Władza wierzy, że Omikron ominie najmłodszych

We wtorek w 9 województwach, gdzie nie ma ferii, stacjonarnie pracowały 6284 szkoły podstawowe i 3891 szkół ponadpodstawowych, czyli 70,5 proc. podstawówek oraz 78,8 proc. szkół średnich. Zdalnie funkcjonowały 154 szkoły podstawowe i 110 ponadpodstawowych, a w trybie mieszanym – 2471 szkół podstawowych
i 937 ponadpodstawowych. Fot. pixabay

Wczoraj padł rekord zakażeń od początku pandemii w Polsce. Ministerstwo Zdrowia poinformowało o 53 tysiącach 420 nowych zakażeniach koronawirusem. Dlatego stało się to, co musiało się stać. Od 27 stycznia do 27 lutego uczniowie klas 5 – 8 szkół podstawowych oraz wszystkich klas szkół ponadpodstawowych będą mieli zajęcia w formie zdalnej. Ale minister edukacji i nauki zaskoczył wszystkich, bowiem przedszkolaki oraz dzieci uczące się w klasach 1 – 4 będą kontynuowały kształcenie w trybie stacjonarnym. Co to oznacza w praktyce? Między innymi… chaos.

– Analizując dane, musieliśmy podjąć decyzję o ograniczeniu nauki stacjonarnej. Od czwartku w szkołach naukę stacjonarną będą kontynuować uczniowie z klas 1 – 4 oraz uczniowie zerówek – powiedział minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek podczas zwołanej we wtorek późnym popołudniem konferencji wraz z p.o. głównym inspektorem sanitarnym Krzysztofem Saczką. – Jesteśmy w stanie utrzymać naukę stacjonarną i utrzymujemy ją w połowie szkół podstawowych. Nie przechodzą całe szkoły podstawowe na naukę zdalną, tylko połowa roczników. Dzieci najmłodsze pozostają w szkole – tłumaczył.
W praktyce dla większości uczniów to nieco ponad dwa tygodnie nauki zdalnej, bo pozostałe dwa to czas ferii zimowych, które w dziewięciu województwach przypadają w lutym.
Minister podkreślił, że dyrektorzy szkół specjalnych będą sami decydowali o formie prowadzenia zajęć w placówkach. Utrzymana zostanie również praktyczna nauka zawodu. Co ważne, będzie także możliwość konsultacji indywidualnych i grupowych dla uczniów zdających w tym roku egzaminy ósmoklasisty i matury.

Niewłaściwy wariant?

W związku z rosnącą liczbą zakażeń COVID-19 wielu oczekiwało powrotu nauki online, ale nowy podział wprowadził w osłupienie nauczycieli. Wcześniej resort decydował się na standardowe rozwiązanie – edukacja wczesnoszkolna (1 – 3) i klasy 4 – 8. Było to łatwiejsze do zrealizowania, bo dzieci w 4 klasie uczą już przedmiotowcy, którzy pracują też ze starszymi uczniami. Zanim jeszcze skończyła się konferencja prasowa szefa resortu edukacji, już komentowali: „Kilka dni temu minister Czarnek pytany o plany dla szkół przy postępującym wzroście zakażeń mówił: – Na stole jest kilka wariantów. I co się wydarzyło? Przez pomyłkę wziął inny wariant? W drodze do Sejmu utargował dodatkowy rocznik? Żeby mu pasowało do pożal się Boże bon motu o połowie podstawówek, które normalnie kontynuują naukę stacjonarną. W sensie połowy roczników, ale jak to dobrze brzmi!”.
Belfrowie podkreślają, jak trudna będzie organizacja zajęć. „Przecież zostawienie klas IV w szkole wprowadza niesamowity chaos! Nauczyciele uczący w klasach IV będą musieli przyjeżdżać do szkoły, zrobić lekcje stacjonarną i nie zdążą wrócić do domów, aby poprowadzić online dla starszych klas. Co za tym idzie będą siedzieć w szkole, a szkolny Internet raczej tego nie udźwignie” – oburza się jedna z nauczycielek.
Nie wszyscy są też zgodni, że ryzyko zakażeń właśnie zostało zniwelowane i zastanawiają się, dlaczego właściwie młodsi pozostaną w tradycyjnej formie nauki. – Prosty przykład – rodzeństwo w klasie 2, 4 i 6. Jak wytłumaczyć dwójce, że muszą iść, bo się nie zarażą, a to najstarsze zostaje, bo się zarazi? – pyta skonsternowana mama.
„Jaki ten wirus jest mądry. Pomijając że przez całą pandemię omija sklepy. To od pewnego czasu omija żłobki, przedszkola i teraz klasy 1-4” – to tylko jeden z tysięcy niezadowolonych głosów. Jak będzie faktycznie, okaże się za kilka tygodni.

wk

Leave a Reply

Your email address will not be published.