
W sklepach wszystko drożeje, a państwowy GUS upiera się, że inflacja to tylko 2,6 proc. Denerwują się konsumenci i emeryci. Czy rząd manipuluje wskaźnikiem inflacji?
Wszystko drożeje! Masło, chleb, jajka, ziemniaki, ogrzewanie mieszkania, gaz, woda… Coraz częściej na forach internetowych, na korytarzach firm, wśród przedsiębiorców słychać opinie, że dane o inflacji, które podaje Główny Urząd Statystyczny są zmanipulowane. Po naszym artykule sprzed tygodnia zgłosili się do nas rolnicy, którzy alarmują, że tylko cena ziemniaków wzrosła z 20 groszy za kilogram (cena na targu w Chmielowie w 2018 r.) do około 2 zł w tym roku! Podkreślmy, że według GUS, inflacja wynosi mniej niż 3 proc. Raportowana niska inflacja to nie tylko większy prestiż państwa, które może się pochwalić skuteczną polityką monetarną, ale też mniejsze wydatki z pieniędzy publicznych – niższa waloryzacja rent i emerytur i mniejsze odsetki od obligacji, które indeksowane są inflacją (w ofercie są obligacje 4,6,10-letnie).
Zgodnie z łacińską sentencją is fecit, cui prodest, czyli „ten uczynił, kto miał korzyść”, o fałszowanie danych można by podejrzewać szeroko rozumianą „władzę”. Skąd podejrzenia, że urząd statystyczny może naginać dane do oczekiwań polityków? Jest państwowy i zależny od rządów. A dobrym rządom powinno zależeć na tym, by nie niepokoić obywateli złymi wskaźnikami – np. wysoką inflacją lub deficytem budżetowym. A przy tym oszczędzić na wydatkach z budżetu państwa.
GUS vs rzeczywistość
Główny Urząd Statystyczny podaje, że w 2016 r. wskaźnik cen zmalał o 0,6 proc. Z kolei w 2017 r. wzrósł o 2 proc., w 2018 r. – 1,6 proc., zaś w lipcu 2019 r. – był wyższy o 2,9 proc. Przeciętny Polak odczuwa to w portfelu zdecydowanie bardziej.
– Rok temu za kilogram ziemniaków kupionych u rolnika trzeba było zapłacić 20 gr. Wielu ludzi wiedząc, że ziemniaki przed rokiem kosztowały 20 gr. przestało je sadzić i dziś muszą je kupować. W tym roku jest katastrofa! Cena kilograma ziemniaków wynosi 2-3 zł w zależności od odmiany – mówi nam mieszkaniec Chmielowa. Dysproporcja ceny podstawowego artykułu żywnościowego jest mocno zauważalna. – Dla nas to ważny temat, który pojawia się w codziennych rozmowach. Na wsi to nie kasza czy ryż są podstawą obiadu, ale właśnie ziemniaki. Jeżeli ich cena skoczyła z 20 gr do 2 zł i więcej, to mamy wzrost o 1000 proc. To jakaś katastrofa! – podkreśla. Jak mówi, konsumenci już wiedzą, że to skutek uboczny horrendalnej inflacji. – Dziś rolnicy widzą taką cenę i pewnie większość za rok znowu posadzi ziemniaki, więc cena spadnie do 20 gr, chyba, że inflacja będzie już tak duża, że okaże się to niemożliwe.
Przyjrzyjmy się danym z raportu „Koszyk cenowy DlaHandlu.pl”. Badanie to zostało uznane przez Komisję Europejską za przykład „dobrych praktyk na rynku porównywarek cenowych”. Z informacji ekspertów wynika, że wśród warzyw i owoców w latach 2015-2019 najmocniej podrożały m.in. pomidory (33 proc.), papryka czerwona (7 proc.). „Podwyżkowym trzęsieniem ziemi” okazała się cena ziemniaków, które od 2015 do 2019 r. podrożały o 159,26 proc.
Co z innymi produktami? Na przestrzeni ostatnich 4 lat pieczywo zdrożało o 12,5 proc. Największe podwyżki obserwujemy w ciągu ostatnich 2 lat. O ile jeszcze w 2017 r. za kilogramowy bochenek płaciliśmy średnio 3,50 zł, to w 2018 r. cena przebiła pułap 3,70, a obecnie ceny zaczynają się zbliżać do 4 zł. W przypadku nabiału, w ostatnim czasie najmocniej zdrożało masło (o 55,39 proc.), jaja (30 proc.) i jogurt owocowy (17,39 proc.). Z kolei cukier biały zdrożał w ostatnich 4 latach o 17 proc., podczas gdy w latach 2011-2015 jego ceny spadły o 45,5 proc.
Jak GUS liczy inflację?
Inflacja to wskaźnik mówiący, o ile wzrósł średnio poziom cen. GUS zbiera dane o cenach ok. 1,4 tys. produktów i usług z około 35 tys. punktów w 208 rejonach. Mowa zarówno o małych osiedlowych sklepikach, jak i dużych sieciach handlowych. Skąd biorą się wagi? Pochodzą z cyklicznego badania ankietowego, mierzącego wydatki i dochody około 40 tys. gospodarstw domowych. Ankietowani wypełniają specjalne dzienniczki, w których zapisują swoje codzienne zakupy. Dzięki nim GUS ustala, co konsumenci kupują i w jakiej ilości.
Na tej podstawie powstaje koszyk wydatków konsumpcyjnych, czyli konkretna lista badanych produktów i usług. Na liście znajduje się dokładnie 1400 pozycji, jednak ich dobór jest tajemnicą GUS. I właśnie ta niejawność budzi zastrzeżenia co do wiarygodności informacji.
Mamy świadomość, że statystycy nie zaniżają inflacji, włączając do statystyk drogich samolotów albo dzieł sztuki. Inflacja z definicji dotyczy dóbr konsumpcyjnych, nie może zatem obejmować wszystkich możliwych wydatków. Ze względu na to, że na rynku dostępne są setki tysięcy produktów, konieczne są jednak pewne założenia i uproszczenia ze strony GUS. I tutaj urząd może mieć spore pole manewru. Przyjmijmy, że w koszyku wydatków zostaje ujęty ser biały. Nie wiemy jednak, czy jest on chudy, tłusty, jaka jest jego waga i czy przypadkiem ankieterzy nie spisali jego ceny, gdy był w promocji. A pamiętajmy, że GUS ma prawo dokonywać zmian w ciągu roku, nawet już pod koniec. Czy zupełnie bezzasadne jest więc pytanie o sztuczne zaniżanie danych?
Ile mogą tracić emeryci?
Gdyby świadczenie emerytów było waloryzowane w pełnej wysokości, czyli w odniesieniu do faktycznej inflacji, ich lista zakupów wyglądałaby tak samo jak przed rokiem. Tymczasem nikt nie ma złudzeń, że z każdym kolejnym rokiem za swoją emeryturę są w stanie kupić coraz mniej. Ceny rosną szybciej niż są im podwyższane emerytury, w efekcie seniorzy stają się coraz biedniejsi. Przeciętny emeryt dostaje podwyżkę emerytury wynosząca 4-10 zł i zaprawne zastanawia się, czy ZUS dobrze ją wyliczył. Problem w tym, że ZUS podnosi świadczenie w oparci o wskaźnik inflacji, jaki podaje GUS. Nikt nie może nawet sprawdzić, czy jest on właściwie wyliczany, ponieważ GUS nie dzieli się pełną listą koszyka z konkretnymi 1400 produktami.
Opinie ekonomistów na temat rzeczywistej inflacji są różne. Większość uważa, że może być zaniżana w granicach od 2 do 7 procent. Gdy zatem GUS podaje, że jest ona na poziomie 1,6 proc., to naprawdę może wynosić od 3,6 do 8,6 proc. Przyjmijmy, że faktyczny poziom zaniżania inflacji to zaledwie 4 proc. Jak dużo mogą stracić seniorzy? Załóżmy, że w 2016 r. przeciętny emeryt otrzymywał 1500 zł na rękę. Jeśli w 2017 r. traciłby co miesiąc 4 proc. z 1500 zł, rocznie ta kwota wyniosła już 720 zł. W 2018 r. taki emeryt traciłby już nie 4 proc. a 8 proc. z 1500 zł, czyli 120 zł miesięcznie i 1440 zł rocznie. Tylko w ciągu tych dwóch lat świadczeniobiorca straciłby aż 2160 zł! A w tym roku przeciętny emeryt dostałby emeryturę niższą już nie o 4, ani nawet 8 proc., ale całe 12 proc. z 1500 zł. W każdym miesiącu byłoby to mniej o 180 zł, a w ciągu całego roku – 2160 zł. Łącznie, w zaledwie 3 lat – od 2017 do 2019 r. każdy polski emeryt byłby uboższy aż o 4320 zł! W Polsce żyje bowiem 5,72 mln emerytów. Gdyby więc powyższe wyliczenia okazały się prawdą, Skarb Państwa może być im winny ponad 24 mld zł.
Rząd postanowił wspomóc seniorów 13 emeryturą i dobrze to przekalkulował. Według naszych wyliczeń, być może zabrano im bowiem ponad 4000 zł, w zamian dając 800 zł. Z wiarygodnych źródeł wiemy, że emeryci szykują już pozwy zbiorowe przeciwko Skarbowi, bo wiedzą, że rządzący nigdy nie oddadzą im tych pieniędzy. A dla takiej kwoty warto poprosić o pomoc kancelarie prawne. Być może sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby w przyszłości inne partie doszły do władzy i zleciłyby policzenie inflacji w latach ubiegłych. Tylko wtedy świadczenia seniorów zostałyby wyrównane.
Inne kraje też majstrowały przy danych statystycznych
Manipulowanie danymi nie jest w Europie nowością. Niemcy, Francuzi i Włosi twierdzili, że oszukano ich w momencie wprowadzenia euro, bo zdaniem urzędów statystycznych wzrost cen wyniósł w tym momencie tylko ok. 1 proc. Mistrzem poprawiania rzeczywistości były pod tym względem Turcja i Grecja. Dziś wiadomo, że Grecy przez lata oszukiwali Komisję Europejską i Eurostat, zaniżając poziom deficytu budżetowego i długu publicznego. Pomagał im w tym amerykański bank inwestycyjny Goldman Sachs.
***
Krajowy Rejestr Długów opublikował raport pt. „Koszty życia w Polsce” , który powstał na podstawie wyników ankiet przeprowadzonych przez renomowaną firmę Kantar Millward Brown. Badanie ma być w pełni reprezentatywne dla mieszkańców Polski, ale jak zaznaczają sami autorzy „dane są wynikiem deklaracji Polaków na temat ich comiesięcznych kosztów życia, a nie faktycznym obrazem ich rachunków”.
Jak – według obserwacji własnych – ankietowanych zmieniły się rachunki w latach 2015-2018?
- Prąd – 65 proc. w górę do 193 zł miesięcznie
- telefon – 24 proc. w górę do 82 zł miesięcznie
- woda – 56 proc. w górę do 108 zł miesięcznie
- wywóz śmieci – 93 proc. w górę do 52 zł
- ciepła woda – 188 proc. w górę do 336 zł
Dane mają się nijak do danych GUS, np. energia elektryczna w ub.r. co prawda zdrożała o 2,2 proc., ale wcześniej potaniała o 1,5 proc. Ceny ciepła faktycznie rosły, ale o 2 proc. – ale w 2015 r. W ubiegłym nawet nieznacznie spadły. Usługi telekomunikacyjne? Trochę drożeją, ale z pewnością nie o jedną czwartą.



9 Responses to "Władza mogła oszukać emerytów na 4320 zł"