
Rozmowa z Aleksandrem Bentkowskim, prezesem CWKS Resovia.
– Przychodziłem do klubu, który chylił się ku upadkowi – przypomina Aleksander Bentkowski. Adwokat, polityk, od 8 lat szef Resovii.
– Często słyszy pan od znajomych: po co ci ten sport? Rzuć w cholerę to mało poważne zajęcie.
– To pytanie dla mnie przykre, ale rzeczywiście tak jest. Zwłaszcza rodzina naciska, żebym nie zajmował się już sportem. Nie chcę podawać przyczyn, niemniej jednak potrafiłem się jeszcze wytłumaczyć z tego, co robię. Pomogła nasza rocznica. Dzięki temu wydarzeniu mam w domu więcej spokoju (śmiech).
– Wśród polityków znajdziemy zadeklarowanych kibiców piłki nożnej. Ale w środowisku prawniczym stanowi pan chyba wyjątek?
– Jestem rodzynkiem. Choć warto przypomnieć, że gdy osiem lat temu wybierano mnie prezesem Resovii, byłem senatorem. Działacze rozumowali, iż człowiek z moimi kontaktami znajdzie poważnego sponsora. Bo też w Polsce główny obowiązek prezesa to jest żebractwo, pukanie od drzwi do drzwi i szukanie ludzi, którzy chcą się podzielić swoimi pieniędzmi. Bardzo szanuję tych, którzy przeznaczają pieniądze na sport. Nie mają możliwości wliczać wydatków na sponsoring w koszt firmy, lecz umniejszają swój zysk, swój kapitał. Trzeba o tym pamiętać.
– To ojciec zaszczepił w panu miłość do futbolu?
– Grałem w piłkę od szkoły podstawowej. Najpierw w Nafcie Krosno, potem Krośniance. Byłem łącznikiem ataku, czyli kimś w rodzaju dzisiejszego środkowego napastnika.
– Dobrze pan rokował?
– Ponoć nie najgorzej. Choć ojciec, który trenował grającą o klasę wyżej Legię Krosno, jakoś mnie nie zauważał (śmiech). Rozbrat z piłką wziąłem, gdy wyjechałem na studia – w AZS-ie Wrocław jeździłem na nartach.
– Pana ojciec, Franciszek Bentkowski, w latach 60. trzykrotnie był trenerem Resovii.
– W domu wiecznie mówiło się o problemach klubu. Mama systematycznie to tępiła, uważając zajęcie ojca za stratę czasu. Teraz to samo powtarza moja żona. Ale ja byłem przekonany, że warto stanąć na czele klubu sportowego. Z polityką dałem sobie spokój, miałem więc trochę wolnego czasu. No i wsiąkłem na długie lata. O tej pracy powiedzieć można wszystko, tylko nie to, że jest nudna.
– Miał pan swojego sportowego idola?
– Wielbiłem Gerarda Cieślika. Gdy poprowadził Polskę w Chorzowie do zwycięstwa nad Związkiem Radzieckim, moi rodzice przeżywali to tak, jakbyśmy wygrali wojnę. Byłem dzieckiem i nie mogłem pojąć, skąd taka euforia.
– Rodzice odreagowywali wojenną traumę?
– Pochodzimy ze Stanisławowa i swoje przeszliśmy. Brat ojca był oficerem ułanem, więc cała rodzina trafiła na czarną listę NKWD. Rodzice ojca – Aleksander i Marcelina zostali wywiezieni w 1940 roku na Sybir. Dziadek tam zmarł, babcia wróciła dopiero w 1947. Ojciec ukrywał się przez całą wojnę. W 1944 roku zostaliśmy wysiedleni. Trafiliśmy najpierw do Haczowa, a potem do Krosna.
– Pamięta pan coś z wojny?
– Trupy cywilów leżących przy wjeździe do Krosna i schron przy domu w Haczowie, który zbudował mój ojciec. Do schronu zjeżdżało się na pupie po wiązce słomy, co dla trzylatka było dość zabawne.
– A do Stanisławowa pan albo pana bliscy wracali?
– Tyle się mówi o resentymentach Niemców do Śląska albo Polaków do terenów wschodnich, mnie jednak do Stanisławowa nigdy nie ciągnęło. Może dlatego, że rodzice nie chcieli opowiadać o tym, co ich spotkało. Mama była tak przerażona reżimem komunistycznym, że po wojnie odcięła wszystko grubą kreską. Jest granica, obce państwo, nigdzie nie będziemy jechać – zakomunikowała i twardo się tego trzymała. Gdy w stanie wojennym zaangażowałem się mocno w obronę ludzi z Solidarności, mama odchodziła od zmysłów. Doszło do tego, że spaliła moje pamiątki – unikatowe wydawnictwa z podziemia – bojąc się, że ściągną na naszą rodzinę kolejne nieszczęścia.
– Kiedyś był pan figurą w polskiej polityce. Jako minister sprawiedliwości w rządzie Tadeusza Mazowieckiego odtajnił pan akty procesów politycznych i wydał decyzję o ściganiu zbrodni stalinowskich. Czuł pan, że tak właśnie musi postąpić?
– Tak. Choć przecież ten temat nie był przedmiotem ustaleń przy Okrągłym Stole. Wniosłem o rewizje nadzwyczajne w sprawach niesłusznie skazanych, poleciłem zrobić spis osób, które zostały zamordowane w polskich więzieniach w latach 1944-53. Okazało się, że wykonano 2,5 tysiąca wyroków, kolejne 10 tysięcy ludzi zmarły w katowniach UB. Gdy szukałem akt podpułkownika Łukasza Cieplińskiego dowiedziałem się, że w latach 60. MSW zabrała aż 600 akt dotyczących najgłośniejszych spraw, m.in. rotmistrza Witolda Pileckiego. Odzyskałem je, a gdy czytałem, przełamując pieczęcie z wyrokami śmierci, czułem ogromny ból. Ofiary przesłuchiwane były po rosyjsku, ale skazywane i zabijane przez Polaków. Wniosłem około 400 spraw o uniewinnienie osób straconych w haniebnych procesach stalinowskich. Dużo czasu poświęciłem dokumentowaniu tych przerażających zbrodni. Piszę o tym w moich wspomnieniach. Może kiedyś je wydam?
– Wróćmy do piłki. Jest pan prezesem Resovii drugą kadencję, szmat czasu. Jak prezentuje się bilans zysków i strat?
– Przychodziłem do klubu, który chylił się ku upadkowi. Budynek klubowy był w ruinie po pożarze, stadion należał do Uniwersytetu Rzeszowskiego, a piłkarze rozpaczliwie bronili się przed spadkiem do „okręgówki”. Pomyślałem wtedy, że gorzej być nie może. Wiedziałem, że jak nie znajdę pieniędzy dla klubu, to będzie koniec Resovii.
– Znalazł je pan?
– Udało się przekształcić po sąsiedzku teren sportowo-rekreacyjny w komercyjny i sprzedać je spółce Res-Vita. Gdy teren był parkiem, nie chciano go kupić za 400 tysięcy zł. Gdy przestał być parkiem, otrzymaliśmy za niego 8 mln zł. Tak potężny zastrzyk finansowy sprawił, że zaczęliśmy inwestować w infrastrukturę i sport.
– Przez kilka lat biliście się o awans na zaplecze ekstraklasy, sporo płacąc piłkarzom, trenerom, a nawet dyrektorowi sportowemu. Co pan odpowiada tym, którzy twierdzą, że były to pieniądze wyrzucone w błoto?
– Nie interesowała mnie walka o utrzymanie, tylko o mistrzostwo. Teraz pieniędzy się nie wyrzuca w błoto, ale szans na pierwszą ligę nie ma żadnych. To była kwestia decyzji: wydajemy i gramy o najwyższe cele, czy oszczędzamy i egzystujemy na marnym poziomie. Tylko jakie są to ambicje? Ale nie zapominajmy, że w tamtych czasach udało się nam – bez żadnych dotacji! – wybudować piękne boisko ze sztuczną trawą i oświetleniem oraz wyremontować za 300 tysięcy zł płytę główną.
– Najbardziej dramatyczny moment to ten, gdy wyrzucono drużynę z drugiej ligi za długi wobec ZUS i Urzędu Skarbowego?
– Szczerze? Gdybyśmy zostali wtedy w drugiej lidze, po rundzie musielibyśmy się wycofać. Tak bardzo pogorszyła się sytuacja finansowa klubu.
– A jak wygląda aktualna kondycja Resovii?
– Szefowie sekcji piłkarskiej są odpowiedzialni. Wydają tyle, ile mają.
– Już dawno zapowiedział pan, że rezygnuje ze stanowiska. Kiedy przekaże pan pałeczkę?
– Problem w tym, że nie ma następcy. Myślałem, że będzie to któryś z członków zarządu, ale najwyraźniej ludzie przekonali się, jak niewdzięczny to kawałek chleba. Nie muszę chyba dodawać, że pracuję społecznie. Tak czy owak, miło byłoby pożegnać się z Resovią w momencie wkopania łopaty pod Centrum Lekkoatletyczne. Byłoby to efektowne zwieńczenie tych kilku lat rządów.
– Często pan podróżuje, właśnie wrócił pan z Hiszpanii. Zwiedza pan czy raczej wygrzewa się na słońcu, popijając drinki?
– Zwiedzam. Tym razem schodziliśmy Barcelonę wzdłuż i wszerz. Przepiękne miasto! Żałuję jedynie, że nie udało się pójść na mecz Barcy z Malagą.
Rozmawiał Tomasz Szeliga



3 Responses to "Wielbiłem Gerarda Cieślika"