BIESZCZADY. Zagryzione i poranione zwierzęta, do tego straty liczone w dziesiątkach tysięcy złotych – mieszkańcy bieszczadzkich miejscowości mają dość wilków, które dziesiątkują ich stada. Domagają się zmiany przepisów i legalnego odstrzału uciążliwych drapieżników. – Inne rozwiązania zawodzą, nie widzimy innego wyjścia – mówią hodowcy i zapowiadają interwencję w tej sprawie w resorcie środowiska.
Wilki grasujące w okolicach Ustrzyk Dolnych i pobliskich miejscowości stały się utrapieniem mieszkańców. Drapieżniki szukają łatwego pożywienia i coraz śmielej podchodzą pod gospodarstwa. Zabijają bydło, rzucają się także na psy pilnujące obejścia.
Nie pomagają siatki, elektryczne pastuchy, ani pilnowanie zwierząt przez gospodarzy. Artur Lenard, mieszkaniec Bandrowa Narodowego, od 20 lat prowadzi hodowlę owiec. Wylicza, że w przeciągu dwóch ostatnich lat wilki zabiły mu prawie 60 sztuk. – Co ciekawe, wilki atakują te najlepsze, najsilniejsze matki, a nie najsłabsze osobniki jak to zwykle bywa – mówi.
Zdarzało się też, że zaduszały kotne zwierzęta. – Miałem taką sytuację jesienią ubiegłego roku. Wilki zabiły kilkanaście kotnych owiec, a z brzucha powyciągały młode. Drastyczny widok… – relacjonuje.
W dzień pilnuje stada, na noc bydło zagania do zagrody. Pastwisko ogrodził siatką, ale i to nie pomogło. – Wilki potrafiły podkopać się pod ogrodzeniem – opowiada. Kupił też trąbę, którą próbował odstraszać drapieżniki. Wszystko na nic. – Codziennie widzę wilki w pobliżu mojego stada. Podchodzą i czekają, aż wypuszczę owce. Zrobiły się bardzo cwane, potrafią przyjść i gonić te, które sobie upatrzyły – opowiada.
Siatkę wpuścił w głąb ziemi. Nieco się uspokoiło, ale jak przyznaje, obcowanie z wilkami skutecznie zniechęciło go do hodowli. – Gdybym wiedział, że będę miał z wilkami takie problemy, dwa razy bym się zastanowił, zanim zająłbym się hodowlą – przyznaje.
Problemem są też rekompensaty przyznawane przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska. – Każdy przypadek dokumentuję i zgłaszam. Dostaję odszkodowanie, ale są to kwoty, które nie są adekwatne do poniesionych strat. Rekompensatę dostajemy od kilograma „żywca”, nie prawdziwej wartości sztuki. Nikt nie płaci nam też za młode wyjęte przez wilki z brzucha matki – mówi.
Zaznacza, że owce hoduje od dawna, ale do takich zdarzeń wcześniej nie dochodziło. Sytuacja nasiliła się kilka lat temu. Uważa, że jedynym rozwiązaniem jest odstrzał. – Wilków jest po prostu za dużo, wszyscy o tym wiedzą, ale nikt nie chce tego przyznać, bo są pod ochroną. Wydaje mi się, że wystarczy odstrzelić „przywódcę” stada. Do mnie na „zwiady” przychodzi jeden wilk, który później ściąga za sobą na polowanie inne. Być może to rozwiązałoby problem – podsumowuje.
Dziesiątki tysięcy złotych strat
Straty finansowe z powodu ataku wilków liczy też Agnieszka Grzesik. Jej rodzina od lat utrzymuje się z hodowli, ale jak przyznaje pani Agnieszka, problem z wilkami nasilił się w ciągu kilku ostatnich lat. – Pojawiają się u nas regularnie, codziennie natrafiamy na ich ślady – opowiada.
W ubiegłym roku drapieżniki zagryzły pięć jałówek i rocznych byczków, później źrebaka przeznaczonego na rozród. – Stado zaatakowała potężna wataha licząca około 20 osobników – relacjonuje.
Od tego czasu zwierzęta trzymają w oborze. Wilki zagryzły też cztery psy należące do pani Agnieszki.
Wilki podchodzą pod samą oborę, w której od ataków trzymają zwierzęta. – Wcześniej nie zawsze zaganialiśmy zwierzęta, bo pastwisko jest daleko i było to dla nas uciążliwe, ale teraz nie mamy wyjścia – rozkłada ręce.
Straty spowodowane przez wilki szacuje na kilkadziesiąt tysięcy złotych. – Wartość jednego źrebaka to około 7 tysięcy złotych – szacuje nasza rozmówczyni. – Rekompensaty są o wiele niższe – podkreśla.
Ale straty finansowe to jedno, inną kwestią jest, jak przyznaje nasza rozmówczyni, trauma spowodowana widokiem rozszarpanych zwierząt. – To jest koszmarny widok… – przyznaje i dodaje. – Coś z tym trzeba zrobić. W dzień nie spuszczamy stada z oka, w nocy też nie śpimy, bo nasłuchujemy, czy nic się nie dzieje. Tak się nie da dalej funkcjonować, coś trzeba z tym zrobić – dodaje.
Hodowcy boją się wiosny
– Wilki nic nie robią sobie z zabezpieczeń – przyznaje Krystyna Żarów, która w listopadzie ubiegłego roku po ataku wilków straciła 350-kilogramową jałówkę.
– Pastwisko ogrodziliśmy siatką z podmurówką, na noc zamykamy bydło w zagrodzie, ale to nic nie daje. Wilki cały czas kręcą się wokół stada, starają się sforsować zabezpieczenia, niczego się już nie boją… – opowiada.
Pani Krystyna przyznaje, że hodowcy boją się zbliżającej się wiosny. – Zacznie się wypas, a my nie damy rady przez cały czas pilnować zwierząt i, ze względu na odległość pastwisk, co noc zganiać ich do obory – przyznaje.
Z obecności psów wilki też nic już sobie nie robią. – Nieraz po wilczej uczcie z psów zostawała tylko obroża – mówi pani Krystyna i dodaje. – Chcemy czuć się bezpiecznie, normalnie żyć i pracować. Robimy co możemy, grodzimy zwierzęta, pilnujemy stada, ale to nie zdaje egzaminu – mówi rozgoryczona.
Potrzebny legalny odstrzał
Jan Stoch prowadzi gospodarstwo rolne, hoduje bydło eksportowe. Jest też myśliwym od 40 lat zrzeszonym w kole łowieckim. – Wilki obserwuję od lat, ale do tej pory rozszarpane przez nie zwierzęta widywałem tylko w lasach – przyznaje.
Jego stado też zostało zaatakowane przez drapieżniki. – Atak trwał kilka minut. Usłyszałem straszny ryk, wybiegłem z domu, aby zobaczyć co się dzieje. Okazało się, że wataha zaatakowała stado, wilki pogryzły kilka zwierząt, dwa z nich padły. Do końca sezonu pastwiskowego nie spaliśmy, bo pilnowaliśmy bydła, nasłuchiwaliśmy wilków. Staramy się je jakoś odganiać, doszło do tego, że używamy nawet petard i rac, ale nic nie pomaga – mówi Jan Stoch.
Zdaniem naszego rozmówcy, problemem jest także stale rosnącą populację wilka. – Przez ostatnie kilka lat ich liczba znacznie wzrosła. W innych krajach, na Ukrainie i Słowacji populację wilka się kontroluje, u nas nie. To sprytne zwierzęta, niewykluczone, że spora ich część przeniosła się do nas, bo tutaj człowiek im nie zagraża – mówi. – Wydaje mi się, że jedyne rozsądne rozwiązanie to wydanie zezwolenia na legalny odstrzał wilków. Powiedzmy na rok czy dwa. I po tym okresie należałoby sprawdzić, czy presja wilka spadnie, czy nie – podsumowuje.
Jest zgoda na odstrzał
Wszystkie przypadki ataków wilków na zwierzęta gospodarskie należy zgłaszać do urzędu gminy lub miasta. W przypadku pośredniego zagrożenia istnieje możliwość uzyskania zezwolenia na płoszenie i niepokojenie lub odłów, natomiast w przypadku realnego zagrożenia – zezwolenia Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska na zabicie zwierzęcia.
Pod presją mieszkańców w ubiegłym roku burmistrz miasta i gminy Ustrzyki Dolne napisał do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Rzeszowie prośbę o odstrzał pięciu wilków. Dostał zgodę na odstrzał jednej sztuki.
Z wnioskiem o odstrzał wystąpiło też ustrzyckie starostwo powiatowe. Dostało zgodę na jedną sztukę.
– Decyzja ta, choć nie w pełni satysfakcjonująca, pozwala nam na odstrzelenie jednego osobnika w terminie od 1 maja do 31 sierpnia 2020 roku na terenie miejscowości Bandrów Narodowy, Krościenko i Zadwórze, a w przypadku, gdy ataki na żywy inwentarz nie ustaną i wilki wciąż będą wyrządzać szkody w gospodarstwach domowych, zabicie kolejnego osobnika – czytamy w komunikacie wydanym przez Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska.
Zdaniem Leszka Dobosza, sołtysa Równi, nie rozwiąże to problemów hodowców. – Jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydaje się redukcja liczby wilków, pozostałe rozwiązania zawodzą – przyznaje sołtys.
– Problem narasta od kilku lat. Wilki atakują krowy, owce czy konie. Wszystkie przypadki zgodnie z przepisami kierowane są do włodarza gminy, ten przekazuje sprawę do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Przedstawiciele przyjeżdżają na miejsce, przygotowują dokumentację, wypłacają odszkodowania i na tym sprawa się kończy. A my mamy już dość tej sytuacji, potrzebujemy konkretnych rozwiązań, które pozwolą zabezpieczyć hodowców. Czujemy się bezsilni – rozkłada ręce sołtys.
Zdesperowani mieszkańcy pomocy szukać będą u wojewody podkarpackiej i ministra środowiska. – Będziemy się organizować jako mieszkańcy tych terenów i wspólnie przygotujemy pismo z prośbą o rozwiązanie tej uciążliwej dla nas sytuacji – mówi sołtys.
Bać się wilka?
– Faktycznie odnotowujemy większą liczbę zgłoszeń dotyczących ataków wilków na zwierzęta gospodarskie – potwierdza Łukasz Lis, rzecznik Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska.
Ludzie osiedlają się na terenach dotąd niezamieszkałych, które stanowią rewiry bytowania wilków, stąd też coraz częstsza obecność tych drapieżników blisko domów – wyjaśnia rzecznik.
– Niestety, zwierzęta gospodarskie, wypasane czy przetrzymywane na terytorium watahy, stanowią pewne i stosunkowo łatwe źródło pokarmu. Wilk jest inteligentnym drapieżnikiem, więc wydaje się oczywistym, że wybierze to właśnie źródło pożywienia – dodaje Łukasz Lis.
Rzecznik zaznacza, że właściciele zwierząt gospodarskich są zobligowani ustawą do zabezpieczenia swojego stada. W przypadku przetrzymywania zwierząt na pastwiskach w ciągu dnia wskazane jest zabezpieczanie miejsca np. pastuchem elektrycznym, drutem kolczastym lub siatką.
W miarę możliwości nie należy pozostawiać zwierząt na noc na pastwisku. – Trzeba jednak pamiętać, że wilk jest na tyle sprawnym i przebiegłym drapieżnikiem, więc nie można mieć nigdy sto procent pewności, że zabezpieczenie będzie efektywne. Jednak profilaktyka jest bardzo ważna. Populacja wilków na podkarpaciu jest bardzo silna, więc trzeba wziąć poprawkę, że do takich incydentów będzie dochodzić, zabezpieczając się możemy – jeśli nie wyeliminować – to przynajmniej ograniczyć straty – kończy Łukasz Lis.
Szacuje się, że w lasach Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krośnie żyje aktualnie około 700 wilków. Od 1998 roku te drapieżniki objęte są ochroną gatunkową w całym kraju. W tym czasie ich populacja wzrosła kilkukrotnie.
Martyna Sokołowska






59 Responses to "Wilki dziesiątkują stada. Hodowcy mówią dość: „Chcemy odstrzału!”"