samym Teramo? – Na szczęście nie ma aż takiego dramatu, ale tylko dlatego, że gdy ludzie zobaczyli co dzieje się w innych regionach Włoch, bardzo poważnie podeszli do sprawy i zostali w domach – tłumaczy Monika. – Mamy niespełna 300 zarażonych, a na oddziale intensywnej terapii miejscowego szpitala leżą 22 osoby. Oddział miał tylko 6 łóżek, więc musieli stworzyć dla nich dodatkowy.
Ogromnym problemem jest brak dostępu do lekarzy rodzinnych i specjalistów. – Przychodnie są pozamykane, wszystkie wizyty odwołane, a na pogotowie można dostać się tylko w najcięższych przypadkach – opowiada Monika. – Gdyby coś się stało, to lekarze rodzinni nie pomogą, bo też muszą siedzieć w domach. Modlę się, żebyśmy tylko byli zdrowi, żeby nic się nam nie stało póki się to wszystko nie skończy, bo znikąd nie ma ratunku.
Ludzie, zostańcie w domach!
– U was to wszystko dopiero się zaczyna.. Nie lekceważcie tego! – prosi rodaków Monika. – Na własne oczy widziałam, jak kobieta szła ulicą i nagle zaczęła się dusić. To jest moment. Łapie cię duszność i musisz się ratować, bo jak nie dotrzesz do szpitala na czas, to możesz umrzeć po drodze. Po tą kobietę przyjechała karetka, mam nadzieje że ją uratowali.
I apeluje: – Koronawirus to naprawdę poważna sprawa! Zostańcie w domach, bo ryzykujecie śmiercią – dusząc się na własne życzenie!
Katarzyna Szczyrek



5 Responses to "Widziałam ludzi duszących się na ulicy!"