Wielka tragedia przed ligowym meczem…

Fot. Paweł Galek
Fot. Paweł Galek

Przerażenie, wielki ból, straszna rozpacz, ogromna żałość i malujący się na ludzkich twarzach grymas cierpienia – tak najkrócej można opisać atmosferę, jaka w wielkosobotnie przedpołudnie panowała na stadionie w Wólce Pełkińskiej.

Bramy wólczańskiego obiektu sportowego przekroczyłem około godz. 10.40. Wystarczyło jedno spojrzenie na skupione, wręcz obolałe twarze nerwowo poruszających się koło klubowego budynku działaczy Wólczanki, aby wiara w miłe spędzenie najbliższych kilku godzin runęła niczym konstrukcja z zapałek. Co się stało? Skąd taka grobowa atmosfera? Po chwili nogi ugięły się pode mną. – Trzech naszych nie żyje, nie wiadomo, co z pozostałymi – słowa te wręcz wykrzyczał do mnie jeden z klubowych działaczy. Po chwili z szatni wyszedł Paweł Wtorek, trener Wólczanki. – To straszna tragedia, nie mogę w to uwierzyć, coś strasznego – wyrzucił z siebie jednym tchem szkoleniowiec. Również obecny na stadionie wiceprezes Wólczanki, Mariusz Olejarka, przez chwilę nie mógł wydobyć z siebie słowa. – Przepraszam, ale porozmawiamy później – zakomunikował z trudem powstrzymujący łzy działacz, na co dzień człowiek pogodny, spokojny i niezwykle opanowany. Wewnątrz szatni panowała przygnębiająca atmosfera. Część piłkarzy z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się nieruchomo w sufit. Kapitan drużyny, Krzysztof Pietluch, z założonymi na szyję rekami sprawiał wrażenie, jakby nic do niego nie docierało.

Tragedii ciąg dalszy…
Kilka minut po godzinie jedenastej dyrektor klubu Tomasz Andrejko przekazał tragiczną informację. – Na pewno nie żyją Patryk Szewczyk oraz Kamil Pydych – zakomunikował. Słowom tym towarzyszyło niedowierzanie mieszające się z wielką rozpaczą. Złowieszczą ciszę przerwał dopiero arbiter z Białej Podlaskiej, który miał prowadzić mecz z udziałem drużyn z Wólki Pełkińskiej i Świdnika. – Odwołujemy zawody. Wprawdzie nie możemy dodzwonić się do delegata centrali piłkarskiej, ale całą odpowiedzialność za podjętą decyzję bierzemy na siebie – zakomunikował. Po chwili na wólczańskim obiekcie sportowym rozegrał się kolejny dramat. Oto na stadion przybyła matka Patryka Szewczaka, która miała obejrzeć zmagania Wólczanki o ligowe punkty, a następnie zabrać syna do domu. Niestety, przed klubowym budynkiem usłyszała straszną wiadomość o tragicznej śmierci Patryka i jego kolegów.

Pozostała tylko modlitwa…
Z wiceprezesem Mariuszem Olejarką spotkałem się ponownie w godzinach popołudniowych. – O tej strasznej, niewyobrażalnej tragedii dowiedziałem się w drodze na stadion – zaczął mówić powoli, nerwowo cedząc słowa za słowem. – Z wrażenia zjechałem na pobocze i długo nie mogłem dojść do siebie. Ciarki przeszły mi po plecach, łzy same cisnęły się do oczu. Mieliśmy wielkie plany związane z tymi chłopcami. Chcieliśmy podjąć walkę o zapewnienie sobie miejsca w nowej, zreformowanej trzeciej lidze. Stać nas na to było zarówno pod względem sportowym, jak też ekonomicznym. Niestety, w jednej chwili wszystkie nasze plany obróciły się w nicość. Nie wiem, co dalej będzie z drużyną oraz naszym uczestnictwem w rozgrywkach ligowych. Wprawdzie skontaktował się dzisiaj z nami prezes Lubelskiego Związku Piłki Nożnej, pan Zbigniew Bartnik, który zadeklarował daleko idącą pomoc, jednak nie potrafię w tej tragicznej dla nas chwili powiedzieć, co dalej będzie z Wólczanką. Na pewno będziemy wnioskować o przełożenie kolejnego meczu ligowego. Ale czy tylko tego spotkania? Nie wiem.

Udało mi się również porozmawiać z kapitanem Wólczanki, Krzysztofem Pietluchem. – W szatni oczekiwaliśmy na przyjazd kolegów z Mielca – mówi powoli. – Dziwiło nas to, że niezwykle zdyscyplinowani i zarazem punktualni mieleccy piłkarze tym razem spóźniają się. Po chwili zadzwonił do mnie brat, który poinformował mnie, że gdzieś w okolicach Kolbuszowej miał miejsce tragiczny wypadek, w którym podobno zginęli młodzi ludzie. Początkowo nie łączyliśmy tej tragicznej informacji z naszymi kolegami. Ogarnął nas jednak dziwny niepokój. Zaczęliśmy nerwowo wydzwaniać po znajomych, aby coś więcej dowiedzieć się na temat wypadku. Niestety, po chwili zadzwoniła do mnie siostra, która przekazała mi straszną wiadomość. Ogarnęła nas straszna rozpacz. Koledzy siedzieli jak zahipnotyzowani, nic do nas nie docierało. Ja dopiero po kilku godzinach doszedłem do siebie. Udałem się do kościoła i tam modliłem się za tragicznie zmarłych przyjaciół oraz o zdrowie dla tych, którzy przeżyli.

– Pozostała nam tylko modlitwa – dodaje Stanisław Olejarka, prezes Wólczanki. – Otrzymaliśmy informację, że Damian Bożek już opuścił szpital. Mocno wierzymy, że pozostali chłopcy również wrócą do zdrowia. O to będziemy się modlić.

W późnych godzinach popołudniowych zadzwonił do mnie Mariusz Olejarka, który zdołał wydusić z siebie tylko jedno zdanie – Mariusz Korzępa nie żyje…

Henryk Majcher

Leave a Reply

Your email address will not be published.