„Wielka” afera o pomnik

Blanka SzlachcińskaPomnik Walk Rewolucyjnych inaczej zwany pomnikiem Czynu Rewolucyjnego powinien zostać usunięty – taką opinię wydał rzeszowski oddział Instytutu Pamięci Narodowej. Okazuje się, że od kilku tygodni temat wcale nie milknie, bo rzeszowianie szumnie dyskutują, oceniają, przyglądają się historii i głośno mówią, co – ich zdaniem – powinno się z pomnikiem stać.

Przypomnijmy tylko, że pomnik Walk Rewolucyjnych został wybudowany w latach 1971 – 1974. Zdecydowana większość rzeszowian nawet tego nie wie. Mijają go każdego dnia, umawiają się przed nim i są święcie przekonani, że stał się wizytówką Rzeszowa. Rozmawiając z ludźmi, w większości młodymi, zauważyłam, że pomnik wcale nie jest dla nich żadnym gloryfikowaniem komunizmu. Może z braku wiedzy, może z lekceważącego podejścia do historii, albo po prostu widzą w nim coś innego. Od męskich skojarzeń został on potocznie nazwany „wielką”. I tak właśnie „wielką” zna każdy, kto do Rzeszowa wjeżdża. Mi osobiście bardzo się taki pomnik kobiecości z przymrużeniem oka podoba i nie wyobrażam sobie, żeby miał zostać zburzony. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że „wielka” jest dla Rzeszowa jak wieża Eiffla dla Paryża. To niekwestionowany symbol miasta widoczny na wielu pamiątkach, pocztówkach, zdjęciach w publikacjach turystycznych. Po drugie, ja, moi znajomi i wiele osób, z którymi na ten temat rozmawiałam – nie zgadzamy się na to, żeby władza znowu mówiła nam, co wolno, a czego nie; które elementy naszej historii należy zachować, a które zlikwidować, a może nawet pisać na nowo; co ma być symbolem Rzeszowa, a co nim być nie może.

Rzeszowianie robią, co mogą, żeby pomnik nie został wyburzony. Pojawiło się wiele propozycji na jego przekształcenie. Wszystko, żeby tylko został. Jedni mówią, że powinien zostać nietknięty jako obraz tej smutnej części naszej historii, inni chcą zrobić z pomnika flagę Unii Europejskiej, a widziałam też propozycje, by wkomponować z niego Jezusa czy Maryję, co już w ogóle jest dla mnie totalną abstrakcją. Padają też pytania o to, dlaczego ten symbol miasta trafił w ręce oo. bernardynów. Kwestie sprzedaży działki z bonifikatą można było rozwiązać, wyłączając z tego pomnik. Ten powinien być własnością miasta, jego mieszkańców i tu wielkie pole do popisu dla władz, żeby pomnik odzyskać i zacząć o niego dbać jak o wizytówkę Rzeszowa.

Wojewoda Podkarpacki ma zdecydować, co finalnie stanie się z pomnikiem. Tylko czy politycy zdają sobie sprawę z tego, że jego wyburzenie poniesie też ze sobą ogromne koszty, nie mówiąc już o stratach wizerunkowych dla miasta, sentymentalnych dla rzeszowian. Trzeba będzie wyłożyć dużo pieniędzy (publicznych, czyli z naszych kieszeni), żeby pomnik usunąć. Do tego dojdzie chaos komunikacyjny ze względu na konieczność zamknięcia najbliższych ulic, czyli głównego skrzyżowania Rzeszowa. Po co to komu? Niech sobie nasza „wielka” stoi. Jak władzy przeszkadza, to niech na nią nie patrzą. Większość rzeszowian chce, żeby pomnik został.

Redaktor Blanka Szlachcińska

6 Responses to "„Wielka” afera o pomnik"

Leave a Reply

Your email address will not be published.