
SuperWywiad z KAMILEM SKWIRUTEM, radnym Rzeszowa, entuzjastą historii.
– Ludzie zbierają znaczki albo monety, a Pan listy z obozów koncentracyjnych, czyli piekła na ziemi. Dlaczego?
– Zajmuję się raczej dokumentowaniem historii, która miała miejsce dość dawno temu. Bezpośredni świadkowie odchodzą, pamiątki, które po nich zostają, nie zawsze są traktowane jak relikwie. Czasami się je przekazuje do muzeów, a czasami wyrzuca. Kolekcjonując listy, mam poczucie misji. Zależy mi na tym, żeby pamięć o wydarzeniach z lat 40. XX wieku przetrwała. Dzięki tym zbiorom i opowieściom, jakie snuję, ci ludzie mają twarz, nie są tylko numerem przeznaczonym do unicestwienia.
– Tematem zaczął się Pan interesować, gdy poznał losy swojego dziadka, który zginął w Auschwitz?
– Właściwie to nie był moim dziadkiem, lecz pierwszym mężem mojej babki, z którą miał syna Jana, przyrodniego brata mojej mamy. Przedwojenny kawalerzysta w stopniu kaprala, rodem z Przybyszówki. Przypadkowo trafił na gestapo w Rzeszowie, a stamtąd do Tarnowa i Auschwitz. W obozie przebywał zaledwie przez miesiąc, zimą 1943 roku – i tam zginął. Miał zaledwie 30 lat.
– Co się stało?
– W akcie zgonu wpisano „puchlina osierdzia”, która jest nieprawdziwą przyczyną śmierci, bo choroby z zakresu wad serca czy płuc ewidentnie były wpisywane z klucza. Urzędnik miał listę chorób, wybierał sobie którąś i wpisywał do akt. Przypuszczalnie mąż mojej babki został rozstrzelany albo zakatowany. Śmierć z przyczyn naturalnych jest najmniej prawdopodobna.
– Kiedy zdobył Pan pierwszy list obozowy?
– W 2014 roku kupiłem pierwszy dokument na nazwisko Antoni Nowak – od razu dość niezwykły. Gdy zwróciłem się – a zawsze tak robię – do Muzeum Auschwitz, by potwierdzić tożsamość, okazało się, iż nie mieli więźnia przypisanego do danego numeru. Historia mnie zaintrygowała, lawina ruszyła, dziś w swoich zbiorach posiadam około 100 listów, kopert, kart pocztowych, formularzy albo banknotów z 13 obozów koncentracyjnych. Najwięcej z Auschwitz, ale też z Ravensbrück, Theresienstadt, Gross Rosen, Sachsenhausen, Mauthausen Gusen, Neuengamme, Dachau, Buchenwaldu i innych.
– Gdzie kupuje Pan te dokumenty?
– Na portalach aukcyjnych, w antykwariatach, od osób prywatnych. Po materiale TVP z okazji wyzwolenia obozu oświęcimskiego odezwali się do mnie ludzie z całej Polski. Siostra więźnia z Przemyśla wzruszyła się do tego stopnia, że pragnie oddać mi jego list.
– To prawda, że podczas praktyk w Muzeum Auschwitz mieszkał Pan w willi Rudolfa Hoessa?
– Mieszkaliśmy w komendanturze czyli po sąsiedzku. Prawdą jest natomiast, że w dawnym gabinecie komendanta obozu znajduje się pokój gościnny dla praktykantów.
– Nie wiem, czy bym zasnął w takim miejscu.
– No tak, pierwsze noce są trudne. Wygląda pan przez okno i widzi krematorium oraz szubienicę, na której został powieszony Hoess. To wszystko działa na wyobraźnię, lecz najgorsza w nocy jest przejmująca cisza…
– Wróćmy do pańskiej kolekcji. Proszę opowiedzieć o korespondencji, która jest Panu szczególnie bliska.
– To kartka pocztowa 14-letniego Leszka Kowalczyka z KL Warschau, który po upadku Powstania Warszawskiego został wygnany z matką do Krakowa, gdzie pracował w fabryce. I ten chłopiec pisze, że pracuje od 7 rano do 16.30, bo mamusia jest chora, a on musi ją utrzymać. W styczniu napisał do Polskiego Komitetu Opiekuńczego: “Chodzę do pracy w drewniakach na lato, proszę mi przysłać coś z odzieży i buty numer 15”. Jak pan wie, organizuję przeróżne spotkania z osobami starszymi, ale też młodzieżą w szkołach. Pokazuję dokumenty, opowiadam im te wszystkie straszne historie. List Kowalczyka zazwyczaj zostawiam na koniec. Po jego przeczytaniu, na sali zapada głucha cisza. Relacja dziecka z wojny zawsze jest najbardziej wstrząsająca.
– Przeglądam te listy, są niesamowite…
– O, proszę spojrzeć. Henryk Mikołajczyk, młody człowiek, pisze do mamy, że jest zdrowy, a cztery dni później już nie żyje. I jeden z listów wysłanych do obozu przez matkę Mikołajczyka wraca do niej, bo staje się po prostu zbędny.
– Każdy więzień obozu koncentracyjnego mógł napisać list?
– Więzień przybywający do obozu podawał jeden adres korespondencyjny. Z Oświęcimia z reguły można było wysłać w miesiącu dwa listy. Jeśli chodzi o samą formę, istniała instrukcja, co można w liście pisać, a czego nie. Więzień wypełniał treścią pole, a że nie mógł pisać jak naprawdę w obozie jest, ograniczał się do formułek w stylu: jestem zdrowy, mam co jeść, niczego mi nie brakuje, nie martwcie się o mnie. Po czym to on zasypywał rodzinę dziesiątkami pytań. Próba pisania o tym, co rzeczywiście dzieje się za drutami kończyła się tragicznie – śmiercią, w najlepszym razie przeniesieniem do karnego komando. Więc jeśli ktoś decydował się przemycić jakąś informację, czynił to przez gryps, a nie oficjalną korespondencję, która dodatkowo podlegała jeszcze cenzurze.
– W listach więźniowie czasem prosili swoich bliskich o pieniądze.
– Najczęściej o niewielkie kwoty 5 czy 10 marek. Wysyłano je pocztą na specjalnych blankietach. Nie wolno było przesyłać natomiast paczek z żywnością albo ubraniami. Więźniowie mają wszystko, co im potrzebne – przekonywali Niemcy.
– Pieniądze trafiały do osadzonych?
– Raczej tak, choć nie zawsze w całości. Wtedy więzień otrzymywał instrukcję i w następnym liście pisał: dziękuję za wpłatę i proszę o jeszcze.
– Zdaje się, że Majdanek był pod tym względem specyficzny?
– Tam można było korespondować tylko przez 13 miesięcy działalności obozu. I obowiązywała skrócona forma – więzień mógł napisać, a raczej zakreślić: jestem zdrów bądź jestem chory. Jak Pan myśli, jak wiele osób przyznawało się, że coś z nimi nie tak?
– Prawie nikt.
– Oczywiście. Wszyscy cieszyli się nienagannym zdrowiem! Kartki z Majdanka sporządzane były w języku polskim, w pozostałych obozach korespondencja odbywała się po niemiecku. Odpowiadała za to specjalna komórka “pisarzy”.
– Obozowa korespondencja to przykład na aptekarską dokładność Niemców, ale i wielki cynizm. Niemcy zatrudniali w tym celu mnóstwo osób, tworzyli regulaminy, zużywali tony papieru, angażowali całą machinę biurokratyczno-urzędniczą. Po to, żeby zamydlić oczy opinii publicznej?
– Dokładnie. Listy były doskonałą zasłoną dymną. Armia Krajowa alarmuje świat, że w Auschwitz morduje się ludzi na skalę masową? Co za bzdura! Skoro więźniowie wysyłają listy, to chyba zrozumiałe, że cieszą się względną swobodą – odbijali piłeczkę oprawcy.
– W pańskich zbiorach znajdują się pamiątki po mieszkańcach Podkarpacia. Wiążą się z nimi arcyciekawe historie.
– Zgłębiam na przykład losy Zbigniewa Maciurzyńskiego, więźnia Auschwitz pochowanego w rodzinnym grobowcu w Radomyślu nad Sanem. Maciurzyński zmarł w obozie, a jego matka zwróciła się z prośbą do komendanta o wydanie prochów syna. I rzecz niezwykła – prochy te otrzymała! Czy to faktycznie były skremowane szczątki Zbigniewa? Zapewne nie, ale na tym wątpliwości się nie kończą, bo więzień o tym samym imieniu i nazwisku w obozowym archiwum pojawia się…dwa lata później i posiada zupełnie inny numer. I tu dochodzimy do dylematu badacza. Rodzi się bowiem szereg pytań, a kluczowe brzmi: czy były dwie takie same osoby czy może ktoś popełnił błąd i mówimy o jednej i tej samej?
– Zmarły w ubiegłym roku Stanisław Szpunar z Rzeszowa, który trafił do Auschwitz pierwszym transportem, wysłał stamtąd około 70 listów. Dobrze się panowie poznaliście.
– Pan Stanisław przebywał w obozie od początku aż do jego wyzwolenia, stąd tak obszerna korespondencja. Przekazał ją zresztą w całości muzeum oświęcimskiemu. Rozmawialiśmy wielokrotnie o obozowym piekle, sprawiedliwości, która nie wszystkich dosięgła aż pewnego dnia zdobył się na taką oto refleksję. Skoro u zarania dziejów, gdy na Ziemi mieszkali jedynie Adam z Ewą i synami, zdarzyło się okrutne morderstwo i Kain zabił swojego brata Abla, to czego się spodziewać po ludzkości w XX wieku, w świecie zamieszkałym przez miliony?
– Niezwykła jest relacja dotycząca zeznań Szpunara, które ocaliły esesmana, niejakiego Georga Sommerera. Proszę o nim opowiedzieć.
– Ten Niemiec był wzornikiem i kreślarzem, miał zaledwie 18 lat, gdy wybuchła wojna. Został członkiem SS i trafił do załogi KL Auschwitz. Szpunar wpadł na Sommerera przypadkiem, w chwili, gdy ten kłócił się z innym polskim więźniem, Mieczysławem Jagodzińskim. – Panie oficerze, nic nie widziałem – Szpunar zachował się bardzo przytomnie, ale i tak mógł się tylko modlić o cud. Bo takie sytuacje były w obozie niedopuszczalne i Niemcy krnąbrnych więźniów i świadków od razu stawiali pod mur. No ale cud się zdarzył. Sommerer utarczkę puścił w niepamięć, Polacy nie ponieśli żadnej konsekwencji. Po zakończeniu wojny Szpunar zeznawał na korzyść Sommerera, a ten odzyskał wolność i wrócił do domu. Zresztą nie tylko rzeszowianin poświadczył, iż młody oficer SS zachowywał się w obozie przyzwoicie. Nawet w takim miejscu zdarzali się zatem dobrzy Niemcy. Niektórzy pokazywali zdjęcia swoich bliskich i klękali nawet przed snem do pacierza…
– Nie wszyscy mieli w życiu tyle szczęścia, co Stanisław Szpunar. Z korespondencją z Neuengamme wiąże się szalenie tragiczne wydarzenie.
– Chodzi o Jana Poździeja, przedwojennego naczelnika więzienia w Sieradzu, który trafił do Auschwitz, a potem do Neuengamme. Ewakuowano go na statek aż nadleciały angielskie samoloty. Niemcy nie chcieli się poddać, więc RAF zrzucił bomby i statek poszedł na dno w Zatoce Lubeckiej. Zginęło ponad 6 tysięcy więźniów obozów koncentracyjnych, oprócz Poździeja m.in. bracia Zbigniew i Edward Drzałowie, koledzy Stanisława Szpunara z pierwszego rzeszowskiego transportu do Auschwitz. To wszystko działo się 3 maja, dzień po zdobyciu Berlina i pięć dni przed końcem wojny w Europie. Ci więźniowie zginęli praktycznie jako wolni ludzie! W swoich zbiorach posiadam również korespondencję małżeństwa lekarzy z Gniezna: Olgi i Jana Pakowskich. On został wypuszczony z Auschwitz na podstawie przepisów międzynarodowych. To bardzo rzadki przypadek.
– O tym wszystkim opowiada Pan na spotkaniach z młodzieżą szkolną, studentami. Jakie są ich reakcje?
– Mam wrażenie, że historia wraca do łask. A gdy pada hasło obóz koncentracyjny, ucha nadstawiają nawet ci, którzy historią na co dzień się nie interesują. Podczas moich prelekcji w szkołach zazwyczaj jest cicho jak makiem zasiał, uczniowie są wyraźnie przejęci. Ale czy może być inaczej, skoro pokazuję im zdjęcia transportu węgierskich Żydów, wykonane przez esesmanów, gdy eksterminacja następowała w chwilę po przybyciu do obozu? Tłumaczę młodzieży: ludzie na dróżce po lewej zmierzają prosto do krematorium, choć o tym nie wiedzą. Ci, którzy znaleźli się po prawej stronie, otrzymali jeszcze jedną szansę od losu. Założyłem sobie, że będę edukował, pokazując skomplikowane ludzkie losy. Pracę tę wykonuję społecznie, nie zarabiam na spotkaniach. Opowiadam więc historię każdego człowieka z osobna. Uświadamiam, że wojna była totalna. Dotykała wszystkich, bez wyjątku. Proszę spojrzeć, kto pisał “moje” listy: lekarz, redaktorka komunistycznego pisma, szef więzienia, student, nauczycielka, ksiądz. W obozie mógł się znaleźć każdy.
– Bada Pan również losy Polaków pomordowanych w Katyniu.
– Tak. Dokładnie życiorysy oficerów urodzonych w granicach przedwojennego powiatu rzeszowskiego. W Katyniu, Charkowie i Miednoje zginęło ich blisko 100. To jednak temat na inne opowiadanie.
– Taka praca pochłania mnóstwo czasu, energii i pieniędzy. Zgaduję, że ma Pan wyrozumiałą żonę?
– Oczywiście, że mam olbrzymie wsparcie ze strony żony i całej rodziny. Gdybym nie zajmował się historią, byłbym innym człowiekiem, pewnie gorszym, pochłaniałyby mnie jakieś głupstwa. Przy okazji ciekawostka: to dzięki mojemu hobby żona dowiedziała się, iż Wiktoria Marczak – siostra jej dziadka, mając 39 lat, zginęła w Auschwitz. Rodzina nie miała o tym pojęcia.
Rozmawiał Tomasz Szeliga



4 Responses to "Więźniowie byli ludźmi, nie numerami"