Wielki chaos, czyli zdalne nauczanie po polsku

Nauczyciele, którzy pracują w kilku szkołach muszą się mocno nagimnastykować, żeby prowadzić w nich lekcje jednocześnie.

PODKARPACIE. Nauczyciele, rodzice i uczniowie (nie) dziękują za edukację online.

Porażka, tragedia, dramat – to słowa, które w polskich szkołach padają ostatnio najczęściej. Serwery dzienników elektronicznych padły już pierwszego dnia, polecane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej e-podręczniki też nie wytrzymały obciążenia. Na platformie Teams, gdzie uczniowie mogą zobaczyć swojego nauczyciela niby było lepiej, ale nie wszystkim udało się połączyć. Oto nauczanie online w polskich warunkach.

– Ze strony rodzica to jeden wielki chaos. Logowanie na e-dziennik to jakaś katastrofa. Jeśli już mi się uda, robię zdjęcia tego co do zrobienia mają moje dzieci. Gdy trzeba wysłać nauczycielowi pracę, program się zawiesza! To całe nauczanie online to jedna wielka porażka! – mówi oburzony czytelnik, który do nas zadzwonił. – Dzieci nie wiedzą, co robić, ale przecież wszystko jest super. Dziękuję za taką edukację.

– W klasie mojego syna na 22 uczniów zalogowało się 15 i bezproduktywnie przesiedzieli przed komputerem kilka godzin. Z wirtualnej klasy ciągle nas odrzucało, nie dało się pobrać materiałów. Porażka! Nie zrobimy w Polsce drugiej Finlandii – nie ma złudzeń mama licealisty.

– Na serwisie Gmail uczniowie muszą założyć profile, potrzebne do wirtualnej klasy. Dopóki nie ukończą 18 roku życia, nie mogą tego zrobić. Rodzice wpisywali więc inną datę urodzin, albo udostępniali im własne maile. Poza tym boją się, że będą dostawać erotyczne treści, które tam często przychodzą – relacjonuje inny z rodziców. W międzyczasie MEN stwierdziło, że rodzice łamią prawo i w zasadzie nikt nie wie, co robić.

Cudowne narzędzie MEN

– Minister twierdzi, że 94 proc. szkół świetnie sobie radzi. Absolutnie nie! Po pierwsze, kilkanaście procent polskich dzieci nie ma dostępu do komputera i internetu. Nauczyciele też nie mają najlepszego sprzętu. Oprogramowanie zawodzi, komputery nie wytrzymują – bulwersuje się nauczycielka jednej z rzeszowskich podstawówek. Już w środę systemy Vulcan, Librus czy Uonet+ padły.

– Microsoft Teams, gdzie tworzy się wirtualną klasę, raczej się sprawdza. Uczniowie i nauczyciel się widzą. Mogą załączać pliki, udostępniać pulpity. Choć nie wszystkim udaje się połączyć. Nasz dyrektor stwierdził, że starsi nauczyciele sobie z tym nie poradzą i trzymamy się platformy e-podręczniki – przyznaje nauczycielka. To bezpłatne narzędzie resortu edukacji, które oferuje gotowe materiały. – Kolejna cudowne dzieło MEN! Nie można się zalogować, dodać klas, często wyrzuca nas ze strony. Zanim  nauczyciel w ogóle przygotuje lekcje i wyśle dzieciom, mija wieczność. Dziś okazało się nawet, że jestem zalogowana jako ktoś inny. Mogłam rozmawiać z zupełnie obcymi dziećmi. Po ponownym zalogowaniu zniknęły wszystkie moje klasy. Jednocześnie rozdzwonili się rodzice, krzycząc, że dzieci w tym czasie pracowały i wszystko przepadło. Koszmar! – ocenia nasza rozmówczyni.

Belfrowie zwracają uwagę na jeszcze jedną kwestię. – Nikt nie wziął pod uwagę nauczycieli, uczących w kilku szkołach. Każda korzysta z innych narzędzi do nauczania, ma inną wizję. Dobrze, że mam 2 laptopy. Na jednym odbieram pocztę, na drugim pracuję na e-podręcznikach. Jutro rozpocznę naukę na Teams – wylicza kobieta. Rozporządzenie MEN wcale nie mówi jednak, że praca musi odbywać się online.  Dostaliśmy sygnał, że w jednej z placówek dzieci dostają SMS z informacją, co mają zrobić i odsyłają zdjęcie ćwiczeń. W ostateczności materiały można wysłać… tradycyjną pocztą.

Wioletta Kruk

17 Responses to "Wielki chaos, czyli zdalne nauczanie po polsku"

Leave a Reply

Your email address will not be published.