Władca Krokwi, który wykiwał hitlerowców

Fot. PZN, reprodukcja zdjęcia Fundacji Stanisława Marusarza w Zakopanem

Nazywano go „Tatrzańskim orłem”, „Królem nart”, „Władcą Krokwi” albo po prostu „Dziadkiem”. Stanisław Marusarz (1913 – 1993), czterokrotny olimpijczyk, wicemistrz świata w skokach narciarskich oraz wielokrotny mistrz Polski w narciarstwie był nie tylko wybitnym sportowcem, ale również żołnierzem ruchu oporu, kurierem tatrzańskim
i podporucznikiem Armii Krajowej, który dwukrotnie wydostał się z rąk niemieckich oprawców.

Swój pierwszy skok oddał w wieku 10 lat na nartach zrobionych wraz z bratem z drewna jesionowego, które następnie rzemykami przymocował do kierpców. To była próba w Dolinie Jaworzynki, w tajemnicy, bez widzów, która zresztą zakończyła się upadkiem. Jednak najwyraźniej nie zniechęciła go, bowiem już 4 lata później z powodzeniem rywalizował w konkursie na Wielkiej Krokwi, kiedy to szturmem wdarł się do czołówki zakopiańskich juniorów, zajmując 3. miejsce. Mimo uprawiania biegów i zjazdów narciarskich, to właśnie skoki stały się później jego wizytówką. Największym sukcesem, jaki osiągnął, było wicemistrzostwo świata w Lahti. Gdyby nie stronniczy sędziowie, którzy wypaczyli wyniki konkursu, mógł zostać najlepszym skoczkiem globu. Tytuł ten ostatecznie padł łupem Norwega Asbjorna Ruuda, a Marusarzowi na pocieszenie został srebrny krążek, puchar za najdłuższy skok dnia i… dywanik z reniferami.

Wojna początkiem nowego rozdziału

Pasmo sukcesów zakopiańczyka przerwał wybuch II wojny światowej, który rozpoczął nowy rozdział w życiu 26-letniego wówczas sportowca. Jeszcze przed jej wybuchem, Marusarz został kierownikiem Schroniska na Pysznej, które prowadziła jego rodzina. W czasie niemieckiej okupacji stało się ono punktem przerzutowym dla tatrzańskich kurierów. Jednym z nich został właśnie znający doskonale topografię Tatr i świetnie jeżdżący na nartach Marusarz. Działał na trasie Zakopane – Budapeszt, na której przeprowadzał ludzi, przenosił konspiracyjne materiały oraz pieniądze na działalność polskiego podziemia. Podobne funkcje pełniło jego rodzeństwo: brat Jan i siostra Helena. Trzy pozostałe siostry – Zofia, Maria i Bronisława – działały z kolei w Armii Krajowej, w której były łączniczkami.

Dwie „słowackie” wpadki

Popularność, jaką Marusarz zdobył jako sportowiec przed wybuchem wojny, nie pomagała mu w działalności konspiracyjnej. Po raz pierwszy wpadł w 1940 r., kiedy został zatrzymany przez słowacki patrol w okolicach Strbskiego Plesa. A że miał przy sobie 100 tys. ówczesnych złotych, stało się jasne, że o wszystkim musiało się dowiedzieć gestapo. Ostatecznie zdołał uciec, ale cała sytuacja sprawiła, że Marusarz zdał sobie sprawę, iż w Zakopanem i jego okolicach jest już „spalony”. Wraz z żoną Ireną postanowił przedostać się do stolicy Węgier. Gdy wydawało się, że wyprawa zakończy się powodzeniem, ponownie dali znać o sobie współpracujący z hitlerowcami nasi południowi sąsiedzi, którzy zatrzymali ich na granicy Słowacji z Węgrami. Oboje zostali umieszczeni w więzieniu w Preszowie, skąd następnie trafili do Nowego Sącza. Żona Marusarza, która udawała, że jest w ciąży, została zwolniona po trzech miesiącach. On sam trafił do gestapowskiej katowni „Palace” w Zakopanem, by ostatecznie zostać osadzonym w krakowskim więzieniu przy ul. Montelupich. – Korytarze były przepełnione. Tego dnia przywieziono bardzo wielu więźniów z różnych więzień w województwie krakowskim. Trwało parę godzin, zanim wszystkich rozlokowano w celach. Esesmani niemal bezustannie bili, szturchali, opluwali, lżyli stłoczonych w korytarzach ludzi. Nawet najmniejszy odruch sprzeciwu groził nieobliczalnymi skutkami. Hitlerowcy wystrzelaliby nas bez pardonu – tak po latach pobyt w krakowskim więzieniu wspominał Marusarz, który odmówił współpracy z hitlerowcami nawet wówczas, gdy ci zaproponowali mu intratną posadę trenera narciarstwa w Bawarii.

Witał się ze śmiercią

Zaledwie kilka dni po przybyciu do krakowskiego więzienia, Marusarz został osadzony w celi śmierci. To oznaczało, że jednym wyjściem w tej dramatycznej sytuacji jest ucieczka, którą zakopiańczyk zaczął planować z podoficerem Wojska Polskiego, Aleksandrem Bugajskim. Chęć ucieczki urosła w nich jeszcze bardziej po pobycie w forcie w Krzesławicach, gdzie na własne oczy zobaczyli zakrwawiony i podziurawiony kulami mur. To właśnie w tym miejscu wykonywano egzekucje. Ich i tak dramatyczną sytuację pogorszył rozkaz kopania rowów. Byli przekonani, że niebawem staną się one ich grobami. I chociaż w tym przypadku trudno mówić o szczęściu, do rowów trafili ostatecznie rozstrzelani przez hitlerowców… ich koledzy z sąsiedniej celi. To wydarzenie ostatecznie przekonało Marusarza i Bugajskiego do ucieczki. Za pomocą nóg od taboretu udało im się wygiąć kraty w oknach celi. To jednak był dopiero początek, bowiem później trzeba było skoczyć z wysokości 2. pięta i pokonać 4-metrowy mur. Zarówno im, jak i kompanom z celi sztuka ta niemal się udała. – Po drodze minął współwięźnia leżącego bezradnie ze złamaną nogą. Jemu skok nie wyszedł i pomóc mu już nie można było. We wspinaczce na mur pomogła klamka zamkniętej furtki, od której można się było odbić i złapać drutów kolczastych i dalej po drutach, nie zwracając uwagi na wbijające się w dłonie kolce, wspiąć na mur. Gdy uciekinierzy byli na murze rozległy się pierwsze strzały, syreny alarmowe i okrzyki esesmanów – można przeczytać w opisie ucieczki Marusarza. Zarówno on, jak i Bugajski zdążyli przedostać się na drugą stronę, reszta ich kompanów została rozstrzelana.
– Idąc w kierunku południowym natknąłem się na rzeczułkę i postanowiłem podążyć jej korytem. Dzięki temu skutecznie gubiłem ślad. Szedłem bardzo szybko, a chwilami biegłem – opisywał Marusarz.

Jak Marusarz stał się Przystalskim

Po ucieczce z więzienia Marusarz musiał opuścić polskie ziemie i osiadł na Węgrzech. – Nie mogłem pozostać w Zakopanem zbyt długo. Życie w ciągłym napięciu stawało się zbyt trudne. Trwały aresztowania, a ofiarami nasilającego się terroru gestapo byli również sportowcy. Wielu z nich powędrowało do więzień i obozów koncentracyjnych. W tej sytuacji wraz z żoną Ireną postanowiliśmy uciekać na Węgry – wyjaśniał na łamach książki „Na skoczniach Polski i świata”. U naszych bratanków jako Stanisław Przystalski trenował węgierskich skoczków i zjazdowców. Do swojego ukochanego Zakopanego Marusarz wrócił w 1945 r., gdzie później wybudował dom, zaprojektowany przez żonę. Wznowił też karierę sportową, startując m.in. olimpiadzie w Sankt Moritz (1948 r.) oraz w Oslo (1952 r.), a także seryjnie zdobywając mistrzostwo Polski. Karierę sportową zakończył mając 43 lata (1957 r.) ale tak naprawdę ze sportem nie zerwał nigdy. Młodsi nie bez kozery nazywali go „Dziadkiem” wśród sportowców. W 1966 r. został zaproszony jako gość honorowy na Turniej Czterech Skoczni i jakie było zdziwienie wszystkich, gdy w Garmisch-Partenkirchen założył narty i skoczył na odległość 60 kilku metrów jako przedskoczek. – Na pierwszym miejscu są narty, na drugim dzieci, na trzecim psy, na czwartym motory, a ja gdzieś tam na piątym – śmiała się żona Marusarza, nawiązując do jego pasji. Legendą obrosły już spotkania w jego domu, które przeciągały się do późnych godzin nocnych. Wszystko dzięki talentowi gawędziarskiemu Marusarza, a że opowiadać miał o czym, to i chętnych do słuchania jego historii nie brakowało.

„Umarł tak jak żył, stojąc”

Jego zasługi dla polskiego sportu i całego Zakopanego postanowiono uczcić w 1989 r., kiedy to podczas zamknięcia II Igrzysk Sportowych Polaków z Zagranicy, Wielką Krokiew nazwano jego imieniem. – Uprawiając narciarstwo, nawet w początkach kariery nie zaznałem uczucia lęku przed niebezpieczną skocznią lub trasą. Rzucałem wyzwanie losowi, co mnie wręcz ekscytowało. Sport był dla mnie życiem, życie było sportem. Narty były treścią mego życia, największą pasją. Twierdzono, że mam wyjątkowy talent. Jeśli nawet tak było, to przecież sam talent nie wystarcza, aby zostać mistrzem. Trzeba się uczyć i ustawicznie pracować nad sobą. Nie wolno się zrażać początkowymi niepowodzeniami. Sukcesy nie przychodzą łatwo – przekonywał Marusarz, który zmarł na zawał serca 29 października 1993 r. na Cmentarzu Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku, gdzie później został pochowany, wygłaszając przemówienie na pogrzebie Wacława Felczaka, swojego dowódcy z czasów okupacji. „Umarł tak jak żył, stojąc” – pisała nazajutrz prasa. Później ktoś zauważył, że w czasie mszy żałobnej w szklanych drzwiach kościoła pw. Świętego Krzyża odbijała się Wielka Krokiew…

Źródło: Muzeum Historii Polski, Polski Komitet Olimpijski, Mistrzowie i Patrioci.

Marcin Jeżowski

Leave a Reply

Your email address will not be published.