
LEKKOATLETYKA. Rozmowa z Barbarą Wojnar-Baran, skoczkinią w dal Resovii, olimpijką z Moskwy.
– Rok 1980. W Polsce Solidarność, a pani na igrzyskach olimpijskich w Moskwie. Jakie emocje pani towarzyszyły?
– Miałam zaledwie 21 lat, ale rozumiałam co się dzieje. Zacznijmy od tego, że denerwowaliśmy się, czy w ogóle pojedziemy na olimpiadę. Nie brakowało głosów, że nie warto, gdyż to zawody wyłącznie dla sportowców z krajów bloku wschodniego. Gdy w końcu pojawiliśmy się w Moskwie, szczelnie nas odizolowano. Nie było mowy o kontaktach z innymi reprezentacjami, wycieczkami w miasto. Spędziłam w stolicy Związku Radzieckiego raptem cztery dni.
– Mieliście opiekuna z SB?
– „Gumowe ucho” – tak go nazywaliśmy. Smutni panowie pojawiali się na każdym zagranicznym wyjeździe. Nie wiedzieliśmy jednak, kim oni są i gdzie dokładnie pracują.
– Czytałem, że w Moskwie na stadionie pełno było milicji.
– Milicjanci byli na każdym rogu, ale nie wiem, jak wielu z nich siedziało na trybunach. Strasznie byłam skupiona na swoim starcie.
– Łużniki robiły wrażenie?
– Jeszcze jakie! Startowałam wcześniej w mistrzostwach Europy w Doniecku, ale 80-tysięcznik w Moskwie to było jednak coś zupełnie innego. Pierwszy raz znalazłam się na tak gigantycznym obiekcie.
– Gest Kozakiewicza pani widziała?
– Widziałam! Siedziałam wtedy na trybunach. Oklaskiwałam też Jacka Wszołę i Bronka Malinowskiego. Przez tego ostatniego wyleciałabym ze swojego finału skoku w dal. Gdy Bronek finiszował, zaczęłam skakać do góry i wydzierać się jak szalona. Nagle pojawił się sędzia, podniósł czerwoną szmatę i zagroził, że jak się nie uspokoję to mnie zdyskwalifikuje. Bronek o tym nie wie i niestety już się nie dowie…
– Zajęła pani 11 miejsce. Był niedosyt?
– W osiągnięciu lepszego wyniku przeszkodził mi uraz kolana. Na olimpiadę pojechałam nie w pełni zdrowa i sukcesem było już samo wejście do ścisłego finału. O ogromnym, nieco przytłaczającym stadionie wspominałam, ale warto dodać, że pierwszy raz byłam na zawodach bez trenera. Debiutantka zdana na siebie.
– Cztery lata później kraje demoludów zbojkotowały igrzyska w Los Angeles. Dla wielu polskich sportowców to był dramat.
– Ale nie dla mnie. Z powodu złamanej kości stopy znajdowałam się poza kadrą. Potem do niej wróciłam, jednak na Seul kwalifikacji nie wywalczyłam. W 1989 roku skończyłam karierę.
– Byłaby bogatsza w sukcesy, gdyby nie kontuzje?
– Nie mam co do tego wątpliwości. Kontuzje zabrały mi najlepsze lata. Wynikały z przeciążenia organizmu. W tamtych czasach obowiązywała tzw. szkoła rosyjska. Treningi były mordercze – mocni zostawali, słabsi odpadali. Brutalna selekcja. Miałam np. strasznie rozbudowane mięśnie nóg, a górą byłam szczupła. Sport to zdrowie, ale nie w moim przypadku. Dziś mam spore problemy z kręgosłupem.
– A jak wtedy wyglądała opieka lekarska?
– W kadrze, nie powiem, mieliśmy bardzo dobre warunki. Ale w klubie…
– Poradziła pani sobie po zakończeniu kariery?
– To był bardzo trudny czas. Przestałam robić to, co kochałam, nie miałam pomysłu na dalsze życie. Studiów nie skończyłam, gdy startowałam na naukę brakowało czasu. Pomógł mi jednak Leszek Oppenauer, ówczesny prezes Resovii. Przyprowadził mnie do siedziby okręgowych związków sportowych, gdzie pracuję do dzisiaj. Miałam szczęście, bo ludzie, którzy mnie otaczali, zawsze bardzo mi pomagali. Leszek Oppenauer, Janusz Mazur, Ryszard Marszałek, nieżyjący już Edward Sądecki. Życie w PRL-u nie było łatwe, ale to wtedy zawiązywało się przyjaźnie na całe życie. A teraz? Młodzież nie interesuje się historią, nie pyta o przeszłość tylko wpatruje się w ekran telefonu.
– Pani mąż, Krzysztof Baran, również skakał w dal w Resovii.
– I to ponad 8 metrów! Niestety, też zmagał się z kontuzjami. Wtedy nie było zmiłuj. Krzyśkowi zabrakło trzech centymetrów do uzyskania stypendium sportowego, więc musiał pójść do pracy.
– Anna Baran, była koszykarka AZS-u Rzeszów, to państwa córka?
– Tak. Od lat mieszka w USA. Najpierw na Florydzie, potem w Waszyngtonie, a teraz w niewielkim mieście w stanie Arkansas. Od niedawna pracuje w firmie transportowej, skończyła w Stanach studia z dziedziny biznesu, stosunków międzynarodowych oraz językowe. Regularnie przylatuje do Polski, jednak w tym roku nie mogła, więc strasznie za nią tęsknimy.
Rozmawiał: Tomasz Szeliga


