
ZBIGNIEW SMÓŁKA, trener Stali.
– Czy to był najlepszy mecz Stali w tym roku?
– Miał bardzo ciekawe fazy. Gdy objęliśmy prowadzenie i zeszła z nas presja, a potem gdy graliśmy dziesięciu na dziesięciu, widać było jak dużą jakość posiadają moi zawodnicy. Moim zdaniem, najlepsze spotkanie rozegraliśmy jednak w Katowicach (Stal wygrała wówczas 2-0 – red.).
– Kibice mieli frajdę, ale trzeba przyznać, że dziś cały stadion zdzierał gardło i atmosfera była niesamowicie gorąca.
– Wierzyć, dopingować i szanować, bo piłkarze Stali na to zasługują. Dopóki Wigry miały siły, ciężko nam było coś wykreować. Lecz w drugiej połowie nieźle zatańczyliśmy! Wszyscy kibice zobaczyli, jak chcemy grać, jaką piłkę kocham.
– Co bardziej pana cieszy: zdobycie trzech goli czy fakt, że zespół wreszcie nie stracił bramki?
– Przez cały tydzień mówiłem, że ucieszy mnie nawet najskromniejsze zwycięstwo, ale teraz jestem zadowolony, gdyż w dwumeczu mamy lepszy bilans. Przypomnę, że w Suwałkach przegraliśmy 0-2. Raduję się z dyspozycji zawodników, realizacji założeń, ale też martwię, bo sypiemy się. Coraz więcej jest mikrourazów, doszły kartki. A jeśli już przy nich jesteśmy, uważam, że za przewrotkę powinna być żółta, a nie czerwona. Rafał nie widział przeciwnika, nie chciał zrobić mu krzywdy. Sytuacja jest niewesoła, ale wiem, że pozbieramy się i tanio skóry podczas dwóch najbliższych, ciężkich wyjazdów, nie sprzedamy (mielczanie grają w środę w Chojnicach i w niedzielę w Głogowie – red.).
– Ma pan Michała Janotę. Taki piłkarz to skarb.
– Zgadza się, choć gra nierówno. Dziś wzniósł się na bardzo wysoki poziom, lecz powiedzmy sobie szczerze: w naszej drużynie nie było słabego ogniwa. Wypracowaliśmy mnóstwo okazji, dwa gole strzelili piłkarze wchodzący z ławki, a to też o czymś świadczy. Zawsze powtarzam: pierwszy zawodnik jest tak samo ważny jak ten ostatni. W meczu z Wigrami widać to było bardzo wyraźnie.
Rozmawiał Tomasz Szeliga


